Wywiady

Artra

2018-12-24

Warszawska grupa Artra, łącząca w swojej twórczości m.in. jazz i muzykę awangardową, powstała w 1973 roku i istniała zaledwie przez "chwilę", co jednak pozwoliło jej zdobyć status kultowej. Cztery dekady później reaktywowała się i zarejestrowała debiutancki album "Kroniki Miejskie". Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak odbył długi i bardzo ciekawy wywiad ze współzałożycielem zespołu i zarazem jego trębaczem, malarzem Witoldem Popielem.

Rozmowa z: Witold Popiel

Jakub Oślak: Do płyty Kroniki miejskie zespołu Artra nie jest łatwo dotrzeć, zarówno pod kątem dostępności, jak i przystępności tej muzyki...

Witold Popiel: To prawda, ale kto ma wiedzieć, ten wie. Ja nie oczekuję od życia laurki skierowanej do narodu czy hymnów pochwalnych na swój temat. Sam należę do sceptyków i surowych krytyków swojej twórczości, od wielu lat i na różnych poziomach. Pierwsze o co pytam innych, którzy słuchają tej muzyki, to: nie mów mi co ci się podoba, powiedz mi, co ci się nie podoba! Bo to jest dla mnie informacja i wskazówka jak dotrzeć do odbiorcy. Jeśli mamy coś ciekawego do powiedzenia i mówimy to szczerze, a mam nadzieję, że muzyka Artra to jest głos szczery, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: OK, to jest dość trudna muzyka, ale fajnie się tego słucha. To jest podobne zjawisko, które dość dobrze znam z malarstwa. Do ciekawej muzyki w ogóle trudno jest dotrzeć, mimo iż jest jej bardzo wiele. Bardzo się zatem cieszę z istnienia np. Spotify, na ogół krytykowanego w gronie moich znajomych, które pomaga w znalezieniu artystów, którzy mogą mnie zainteresować. Dzięki temu odkrywam nawet bardzo niszowe rzeczy, których jeszcze 10-20 lat temu nie mógłbym odkryć.

JO: Jaki jest związek muzyki Artra z malarstwem? Jest ona bardzo plastyczna; słuchając jej, obrazy natychmiast stają przed oczami.

WP: W zespole Artra wszyscy troje z Leszkiem Gapskim i Joanną Świrską zajmujemy się malarstwem. Ja przez wiele lat starałem się adaptować obraz do sfery dźwięku. Nasz pierwszy eksperyment po latach miał polegać na tym, abyśmy zagrali obrazy. Nie jest to metafora czy iluzja graficzna, lecz przekazanie dźwiękami energii, którą niesie obraz i kolor. Kilka lat temu w Muzeum Narodowym odbyła się wystawa dzieł Marka Rothko. Świat się nim obecnie zachwyca, jego obrazy uznawane są za mistyczne, pełne tajemnicy. A to jest przecież antyteza sztuki, oczywiście mówiąc prowokacyjnie, na niezwykle subtelnym poziomie abstrakcji. Pytam znajomej młodzieży, która to ogląda: co wy w tym w ogóle widzicie? Moi synowie, gdy zobaczyli te obrazy, zasłonili uszy i położyli się na muzealnych sofach. Było to zatem potwierdzenie wagi tej sztuki; nie przez krytyków czy artystów, lecz zwykłych ludzi, którzy natychmiast zareagowali bardzo impulsywnie. Odebrali w sposób przyspieszony wartość energetyczną tych dzieł. Podobnie jest ze zjawiskiem synestezji, albo z chińskimi pejzażystami z czasów konfucjańskich, którzy wąchali obrazy – zapach tuszu miał dla nich znaczenie kreatywne. Namalowałem wiele lat temu serię obrazów, które zostały nazwane Kroniki miejskie. Był to mój pierwszy impuls do poznawania morfologii miasta, do pokazania jakby z lotu ptaka konkretnych miejsc w Warszawie. I to też były obrazy abstrakcyjne, nie widokówki Starego Miasta. Najpierw pojawiły się obrazy, metaforyczne i symboliczne, które następnie zainspirowały pomysł stworzenia wizerunku konkretnych miejsc za pomocą muzyki.

JO: Kroniki miejskie są mapą konkretnych miejsc w Warszawie, w konkretnym czasie. Czy nie jest to jednak zawężenie pola wyobraźni słuchacza, narzucenie jej interpretacji? Cały czas mówimy o muzyce abstrakcyjnej, która, podobnie jak malarstwo Rothki, ma prowokować do dyskusji.

