Wywiady

IAMX

2018-03-23

2 lutego okazała się nowa płyta projektu IAMX, za którym stoi Chris Corner. Album nosi „Alive In New Light” i powstawał w dość trudnym momencie w życiu artysty. A już dziś IAMX wystąpi na scenie warszawskiej Progresji. Mimo napiętego grafiku w związku z trasą, Chris znalazł chwilę na rozmowę, w ramach której opowiedział o powstawaniu płyty, współpracy z Kat Von D. i o tym dlaczego nie jest fanem Davida Bowie’ego.

Rozmowa z: Chris Corner

MM: Tytuł Twojej nowej płyty „Alive In New Light” brzmi jak synonim zmartwychwstania.

CC: O, to trafne odniesienie. Nie jestem zbyt religijną osobą, ale rzeczywiście istnieją pewne podobieństwa z ponownym narodzeniem, które miałem w tym wypadku na myśli. Przez ostatnie trzy lata przechodziłem przez dość depresyjny, kryzysowy okres w swoim życiu. Ten album jest symbolem przezwyciężenia tego czasu. Ma znacznie bardziej pozytywny i podnoszący na duchu wydźwięk, niż inne moje płyty.

MM: Czy kryzys został zatem zażegnany?

CC: Można tak powiedzieć. Depresja jest stanem kryzysowym. Potrzeba czasu, aby w takiej sytuacji pozbierać swoje życie do kupy. Czuję, że udało mi się poradzić sobie ze znaczną częścią tego kryzysu i teraz jest mi znacznie lepiej.

MM: Płytę nagrywałeś na pustyni w Kalifornii. Słychać jej echa zwłaszcza w utworach „Exit” i „Stalker”.

CC: „Stalker” napisałem we współpracy z Kat Von D. Uważam, że idealne wpasowała się do tej zakręconej i romantycznej historii. Ona sama zmaga się z różnymi perypetiami w związkach. Myślę, że ta piosenka pozwoliła nam nawiązać dialog, poruszający tego typu kwestie. Muzycznie chciałem stworzyć w przypadku tej piosenki coś bardzo organicznego, a jednocześnie wzbogacić, dodając do tego elementy symfoniczne, czyli smyczki. Pustynia wzmaga pewne wyalienowanie, które narzuca swoisty minimalizm. Oderwanie od cywilizacji i naturalne skupienie, jakie się na niej wyzwala jest czymś wyjątkowym. To daje poczucie wolności mentalnej i fizycznej.

MM: To ciekawe, bo w “Exit” Twój wokal  przypomina  głos Davida Bowiego z „Blackstar”. Wspomniałeś o partiach smyczkowych. Sam je zaaranżowałeś?

CC: Ooo, to miło, że zwróciłeś na to uwagę.Tak, partie smyczkowe sam zaaranżowałem. Mam specjalne oprogramowanie, za pomocą którego mogę programować. Dodałem też jednak kilka partii zagranych na żywo. Dzięki temu jest to kombinacja elektronicznego programowania oraz żywego nagrania, co wyszło moim zdaniem całkiem nieźle. Zawsze podobały mi się skale orientalne. Nadają całości filmowego charakteru.

MM: A swoją drogą - jesteś fanem David Bowiego?

CC: Niezupełnie. Wszyscy myślą, że jestem jego wielkim fanem, a ja takim mianem bym się nigdy nie określił. Oczywiście, doceniam jego dorobek dla muzyki, czy dla kultury, ale nie słucham go. Być może miałem styczność z jego muzyką, kiedy byłem nastolatkiem, ale niespecjalnie to na mnie wpłynęło. Bardziej fascynują mnie jednak inni artyści.


 

MM: Wspomniałeś, że na płycie możemy usłyszeć Kat Von D. Pojawia się na niej także Janine Gezang. Jak podzieliłeś utwory pod kątem partii wokalnych miedzy paniami?

