Wywiady

Hedone

2020-07-21

Łódzka grupa Hedone kierowana przez Macieja Werka wydała we współpracy z GAD Records retrospektywną płytę "Rare 92-20". Jest to pierwsze wydawnictwo Hedone od 15 lat i jednocześnie zapowiedź nowej płyty studyjnej nad którą trwają prace. Z tej okazji Jakub Oślak przeprowadził dla nas wywiad z Maciejem Werkiem, który dotyczył nie tylko Hedone, ale także pandemii koronawirusa, festiwalu Soundedit oraz spełniania muzycznych marzeń.

Rozmowa z: Maciej Werk

Jakub Oślak: Zacznijmy od „gorącego” tematu, czyli od pandemii i lockdownu. W jakim stopniu ta sytuacja wpływa na Ciebie, jako artystę, muzyka, człowieka branży, organizatora festiwalu?

Maciej Werk: Trudny temat. Daleki jestem od skrajności w tematach życiowych, ale w tym przypadku wydaje mi się, że mamy do czynienia z przesadą. Straty ekonomiczne, straty psychiczne, załamania funkcjonowania obywateli, pracowników, firm i organizacji są większe, niż straty w ludziach. Jedyny dobry aspekt te sytuacji jest taki, że w ogóle rozmawiamy o Hedone. Uważam się za człowieka dosyć spełnionego i zadowolonego, który robi to, co lubi; ale, gdy pojawiła się ta wizja apokaliptyczna, praktycznie z dnia na dzień, uświadomiłem sobie jak bardzo mi w tym wszystkim brakuje od wielu lat tego najważniejszego elementu, czyli po prostu robienia muzyki.

Ostatnią płytę wydałem 8 lat temu (Songs That Make Sense), i zacząłem odczuwać potrzebę powrotu do Hedone. To miał być przebogaty we wspaniałe imprezy rok, począwszy od Fryderyków, gdzie miałem prowadzić panel Soundedit Prezentuje, potem targi muzyczne w Los Angeles, no i to wszystko, pod koniec lutego, zaczęło się rozsypywać. Ale, zamiast się kompletnie załamać, wziąłem się za robienie utworu „What Dickens Says About Loneliness”, który od paru lat leżał w szufladzie. Szybko napisałem tekst, nagrałem, zmiksowałem, a Wojtek Bryndel, już w czasie lockdownu, nakręcił teledysk – na zupełnie pustych, wymarłych ulicach. I niejako siłą rozpędu pojawiła się płyta Rare 92-20. Namówił mnie do tego Michał Wilczyński (GAD Records), poza tym miałem ochotę zrobić taki pomost pomiędzy starym, a nowym. Wiele osób pyta mnie, kiedy ukażą się reedycje starych płyt. Pracujemy nad tym. Playboya gdzieś tam jeszcze można dostać, ale gorzej jest z Werk i Sanctvarium – i na tych dwóch płytach będziemy się skupiać, ale to w przyszłym roku. To jest ta dobra strona.

Natomiast zła jest taka, że cała branża leży. Rząd nie ma pomysłu jak pomóc ludziom, którzy stracili prace; nie na trzy miesiące, jak fryzjerzy czy restauratorzy, tylko za chwile minie pół roku. To się teraz troszeczkę odmraża, jest coś, co i mnie dotknie w październiku przy okazji Soundedit, czyli strach przed chodzeniem na imprezy. Ludzie nie chcą wychodzić, chociaż deklarują inaczej. A mimo to, Łódź, Warszawa, Sopot, Katowice, praktycznie we wszystkich dużych miastach, tłumy ludzi na ulicach, w barach, na deptakach, bulwarach, na imprezach. I ci sami ludzie „twierdzą”, że boją się chodzić na koncerty. Czyli, o co chodzi? Kultura w tym kraju od zawsze jest ucinana w pierwszej kolejności. Jest oczywiście pomoc rządu z Tarczy, tylko, że ona nie będzie trwać wiecznie, a nasza branża i tak jest na ostatnim miejscu – a wyrabiamy w tym kraju większy przychód, niż rolnictwo. O tym należy mówić głośno.