WP: Płyta Kroniki miejskie jest hołdem złożonym Warszawie - konkretnym miejscom, które mają dla mnie symboliczne znaczenie i wartość emocjonalną. Traktuję to jednak z przymrużeniem oka. Nie było naszym zamiarem, aby narzucać taką interpretację. Ta muzyka jest samoistna, abstrakcyjna, są to czyste relacje instrumentalne na pewnym poziomie mentalnym. I to powinno słuchaczowi wystarczyć, bez spoglądania na tytuły czy zapoznawania się z sentymentalnym objaśnieniem utworów. Słuchacz nawet nie musi rozpoznawać instrumentów, które biorą w tym udział. Nie jest warunkiem odpowiedniego dotarcia do tej muzyki zapoznanie się z treścią literacką. To jest rzecz drugorzędna; zupełnie inaczej niż w teatrze, gdzie słowo jest ważne, aby zrozumieć sens samego teatru. To jest jak odniesienie literackie w balecie – ono nie jest warunkiem delektowania się sztuką baletową, czy też wsłuchiwania się w muzykę która go ilustruje. Muzyka żyje swoim własnym życiem i nie jest ważne, czy komponuje ją Stockhausen, Zappa czy ktokolwiek inny. Natomiast dla mnie osobiście ta muzyka ma wielowątkowe znaczenie. Przypomina to trochę muzykę do filmu, którą zapamiętujemy jako wybitne, samoistne dzieło, mimo iż sam film był przeciętny. To nie jest muzyka obarczona formalnością, nacechowana intelektualnie. Ja staram się przekonywać odbiorców muzyki, że należy jej słuchać źródłowo, bez używania słów, które często komplikują i budzą wątpliwości.

JO: Kroniki miejskie są zapisem występu na żywo. Na czym polega metoda intuicyjna muzyki Artra – czy chodzi o intuicyjne porozumienie muzyków na scenie, czy też zrozumienie tych dźwięków przez słuchaczy, na poziomie intuicji?

WP: W przeciwieństwie do muzyki totalnie improwizowanej, która często brzmi jakby muzycy mieli zapisane jej fragmenty w postaci nutowej, muzyka intuicyjna nie posiada żadnych założeń. Jest tworzona spontanicznie, opiera się wyłącznie na wrażliwości artystów, ich umiejętnościach i doświadczeniach. Jest to czysta formuła muzyczna, która może wyglądać tak, lub inaczej. To nie są przygotowane konkretne kompozycje, czy tematy jazzowe, które powodują wariacje zespołu dźwięków. Trudno jest o tym przekonywać ludzi sceptycznych, bo ja rozumiem ten sceptycyzm; wiem, jednakże, z wielu źródeł, że jest to muzyka, która pomimo swojej trudnej formy dobrze się broni i dosyć miękko „wchodzi” do głowy słuchaczy. Artyści którzy kierują się umysłem narażają się na paradoksalny, sprzeczny odbiór swojej sztuki. Jeśli potrafimy dzięki praktyce medytacyjnej wypełnić przestrzeń dobrymi wibracjami wówczas można pokusić się o muzykę tworzoną nie dzięki umysłowi, lecz właśnie intuicji, sercu. W sztuce należy szukać prostoty. Gdy graliśmy z Jackiem Malickim z Grupą w Składzie, często mówiliśmy, że grając na scenie rzucamy i odrzucamy do siebie nawzajem różne dźwięki. Artra dodatkowo rzuca te dźwięki w przestrzeń, gdzie pozostają na zawsze. Budowanie przestrzeni muzycznej ma związek z indywidualnym doświadczeniem uczestnika koncertu, czynnego lub biernego. Muzycy intuicyjni korzystają często z dobrodziejstw swojej pamięci muzycznej, wplatają w nią często sprzeczne wątki, tworzą ogólny dobrostan utworu. Efekt intuicji w muzyce bywa zaskoczeniem także dla samych twórców. Nawet jeśli jesteśmy uważni i odpowiedzialni muzycznie, co w kontekście muzyki intuicyjnej jest warunkiem i rzeczą naturalną, często jesteśmy zaskakiwani własną twórczością. Ta muzyka opiera się na trochę innych zasadach. Brzmienie jest pierwszym impulsem, zwiastunem dźwięku, początkiem i końcem muzyki, którą ja tworzę. Bardziej niż muzyka jako taka, mnie bardziej pasjonują jej kwantowe elementy – uroda samego dźwięku, zaglądanie do środka muzyki poprzez dźwięki.

