Wywiady

MonsterGod

2018-03-29

Wrocławsko-berliński duet MonsterGod powrócił właśnie z nowym krążkiem zatytułowanym „Invictus”. Materiał nie odbiega za bardzo od charakterystycznego stylu grupy, zaskakuje natomiast obecnością gości na płycie. O jej charaterystycznych momentach w dość swobodnej konwersacji, opowiedział nam założyciel grupy, Marek Smolski.

Rozmowa z: Marek Smolski

MM: Mam wrażenie, że „Invictus” jest takim pomostem między płytami „Ressurected” a „Reborn Monster”. O ile pierwsza z nich była dość taneczna, tak druga miała nieco ‘filmowy’ klimat. A na tej płycie się to łączy. Takie było wasze założenie?

MS: W ogóle nie myśleliśmy o jakimkolwiek pomyśle na płytę. Po prostu tworzyliśmy muzykę. To jest nasze hobby, które sprawia nam przyjemność. Dorabianie do tego jakiejś dodatkowej teorii nie ma sensu. Zawsze mamy z tym problem, gdy jesteśmy pytani o treść płyty. My tego zwyczajnie nie wiemy (śmiech).

MM: Jak zatem dobieraliście teksty do tych utworów? Pasowały wam do jakoś muzyki?

MS: Tak (śmiech). Tekstami zajmuje się głównie Miłosz. Siedzi w tym od lat. Wertuje Baudelaire’a, Blake’u, czy Poe. Wyszukuje teksty, które są tak naprawdę śpiewne. Buduje taką bazę, z której potem dobiera te, które pasują mu do muzyki. Nigdy nie jest odwrotnie. Ja staram się nie dotykać tej sfery, chociaż sam napisałem już w życiu kilka tekstów. Staram się natomiast czuwać nad całością projektu.

MM: Przypuszczam, że tych utworów mieliście więcej, niż to, co jest na „Invictus”?

MS: Tak, było, a właściwie jest więcej utworów. Są na moim dysku. Stwierdziliśmy jednak, że nie są one na tyle fajne, by wrzucać je na płytę. Niekoniecznie przyjemnie się ich słucha, albo powinniśmy je zmienić. Powodów było kilka.

MM: Mogliście z nich zrobić np. ep-kę

MS: Mamy w planach wydanie pod koniec roku takiej płyty, na której znajdzie się 10 utworów, które bardzo lubimy, ale z jakichś powodów nie znalazły się na płytach. Zwróć uwagę, że teksty, którymi się posługujemy, należą do poetów starych, dawnych. Jest to kwestia praw autorskich. W tym przypadku nie musimy się z nimi borykać, natomiast mamy na przykład świetny numer z tekstem Charlesa Bukowskiego. Nie mogliśmy go wykorzystać, ponieważ nie minął jeszcze  odpowiednio długi czas od śmierci poety.


MM: A jak dobieraliście gości na płytę? Bo wybór jest dość specyficzny.

MS: Począwszy od pierwszego numeru, czyli „Silence In Violence”, który powstał na samym początku, tuż po zakończeniu prac związanych z „Ressurected”. Zastanawiałem się, co z tym zrobić. Od ręki stworzyłem zarys. Pokazałem go Miłoszowi i wspólnie uznaliśmy, że zupełnie do niego nie pasuje i w związku z tym musimy znaleźć kogoś, kto go zaśpiewa. Kawałek jest dość pompatyczny, a Void z Deathcamp Project ma świetny wokal. Napisałem więc do niego, który się zgodził. A ponieważ się nie spieszyliśmy, to numer był gotowy pół roku później (śmiech). Wiedziałem jednak, że musi otwierać tę płytę. Wprowadza element niepewności. Inna sprawa jest z „It Rains In My Heart”. Nagrałem numer z innym wokalistą, ale coś mi nie pasowało. Dałem to Kubie Włodarskiemu z Egoist z prośbą, by coś z tym zrobił. Potrzebowałem nowego podejścia. Kuba go zremiksował, po czym wycięliśmy poprzedni wokal i dograł swój z zupełnie innym tekstem (śmiech). Natomiast w „Complete & Bored” pojawili się Rafał Zaręba na gitarze i Szymon Danis na wokalu. Obaj są muzykami IdiotHead. Z Szymonem znamy się bardzo długo. To piekielnie zdolny muzyk i wokalista. Bardzo chciałem coś z nim zrobić. Dałem mu elektroniczny numer z metalowym patentem w środku. To, co zrobił z wokalem przypomina mi Mike’a Pattona i Layne’a Staleya z najlepszych czasów. Aranżacyjnie jest to najciekawszy numer na płycie.

MM: No i ostatni numer z udziałem gości, czyli „God Lay Dead”, gdzie pojawił się Wojtek Król z Controlled Collapse i Sin Quirin z Ministry. Mnie ten utwór skojarzył się z dokonaniami Marilyn Manson.

MS: Akurat o tym nie myślałem pod tym kątem. To też jest ciekawa historia, bo ten numer również był w pełni elektroniczny. Są w nim sample z filmu „12 Małp”. Następnie Miłosz dograł wokal i całość zabrzmiała dość ciężko. Usunąłem więc jego wokal i przerobiłem ten numer. Nie miałem jednak wciąż gitary. Zacząłem więc sam nagrywać i szukałem rozwiązania. Nic mi jednak ciekawego nie wychodziło, w związku z tym stwierdziłem, że potrzebuje gitarzysty. A ponieważ ten kawałek kojarzył mi się Ministry, to napisałem do Sina. Pogadaliśmy trochę i w ciągu dwóch dni przysłał mi gotowe tracki, w których wprowadziłem niewielkie zmiany. Zrobił jednak to, czego się spodziewałem, więc nagrał to po swojemu. Z kolei Wojtek nagrał swoje wokale już wcześniej.

MM: Czemu MonsterGod tak rzadko gra na żywo?

MS: Bo nam się nie chce (śmiech). Granie na żywo musi sprawiać przyjemność. Poza tym jesteśmy dość zajętymi ludźmi. Mamy rodziny i bardzo absorbujące prace. I tak jak już mówiłem – gramy dla przyjemności. Natomiast nie jest tak, że zupełnie nie gramy na żywo. W tym roku wystąpimy chociażby na „Castle Party” w Bolkowie. Zacząłem już przygotowania do setu na żywo. Mam nadzieję, że koncertów będzie jednak więcej. Chcemy żeby to były takie małe wydarzenia.

MM: Dziękuję za rozmowę. 


Rozmawiał: Maciej Majewski