Wywiady

Peter J. Birch

2018-02-13

Po dwóch latach przerwy od koncertowania Piotr Jan Brzeziński, znany jako Peter J. Birch powrócił ze swoją czwartą, zaskakująco akustyczną płytą „Inner Anxiety”. Nam opowiedział o tym, co kryje się za jej zawartością, kilku niuansach, towarzyszących procesowi jej tworzenia oraz ambitnych planach na przyszłość.

Rozmowa z: Peter J.Birch

MM: „Inner Anxiety” to płyta dość smutna, zwłaszcza w warstwie lirycznej. Co się stało?

PJB: Przestrzeń czasowa, w której powstawała i była rejestrowana większość materiału na tę płytę była takim specyficznym okresem w moim życiu, bowiem były to dwa lata przerwy od jeżdżenia w trasy i grania koncertów. Nie ukrywam, że to na pewno odcisnęło jakieś piętno na tych kompozycjach. Do tego doszły też inne zdarzenia, które miały wówczas miejsce. I to starałem się zawrzeć w warstwie lirycznej na tej płycie. Natomiast styl tych kompozycji zmierzał ku temu, że te piosenki będą melancholijne i smutne.

MM: No właśnie – co zdecydowało, że na tej płycie grasz praktycznie sam?

PJB: Nosiłem się z zamiarem nagrania takiej akustycznej płyty już od dłuższego czasu, zwłaszcza, że głównie w takiej formie gram koncerty. Ostatnie trzy albumy były zaaranżowane „na bogato” z całym zespołowym instrumentarium. Tym razem doszedłem do wniosku, że ta przerwa jest idealnym momentem, by nagrać właśnie taki minimalistyczny album i z nim wrócić do koncertowania.

MM: Mówisz, że płyta powstała w specyficznej przestrzeni czasowej. Patrząc na jej okładkę, zastanawiam się, czy powstała ona także w okolicznościach przyrody, które są na niej widoczne?

PJB: Właściwie to tak, ponieważ te zdjęcia przedstawiają Kraj Basków.To zdjęcia z drogi do San Sebastian i Bilbao. Zrobiłem je starym Zenitem, który odziedziczyłem po ojcu.

MM: W książeczce z kolei jest informacja, że nagrywałeś ten album cztery dni. Skoro są to akustyczne kompozycje, to czemu trwało to tak długo?

PJB: (śmiech)Wszystkie piosenki zostały nagrane i zaśpiewane w jeden dzień, ale - jak to zwykle bywa – nie pozostały w tej pierwotnej formie, w jakiej je zarejestrowałem. Samo klejenie bitów, dogrywanie basu, a przede wszystkim miksy, które robiliśmy z Perłą (Przemysławem Wejmannem, producentem i właścicielem Perlazza Studio – przyp. MM), zajęło więcej czasu. Zależało mi na tym, by ten album miał klimat pewnej izolacji. Myślę, że udało się to osiągnąć począwszy od soundu gitary, a skończywszy na brzmieniu wokalu. Nie ma tu żadnych efektów, czy pogłosów. Wszystko odbyło się jak najbardziej naturalnie. Jeśli posłuchasz tej płyty z zamkniętymi oczami, to możesz poczuć wrażenie, że siedzę obok z gitarą i śpiewam.

MM: Robiłeś zatem dużo podejść do tych kompozycji?

PJB: To są nagrania zrealizowane na „setkę”. Starałem się nie przekraczać trzech podejść. Mam coś takiego, że wzorując się na moich wielkich idolach jak Bob Dylan, czy Neil Young, nie robię nie wiadomo ilu „take’ów”. I kilka utworów na tej płycie, jak chociażby „Tango Bilbao” to są pierwsze podejścia. Akurat w tym utworze jest specyficzny rytm, więc bałem się, jak to wyjdzie. Zagrałem jednak od początku do końca raz i tak zostało.


MM: Skąd w ogóle wziął się ten utwór na tak spokojnej płycie?

PJB: To jest pamiątka, a wręcz blizna z Hiszpanii. Tekst jest jak najbardziej prawdziwą i osobistą historią. Nie chcę jednak mówić za bardzo o tym, co tam się działo. Chciałem się nią jednak podzielić i jak ktoś się dobrze wsłucha w tekst, to zrozumie, o co tam chodzi.

MM: A czym jest ta tytułowa „The Magical Rope”? Bo nie dajesz jednoznacznej odpowiedzi w tym tekście.

PJB: „Magiczna lina” ma nas wyciągnąć z tego całego syfu. Ma być symbolem pomocy. Chodzi o odizolowanie się od tego współczesnego świata, wyścigu szczurów itd. W tej piosence śpiewam w nim, że znalazłem spokój głęboko w lesie.

MM: Największe wrażenie zrobił na mnie utwór „Unlovable Man”, głównie ze względu na warstwę muzyczną, która jest nieco nawiedzona.

PJB: Przy tym utworze pracowaliśmy najdłużej. To najbogatszy aranżacyjnie numer na tej płycie, więc nie ukrywam, że praca nad nim dała mi dużo satysfakcji. Przemek bardzo mi tutaj pomógł, dokładając specyficzne brzmienie basu oraz delay, który na nałożył na wokal. Do tego bit, który ja wymyśliłem, a on jeszcze nieco zniszczył, bo zależało mu na tych wszystkich zniekształceniach, które w nim są (śmiech).

MM: A jeśli chodzi o warstwę liryczną? Czujesz się niekochany?

PJB: To nie jest tekst osobisty. Raczej przyjąłem tu perspektywę kogoś innego – gościa w jakimś letargu i śpiączce, który ma problem z wyrażaniem uczuć.

MM: Grasz na żywo tę solówkę, którą w „Quarantine” zagrał Ernest Kałaczyński?

PJB: Na razie grałem jeden koncert z tą płytą i siłą rzeczy nie miałem możliwości ogarnięcia dwóch gitar jednocześnie. Szczerze mówiąc, sam nie dałbym rady zagrać takiej solówki, jak Ernest, który jest świetnym gitarzystą. Mam taki pomysł, żeby grać ten numer na gitarze elektrycznej z pogłosem i samemu coś tam wyrzeźbić. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

MM: Co dalej?

PJB: Przede wszystkim koncerty. Chciałbym zrobić teledyski do „Unlovable Man” i „Tango Bilbao” Marzę też o tym, aby wydać „Inner Anxiety” na winylu, ale czy to się uda – na razie jeszcze nie wiem.

MM: Dziękuję za rozmowę. 

Foto: Karolina Pędlowska. 


Rozmawiał: Maciej Majewski