JO: Czyli to, co słyszymy na płycie Kroniki miejskie powstało bez żadnego przygotowania, czysto spontanicznie, ani też bez późniejszych overdubów w studiu?

WP: Nie do końca. Podstawą tej muzyki była warstwa elektroniczna, którą przygotowałem wcześniej. Są to dźwięki obce – jakieś dźwięki ulicy, itp., które oczywiście nie należą do tej formuły intuicyjnej, jako że są grane z taśmy. Są one jednak zwiastunem tego, co może się potem wydarzyć na scenie, na temat „Muranowa o świcie” czy „Wieży ciśnień”. A wydarzyło się akurat to – i to stało się idiomem tej muzyki. Grając odnosimy się zarówno do tych dźwięków elektronicznych, jak i tych, które gra partner na scenie. Koncert weryfikuje to wszystko, co jest grane pomiędzy muzykami znającymi się od x lat. Nagrywanie w studiu traci swój spontaniczny walor, gdyż zawsze można coś powtórzyć czy dograć. Jeśli chodzi zaś o overdub – głos Joanny na scenie wydał mi się zbyt abstrakcyjny, zbytnio wpisywał się w to, co my gramy. I to jest paradoks, bo to powinno być atutem tego głosu; a mnie się to nie podobało. Poprosiłem zatem Joannę, żeby już w studiu zaśpiewała to, co najbardziej lubi, co jej najlepiej wychodzi, co jest istotą jej twórczości. To jest niezwykły atut, gdy artysta potrafi prostymi środkami osiągnąć zaskakująco bogaty efekt muzyczny. Te dograne wokalizy wprowadziły niepokój do tej płyty, chociaż spotkałem się z opiniami, że należą one do innej bajki i nie współbrzmią z jej surową formą muzyczną. Ale mimo to, na przekór kryzysowi post-modernizmu i powrotu do źródeł w poszukiwaniu czystości w muzyce minimalnej, zdecydowałem się to w ten właśnie sposób ubarwić. Nie wiem czy to było potrzebne, ale ja lubię eksperyment w muzyce, lubię niepokój, to wyraz buntu przed formalizowaniem rzeczy, nadmiernym szacunkiem dla klasyki. Ja lubię łamać zasady i być na ścieżce odkrywcy. Gdy muzyka intuicyjna wybrzmiewa, mamy poczucie, że odkrywamy rzeczy nowe, zaskakujące i niepokojące, bez kół ratunkowych i pomocy dla słuchacza w asymilacji tej muzyki. 

JO: Warstwa elektroniczna, zarówno w postaci muzyki, jak i narzędzi do jej tworzenia, ma dla Pana duże znaczenie. W sztukach wizualnych również był Pan technologicznym pionierem...