JO: Duża część koncertów artystów zachodnich w Polsce to tylko przystanek na kompleksowej trasie. Tego się nie organizuje z dnia na dzień, tylko często z rocznym wyprzedzeniem.

MW: Powiem brutalnie, gdyby nie fakt, że te zespoły grają w Niemczech, Belgii, Holandii itp., to nigdy by nie przyjechały do Polski, takie są realia. Jesteśmy nadal przystankiem, czego najlepszym przykładem jest koncert Bauhausu, który organizuję. Stawka wariacka, ale uwielbiam Bauhaus, David J i Peter Murphy darzą nas zaufaniem (obaj byli na Soundedit), żeby nie powiedzieć przyjaźnią, ale to może się odbyć tylko ze względu na to, że występują nieopodal na dużym festiwalu w Moskwie. Jeśli zatem zachodnie kraje się nie otworzą, to nikt z zachodnich artystów do Polski nie przyjedzie.

JO: Skąd ten strach, który to wszystko paraliżuje? Czy to nie jest kolejna „ściema”, którą tak naprawdę sami sobie fundujemy, a rząd to wykorzystuje, stawiając kulturę na końcu?

MW: Żyjemy w świecie, w którym nie wiadomo, co jest prawdą, a co nie. To jest trochę tak, jak z muzyką. Mamy bardzo szybki dostęp do dźwięku; ja dostaje dziesiątki nagrań, dzięki temu, że prowadzę programy radiowe (fantastyczna przygoda, jedna z najciekawszych w moim życiu). Bardzo szybko możesz wypuścić utwór – nieważne, czy dobry czy słaby - i bardzo szybko może go usłyszeć masa ludzi. Tak samo jest z wiadomościami; nasza percepcja uległa zmianie przez te ostatnie kilka lat, stając się percepcją facebookową. Liczy się nagłówek, śmieszne zdjęcie kotka i koniec, jedziesz dalej.

Tak samo dziś dzieciaki słuchają piosenek. To nie jest taka celebracja, że bierzesz płytę, robisz sobie kawę, siadasz, słuchasz strony A, podchodzisz, zmieniasz na stronę B – i przez pełne 45 minut, które są nadal optymalnym w moim odczuciu czasem trwania płyty, masz okazję zagłębić się w dźwięk. A teraz to wszystko opiera się głównie na szybkich akcjach, błyskawicznym dostępie do wszystkiego. I jest to wykorzystywane przez różne grupy do promowania swoich interesów, od partii politycznych, po sklepy z odkurzaczami. Ktoś puszcza celowo jakieś informacje, które są nieprawdziwe, bo ma w tym jakiś cel.

My nie wiemy, co jest prawdą. Obawiam się, że nigdy się nie dowiemy, jak wygląda prawda z tym wirusem. Został wprowadzony medialny strach przed normalnym funkcjonowaniem. Trochę jak w średniowieczu, kiedy ludzie też nie za wiele wiedzieli. A tymczasem życie milionów ludzi na całym świecie rozsypało się z dnia na dzień, stracili możliwość normalnego funkcjonowania, niektórzy artyści już po miesiącu alarmowali, że kończą się środki, a my właśnie dochodzimy do sześciu miesięcy.

JO: Z drugiej jednak strony sporo artystów wzięło się w garść i nagrywa. Skoro nie ma tras, to dajmy fanom nagrania – a sobie zarobek. Czy Rare 92-20 powstałaby, gdyby nie lockdown?