CC: Po pierwsze,to bardzo silne kobiety. Myślę, że gdy tworzysz muzykę, zwłaszcza na wczesnym etapie, nie ma kombinowania na zasadzie: „Hej, to piosenka dla Ciebie – zaśpiewaj”. Ten projekt jest wypełniony kobietami. Zawsze je podziwiałem. Wychowałem się w otoczeniu silnych kobiet. W związku z tym wszystkie moje płyty mają silnie zaznaczony pierwiastek kobiecy. A te dwie wokalistki mają bardzo silne charaktery. Nie ma tu mowy o jakiejkolwiek rywalizacji. Kiedy obie są razem w jednym pomieszczeniu, widać jak się wspierają i szanują. Dzięki temu łatwiej się pracuje. W tym przypadku było tak, że nawet jeśli miałem Janine i Kat jednego dnia, to już kolejnego, niekoniecznie tak było, a musiałem dokończyć nagrywanie. W związku z tym korzystałem z obecności tej, która akurat była dostępna. Chętnie też odstępowałem im partie wokalne, a moja obecność ograniczała się do warstwy muzycznej.  Poza tym starałem się zostawić swoje ego za drzwiami studia. Owszem, zdarzało się, że dawało o sobie znać, bo taka jest ludzka natura, natomiast nigdy nie tworzę muzyki, by zaspokoić czyjeś ego.

MM: Może to dlatego Kat mówi, że praca twórcza z Tobą ma formę tortury...

CC: (śmiech) Naprawdę tak powiedziała? Wiesz, ona cierpi na zespół Aspergera. Często trzeba jej mówić, co powinna robić. Nad swoim życiem jeszcze panuje, natomiast, gdy wchodzi w chaotyczny, twórczy świat, trzeba ją prowadzić. Rozumiem to. Oddajesz kontrolę nad sobą komuś innemu i chcesz być prowadzony. Nie spędziliśmy ze sobą zbyt wiele czasu. Na początku nasza relacja była dziwna i zabawna, ale pod koniec nagrań zaczęliśmy się płynnie się dogadywać.

MM: Wystąpi z Tobą na koncercie w Warszawie?

CC: Tego nie jestem pewien. Staram się ją ściągnąć na każdy możliwy koncert. Nie jest to łatwe, bo jest bardzo zajęta. Zobaczymy. Natomiast chciałem Ci powiedzieć, że uwielbiam grać koncerty w Polsce. Nie bez powodu nagrałem tu album live. Istnieje jakaś kulturowa i mentalna więź między moimi tekstami, a fanami w Twoim kraju. Nie wiem, z czego to wynika, ale bardzo mi to odpowiada. Dlatego uwielbiam do was wracać.

MM: Natomiast „The Power And Glory” przypomina mi „The Power Of Love” Frankie Goes To Hollywood.

CC: Bardzo się cieszę! To utwór odnoszący się do bardziej duchowego przeżywania życia, bez wchodzenia w jakąkolwiek religię. To jedna z tych piosenek, gdzie akompaniament fortepianu podkreśla emocjonalność tekstu, stąd nie dziwi mnie skojarzenie z Frankie Goes To Hollywood, których uwielbiam. I to jest jednocześnie odpowiedź na jedno z Twoich wcześniejszych pytań. Ludzie są zaskoczeni, gdy mówię im, że wyżej cenię Frankie Goes To Hollywood, niż Davida Bowiego, a „The Power Of Love”, to jedna z moich ulubionych piosenek.

MM: W informacji prasowej na temat  „Alive In New Light” przeczytałem, że ten album jest kombinacją dźwięków, sztuk wizualnych, make’ upu, intymności i zabawy. Jestem w stanie zgodzić się z niemal z każdym z tych stwierdzeń, ale gdzie w tym wszystkim  jest make up?

CC: Przekonasz się, kiedy przyjdziesz zobaczyć nas na żywo. Najwięcej jest go bowiem na koncertach, które dzięki temu zyskują wymiar teatralny, pretensjonalny, czarujący i brudny. To kabaret, którego jestem fanem. To zresztą popycha mnie do występów na żywo. Nie wyobrażam sobie wyjścia na scenę w koszulce z akustyczną gitarą. To mnie nie kręci. Muszę się zmieniać, inaczej przestanie mnie to interesować.

MM: Skoro o tym mowa – widziałem kilka nagrań video z bieżącej trasy. Czy tę maskę kota, którą widać też w teledysku do „Stardust”, nosisz przez cały koncert?

CC: Nie, nie. Myślę, że ludzie byliby zawiedzeni, gdybym przez cały koncert nosił tę maskę. Mam ją na sobie tylko przez kilka utworów. Ostatnio niestety maska uszkodziła mi się. Nie jestem w stanie jej nosić. Będę musiał zdobyć nową.    

MM: Dziękuję za rozmowę. 


Rozmawiał: Maciej Majewski