WP: To prawda, byłem jednym z pierwszych sześciu plastyków w Polsce, którzy używali Photoshopa. Także w muzyce, dzięki technologii mamy obecnie wielką łatwość tworzenia. Jednakże, można dzięki temu łatwo wpaść w pułapkę samozadowolenia, zachwytu nad własnym głosem: Cudownie mi to wychodzi, to jeszcze dodam coś, jeszcze coś upiększę, jeszcze bardziej skomplikuję. Wtedy ego zaczyna oszukiwać umysł i nie wiemy już co jest dobre, a co złe. W związku z tym wielu artystów wraca do minimalizmu i eliminuje kolejne pokłady muzyczne jako zakłócające. To wymaga oczywiście pracy i praktyki, czegoś głębokiego. Ja po 10 latach eksperymentowania z muzyką elektroniczną wciąż się tego uczę, chociaż wydaje mi się, że wiem jak taka muzyka powinna brzmieć; natomiast, czy uda mi się to wyrazić – to się okaże. Jest wiele osób, które odczuwają atawistyczny lęk przed komputerem. Ja tego nigdy nie miałem, a używam ich od kiedy się u nas pojawiły, jeszcze w połowie lat 80. Sam komputer nie jest dla mnie niczym niezwykłym. Natomiast, kreowanie dźwięku za pomocą komputera to jest zupełnie inna historia. Ja się wychowałem na dźwiękach analogowych. Dla mnie istotą muzyki jest dźwięk zagrany przez żywego człowieka, dźwięk możliwie naturalny. Ale to nie zakłada, że tylko ten dźwięk jest istotą muzyki. Keith Jarrett jest mistrzem fortepianu i kojarzony przede wszystkim z tym instrumentem, a przecież grał z Milesem Davisem na pianie Fendera. Zapytał go o to sceptyczny dziennikarz, na co usłyszał odpowiedź, że Milesowi się nie odmawia. I tak Jarrett przeszedł do historii jako jeden z pierwszych pianistów, którzy dokonali tej fuzji muzyki akustycznej z elektryczną. Później wydarzyło się wiele innych, genialnych rzeczy, ale też wiele przygnębiających eksperymentów jak np. perkusja Simmonsa i jej udział w polskich filmach lat 80., czy też cały ten new romantic, który w większości przyniósł rzeczy fatalne. Ale wśród tych fatalnych były też rzeczy fantastyczne, ponieważ zostały stworzone przez wrażliwych artystów. Jeśli artysta ma oczy i uszy otwarte, to jest to dobra droga do tego, żeby stworzyć przejmującą sztukę. Nie warto jest jednak obracać się w stronę już zastanych rzeczy i nawiązywać do tego, bo to może być złudne. W muzyce nie ma drogi na skróty. Cieszę się, że muzyka jest zjawiskiem społecznym, podobnie jak malarstwo i inne dziedziny sztuki. Dostępność komputerów sprawia, że każdy może dziś tworzyć i to jest zjawisko pozytywne. Natomiast czy da się to sprzedać i z tego wyżyć, to jest zupełnie inna historia. To, że są to w większości mało ciekawe rzeczy zależy od zbyt przyspieszonego pójścia na skróty; czasami dłuższa praktyka i większy wysiłek przydają się. Ja słucham bardzo dużo muzyki elektronicznej, ale są to rzeczy w większości przeciętne, powierzchowne, które nie usiłują nawet wzbić się na wyższy poziom. To jest właśnie paradoks tej muzyki: duża łatwość, a jednocześnie duża odpowiedzialność.

JO: Czy ma Pan swoich ulubionych wykonawców muzyki elektronicznej, lub konkretne płyty?

WP: Ostatnio zachwyciłem się twórczością Ewy Liebchen, która nagrała płytę Electric Sheep, do której zresztą sam zrobiłem okładkę. Znam Ewę od dziecka i od początku śledzę jej rozwój muzyczny. Byłem zachwycony tą płytą, a jednocześnie faktem, iż Ewa nie znając Philipa Dicka i Blade Runnera, stworzyła coś takiego. A przecież Philip Dick i cały ten etos science-fiction to jest część mojego życia. Podobnie jak Kraftwerk, z tą ich hipnotyczną funkcją, która do dziś inspiruje wielu artystów i którą także znajdziemy na tej płycie. To są dla mnie rzeczy bardzo bliskie. W tamtych czasach, gdy ci ludzie tworzyli ja wchodziłem w dorosłe życie i moje połączenia neurologiczne reagowały na nie w naturalny sposób. Ewa odkrywa to po latach, a mimo to nagrała płytę, która będąc bardzo blisko Warszawskiej Jesieni jednocześnie przekracza te bariery, podobnie jak Bernhard Lang. Ja na ogół lubię minimalistyczne rzeczy. Podoba mi się to, co tworzy Dominik Karski, wybitny kompozytor, czy też perkusjonista Hubert Zemler, ale także Arvo Pärt. Gdy stykam się z jakimś stylem muzycznym to natychmiast dostaję sygnał z najwyższej półki. Gdy ktoś poznaje muzykę free-jazzową, to natychmiast dociera do Ornetta Colemana czy Johna Coltrane’a. Gdy ktoś poznaje muzykę fusion, to dociera do Milesa Davisa i Chicka Corea. W ten sam sposób poznałem płytę Arvo Pärta Tabula Rasa. Ona otworzyła u mnie jakiś czakran! Ja wiem, że dla wielu osób jest to zbyt surowe, zbyt eklektyczne, ezoteryczne, nawet religijne; ja uważam, że to jest najczystsza forma uduchowionego minimalizmu.

JO: Czy w planach na kolejną płytę jest zachowanie tej formuły intuicyjności, czy też będzie to coś zupełnie innego?

WP: Tak właśnie będzie, gdyż nie chcę rezygnować z tego, co najbardziej lubię robić, czyli bawić się frazami z przestrzeni jazzowej. Ja nie wiem czy w mojej grze zmieniło się wiele przez te 40 lat, chociaż moi znajomi twierdzą, że zmieniło się zupełnie wszystko, że są to „lata świetlne” od tamtego czasu. Ja wciąż lubię ocierać się o taki jazz improwizowany, free-jazz czy nu-jazz, ale na przekór temu chce zrobić coś, co bardzo teraz mnie wciąga i inspiruję, czyli zabawa dźwiękami elektronicznymi i pójście w stronę minimalizmu. Chciałbym namówić Ewę Liebchen do udziału w tym, bo ona mi ułatwi zadanie i wprowadzi coś, co będzie zadziwiające i fantastyczne – i ja nie będę musiał tego grać! Mam już przygotowany pewien konspekt tego i wiem, że to będzie bardzo dziwne i wzbudzi bardzo wiele wątpliwości. To będzie eksperyment, którego ja jeszcze nie słyszałem, chociaż pewnie już go ktoś wymyślił wcześniej, bo wszystko już było! To będzie niespodzianka na początek roku. Gdy graliśmy z Grupą w Składzie cały czas poszukiwaliśmy tego Świętego Graala i dlatego nie powstała z tego właściwie żadna płyta – więc ja staram się to teraz nadrobić i samemu nagrywać więcej rzeczy.

JO: W jednym z wywiadów powiedział Pan coś, co przez wielu zostanie zrozumiane na opak. Powiedział Pan, że lata socjalizmu w Polsce były dla sztuki dobrym czasem. W jakim sensie? Czy chodzi o wolniejsze tempo życia, o większą bliskość ludzi? Jak porównałby Pan tamte czasy, pod kątem sztuki, ze współczesnością?

WP: Ja rozumiem jaka jest dziś ocena PRL-u – niezbyt zachęcająca. Często jest jednak tak, że o pewnych rzeczach mówią ludzie, którzy tych rzeczy nie doświadczyli, albo mają znikomą na ten temat wiedzę. Moja nieżyjąca już matka opowiadała wielokrotnie, że najpiękniejszym okresem w jej życiu był czas Powstania Warszawskiego. Oczywiście sama wojna była rzeczą okropną, ale ona sama miała wtedy 16 lat. Wszyscy jej znajomi byli młodzi, spotykali się na Powiślu, nad Wisłą, byli zdrowi i szczęśliwi; tylko co jakiś czas spadały bomby. Ja jednak nie mówię o czymś takim; mam na myśli coś, co można ocenić obiektywnie. Lata 60 i 70 postrzegam jako rozkwit polskiej kultury także w wymiarze światowym. Pomijając już teatr Grotowskiego, do którego pielgrzymowali reżyserzy z całego świata, który dziś jest postacią kultową i twórcą pewnego zjawiska w teatrze, mówimy także o twórczości Kantora, mówimy o rozkwicie polskiego filmu (czego niestety nie można powiedzieć obecnie), mówimy o bardzo wielu teatrach i sztuce aktorskiej. Myślę także o Magdalenie Abakanowicz, o sztukach plastycznych; to polskie okno na świat otwierało się także za pośrednictwem Warszawskiej Jesieni na którą przyjeżdżali najwybitniejsi twórcy muzyki współczesnej ze świata. Mówię o Jazz Jamboree na którym się wychowałem. To jest mit założycielski polskiego jazzu – to tutaj spotykali się ludzie, to tutaj obserwowaliśmy najwybitniejszych artystów amerykańskich. Na Jazz Jamboree przyjeżdżali wszyscy najwybitniejsi jazzmani świata, z Duke’m Ellingtonem i Charlesem Mingusem na czele, razem z Ornettem Colemanem, chyba tylko za wyjątkiem Johna Coletrane’a. To stawiało nas w pozycji wyjątkowego, chociaż niekoniecznie najzabawniejszego baraku w obozie. To nas stawiało w sytuacji uprzywilejowanej w stosunku do całego bloku wschodniego i socjalizmu z ludzką twarzą. Ja rozumiem, że w Polsce ta kultura wysoka nie była dostępna powszechnie; to był przywilej dużego miasta, że na Konfrontacjach Filmowych oglądałem wtedy najlepsze filmy tamtych czasów, które zmieniły moje pH postrzegania kina. Czy to wystarcza, żeby powiedzieć, że nastąpił rozwój polskiej sztuki? Moim zdaniem tak, sam w tym brałem udział. Te wszystkie koncerty, kluby studenckie, spotkania z artystami – to wszystko umożliwiało takie w miarę normalne życie. Moje pokolenie urodziło się po wojnie, nie znaliśmy tamtej grozy, mieliśmy do tego zupełnie inny stosunek i chcieliśmy korzystać z tego życia. Wtedy pojawił się element kultury hippisowskiej, która bardzo się sprawdziła w życiu moim i moich przyjaciół. Korzystaliśmy z dobrodziejstwa pewnego rodzaju wolności i swobody, nie odczuwaliśmy opresyjności kraju.

JO: Dziś przeżywamy klęskę urodzaju – mamy dostęp do wszystkiego, ale nie możemy wszystkiego wybrać na raz. Populację odbiorców należy podzielić przez większy mianownik – koncerty, miejsca, płyty. Jako naród nie jesteśmy przyzwyczajeni do urodzaju; gdy mamy duży wybór, gubimy się.

WP: Zgadza się. Ja nie ubolewam nad dzisiejszym stanem polskiej kultury i sztuki. Paradoksalnie, w tej chwili dostępność do instrumentów, materiałów plastycznych, ośrodków kultury jest bezdyskusyjnie większa; więcej klubów, więcej przestrzeni do tworzenia sztuki – tylko pytanie, co z tego wynika? Potencjał jest olbrzymi. Teraz artystów w Polsce jest nieporównywalnie więcej w Polsce niż wtedy, tylko czy ilość w tym przypadku można przekuć w jakość? Mam wątpliwości. Tym bardziej, że polski odbiorca jest przyzwyczajony do kultury za darmo, a artysta od razu wchodzi w etos komercji. Wtedy było to czyste, bardziej romantyczne, ludzie spotykali się, rozmawiali, organizowano jamy, grano razem, coś się działo. A dziś jest jeden klub w Warszawie, gdzie odbywają się jamy – Klub SPATiF. Wtedy takie kluby były enklawami tej kultury studenckiej, miejsca takie jak Remont czy Hybrydy. Czy dziś mają one takie znaczenie jak wtedy? Czy ludzie chodzą na koncerty? Pewnie tak, i takich twórczych miejsc jest więcej, ale ja mam do tamtych czasów taki atawistyczny sentyment, dlatego że uczestniczyłem wtedy w odkrywaniu rzeczy ważnych, które mnie kształtowały. Dziś odczuwam lekkie zgorzknienie, mimo iż słucham muzyki z całego świata i znacznie większej ilości artystów. Do tego nadmierna rola pieniądza powoduje demoralizację sztuki – ale to już temat na zupełnie inną dyskusję.

JO: Bardzo Panu dziękuję za długą i ciekawą rozmowę.


Rozmawiał: Jakub Oślak


Atom String Quartet

2019-09-10

Atom String Quartet, czyli czołowi polscy klasycy jazzowi, wzięli na warsztat kompozycje Krzysztofa Pendereckiego, pochodzące z różnych okresów twórczości Mistrza. Materiał zawarty na płycie „Penderecki” przynosi ciekawą reprezentację jego dzieł, a jednocześnie pokazuje pomysłowość muzyków kwartetu w konfrontacji z jego repertuarem. O procesie doboru, strukturze całości i podejściu do materii muzycznej Pendereckiego opowiedzieli mi wiolonczelista Krzysztof Lenczowski oraz skrzypek Dawid Lubowicz.

Czytaj więcej...

Sabaton

2019-08-01

Szwedzka grupa Sabaton wydała nowy album studyjny zatytułowany "Great War". Tym razem inspiracją dla zespołu była I Wojna Światowa. Z okazji premiery spotkaliśmy się z basistą Sabatonu Pärem Sundströmem.

Czytaj więcej...

Mick Harvey

2019-07-26

Mick Havey to słynny multiinstrumentalista, producent, kompozytor i współtwórca grupy Nick Cave & The Bad Seeds. 26 października przyjedzie do do łódzkiego klubu Wytwórnia i weźmie udział w festiwalu Soundedit. Harvey nie tylko wystąpi podczas imprezy, ale także zostanie uhonorowany statuetką Człowieka Ze Złotym Uchem. Z tej okazji Artysta po raz drugi udzielił wywiadu naszemu serwisowi.

Czytaj więcej...

Wilco

2019-07-18

15 września amerykańska alt-rockowa grupa Wilco zagra swój pierwszy klubowy koncert w Polsce, który odbędzie się w stołecznej „Progresji”. Grupa wraca do czynnej działalności nie tylko koncertowej, ale fonograficznej, bowiem lada moment wyda swoją nową, jedenastą już płytę. Zespół, którego korzenie sięgają formacji Uncle Tupelo, od 25 lat jest jednym z najciekawszych bandów na scenie alternatywnego rocka, głównie za sprawą interesujących muzycznie płyt oraz świetnych koncertów. O poszczególnych punktach historii zespołu, a także o działalności pobocznej opowiedział mi sympatyczny basista grupy, John Stirratt.

Czytaj więcej...

Amarok

2019-07-16

Po wydaniu dwa lata temu płyty „Hunt”, stołeczny Amarok nabrał wiatru w żagle. Niedawno ukazała się płyta „The Storm” z muzyką napisaną na potrzeby spektaklu tańca współczesnego o tym samym tytule, wyreżyserowanym przez Anglika Johna Wiltona. Zawartość krążka nie należy do najprostszych w odbiorze, aczkolwiek kompozycje ilustracyjne mają w sobie sporo uroku i głębi. O tym niecodziennym projekcie opowiedział mi twórca Amarok – Michał Wojtas.

Czytaj więcej...

Sorry Boys

2019-07-09

„Miłość” to najbardziej spójna płyta w dorobku Sorry Boys. Czwarty album stołecznej grupy powstał w wyjątkowych okolicznościach, bowiem jego realizacja zbiegła się z narodzinami córki Beli Komoszyńskiej i Tomka Dąbrowskiego. Nad całością czuwał zaś stały współpracownik zespołu, Marek Dziedzic. Dumni artyści-rodzice opowiedzieli mi o procesie tworzenia płyty, niuansach jakie niosą ze sobą zawarte na niej kompozycje oraz m.in. o chęci podejścia do kompozycji w stylu bardziej ‘piosenkowym’.

Czytaj więcej...

Michał Kowalonek

2019-07-03

Michał Kowalonek (Snowman, ex-Myslovitz) nagrał pierwszą solową płytę, którą zainspirowała tematyka Powstania Wielkopolskiego. Z tej okazji Artysta udzielił nam wywiadu.

Czytaj więcej...

Natalia Sikora

2019-06-22

Natalia Sikora wydała pierwszą płytę z całkowicie premierowym autorskim materiałem od opublikowanego w 2014 roku albumu "BWB Experience". Przy powstawaniu płyty "Ailatan" wsparli Artystkę między innymi: producent Paco Sarr i gitarzysta Darek Kozakiewicz. Spotkaliśmy się z Natalią by porozmawiać o jej nowym wydawnictwie.

Czytaj więcej...

Amarok

2019-06-19

Projekt Amarok kierowany przez Michała Wojtasa stworzył muzykę do przedstawienia brytyjskiego teatru tańca współczesnego James Wilton Dance Company. Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak porozmawiał z liderem zespołu.

Czytaj więcej...

Kurt Vile

2019-06-17

Kurt Vile to artysta płodny, ambitny i nie specjalnie przejmujący się tym, co dzieje się w świecie najnowszych trendów muzycznych. Spokojnie penetruje swoją indie rockową przestrzeń, wzbogacając ją jednak o elementy z bliskich muzycznych bajek. Nie inaczej jest na wydanej w ubiegłym roku płycie „Bottle It In”, na której nie brakuje nawet odniesień m.in. do country, czy Toma Petty’ego. Podczas kwadransa rozmowy opowiedział nam o najważniejszych momentach tego albumu i artystach, którzy go inspirują. Wyjaśnił także, czym będzie się różnił jego koncert, który za parę dni da ze swoją grupą The Violators w warszawskiej „Proximie”, od poprzednich, które zagrał w naszym kraju.

Czytaj więcej...

Mazolewski/Porter

2019-06-04

Wspólny projekt Johna Portera i Wojtka Mazolewskiego jest nie tyle zaskoczeniem, ile konsekwencją. Panowie współpracowali już wcześniej przy płycie „Chaos Pełen Idei”, grali także wspólnie koncerty. Nic dziwnego zatem, że nastąpił ‘ciąg dalszy’. Łącząc siły, stworzyli własną ‘filozofię’, którą wypełnia młodzieńcza energia, entuzjazm i po prostu chęć. W poniższej rozmowie opowiedzieli mi o płycie „Philosophia” ze szczegółami.

Czytaj więcej...

Black River

2019-05-10

Po 10 latach ciszy z nową płytą "Humanoid" powróciła ceniona grupa Black River. Premiera nowego wydawnictwa była doskonałą okazją by porozmawiać z gitarzystą Piotrem "Kayem" Wtulichem.

Czytaj więcej...

Archive

2019-05-10

Grupa Archive w tym roku obchodzi swoje dwudziestopięciolecie. Z tej okazji postanowiła wydać album kompilacyjne zatytułowany „25”. Monumentalne czterogodzinna podróż po świecie Archive zawiera nie tylko utwory znane z płyt studyjnych grupy, ale także zupełnie nowe kompozycje Ponad miesiąc przed premierą członkowie zespołu pojawili się w Polsce na krótki press-tour. Nam przypadła w udziale rozmowa Pollardem Berrierem i Davem Penem, którzy szczegółowo opowiedzieli o nowym wydawnictwie i podsumowali ćwierćwiecze Archive.

Czytaj więcej...

Kucz/Bilińska

2019-05-08

Wokalistka, multiinstrumentalistka, autorka tekstów Ola Bilińska (Babadag, Bye Bye Butterfly, Płyny) i kompozytor/malarz Konrad Kucz (Kucz/Klake, Kucz/Kulka, Futro) nagrali w duecie płytę "Kucz/Bilińska). O kulisach powstania tego projektu i albumu opowiedział nam Konrad Kucz.

Czytaj więcej...

Lion Shepherd

2019-05-01

Grupa Lion Shepherd jakiś czasem temu poszerzyła skład, stając się triem. Do wokalisty Kamila Haidara i gitarzysty Mateusza Owczarka dołączył ceniony perkusista Maciej Gołyźniak, znany chociażby ze współpracy z Brodką i Sorry Boys. W tym zestawieniu panowie stworzyli materiał, którego pierwszym wynikiem jest trzeci album grupy, zatytułowany „III”. O specyficznym podejściu do materii muzycznej w procesie twórczym, niuansach jakie kryją utwory z płyty oraz kolejnych krokach artystycznych, opowiedzieli mi wszyscy trzej członkowie Lion Shepherd.

Czytaj więcej...

Monika Lewczuk

2019-04-30

Monika Lewczuk wydała nowy singel zatytułowany "Z tobą lub bez ciebie". Jest on zapowiedzią nowego albumu Artystki, który ukaże się jeszcze w tym roku. Premiera piosenki była okazją do przeprowadzenia wywiadu z piosenkarką.

Czytaj więcej...

dEUS

2019-04-22

Istniejąca od 30 lat belgijska grupa dEUS jest u progu wiosennej europejskiej trasy koncertowej, w ramach której 2 maja wystąpi w gdańskim klubie B90. Z tej okazji porozmawialiśmy z liderem, wokalistą, autorem tekstów i reżyserem Tomem Barmanem.

Czytaj więcej...

Non Violent Communication

2019-04-16

Non Violent Communication, w skrócie NVC, to projekt muzyków, wywodzących się z grup So Slow i Merkabah. Ktokolwiek zna twórczość owych formacji, nie powinien być zbytnio zaskoczony. Grupa na swoim debiutanckim krążku „Obserwacje” zabiera nas w kosmiczną podróż przepełnioną transem, improwizacją, jazzem i… wolnością. O wielorakiej złożoności otwartej formy, jaką prezentuje NVC, opowiedział mi jeden z jego założycieli – perkusista Arek Lerch.

Czytaj więcej...

Red Box

2019-04-07

W tym roku ukaże się czwarty album brytyjskiej grupy Red Box, który będzie zatytułowany "Chase The Setting Sun". Będzie to jednocześnie pierwsze od 9 lat długogrające wydawnictwo tego zespołu cieszącego się kultową popularnością w Polsce. Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak przeprowadził wywiad z liderem Red Box Simonem Toulsonem-Clarkem.

Czytaj więcej...

Agressiva 69

2019-04-01

25 lat po ukazaniu się debiutu grupy Agressiva 69 na kasecie, wytwórnia Requiem Records wznowiła krążek „Deus Ex Machina” na winylu i płycie kompaktowej. Materiał zremasterowano i dodano kilka nowych nagrań. O szczegółach tego przedsięwzięcia opowiedzieli mi członkowie grupy, wokalista Tomasz Grochola i gitarzysta Jacek Tokarczyk.

Czytaj więcej...

End of content

No more pages to load