MW: Na pewno nie. Jestem bardzo leniwy, jeśli chodzi o własną twórczość. Zawsze brakowało mi chęci i czasu, żeby choćby przejrzeć archiwum swoich nagrań – a to właśnie teraz się stało. Mam tam ok. 60 taśm DAT i dopiero teraz zacząłem to archiwizować. Okazało się, że mam tam praktycznie gotowy materiał na kilka płyt, w różnych stylistykach, od ambient po techno, do czego zawsze miałem zapędy. Do tego Wojtek Bryndel namówił mnie abyśmy nakręcili film dokumentalny o Hedone. Po prostu postanowiłem podsumować pewien etap swojego życia, co było potrzebą chwili. To nie wydarzyłoby się, gdyby nie sytuacja z lockdownem. To nie była kwestia wyboru – jechać z dzieckiem do parku, pójść do znajomych, wyskoczyć do Berlina, etc. To był wybór – robisz coś kreatywnego w domu, albo dostajesz świra. Dużo osób wybrało opcję czegoś kreatywnego; podejrzewam, że dużo osób dostało też świra. Znam też smutne przypadki powrotu ludzi do nałogów… o tym się nie mówi, ale skutki społecznie nie będą ani łatwe ani szybkie do naprawienia.

JO: A jak w takim razie wygląda geneza tego zupełnie nowego albumu Hedone, który wiemy, że szykujesz? Czy on także powstał pod wpływem lockdownu, czy też jest to byt zupełnie niezależny?

MW: To jeszcze inna historia. Pomysł był taki, że robię numer, który odpowiada sytuacji lockdownu. Tak powstał „Dickens”, szybko i wirtualnie, bardziej pod kątem wideo; jego ostateczna wersja będzie jeszcze poprawiona. Natomiast to był przyczynek, aby zacząć odgrzebywać inne rzeczy; zacząłem także kombinować jak to wydać i doszliśmy z Michałem Wilczyńskim do wniosku, że założymy sub-label pod GAD Records i tam będziemy wspólnie wydawać różne, rzeczy zaczynając od Hedone. I wtedy sięgnąłem po coś, czego do tej pory nie używałem, a mianowicie po karty Oblique Strategies, wymyślone przez Briana Eno. Jest to zbiór podpowiedzi, spisanych na kartach, które losujesz, gdy szukasz inspiracji. I pierwszą podpowiedzią, jaką wylosowałem, gdy pomyślałem o nowej płycie, było USE OLD IDEAS. Więc zacząłem grzebać w starych utworach, dołożyłem do tego nowe rzeczy i wyszła mi z tego lista 15 utworów, które potencjalnie znajdą się na nowej płycie. Część jest już gotowa do miksu, część wymaga jeszcze pracy, więc będzie to taka stara/nowa, ale w 100% premierowa płyta.

To będzie zaskakujący materiał, taki powrót do bezkompromisowego Hedone; i wiem, że to brzmi kokieteryjnie, ale ja naprawdę robię to wyłącznie po to, aby spełnić swoje zapotrzebowanie. Jeśli przy okazji ktoś będzie chciał tego posłuchać, tym większa przyjemność po mojej stronie. Oczywiście, jeśli radia i media będą chciałby to puszczać, to ja się na pewno nie obrażę. Mamy media, jakie mamy – inne nie będą. Dlaczego zresztą wszyscy obrażają się na media publiczne, a nikt nigdy nie wyegzekwował od mediów komercyjnych tego, żeby zwróciły większą uwagę na programy kulturalne? Ani TVN ani Polsat nigdy nie otworzyły swojego kanały typu „Kultura”, prawda?

Nowa płyta będzie nosić tytuł płyty 2020, będzie podsumowaniem tego trudnego roku; nie wiemy, co dalej i wcale nie jest powiedziane, że najgorsze za nami. Perwersyjnie postanowiłem, że płyta będzie mieć premierę 31 grudnia – jeszcze nikt nigdy nie wydał płyty w Sylwestra, więc zrobię to ja! Mam nadzieję, że będzie to symboliczne zamknięcie rozdziału i otwarcie nowego, że skończy się ten cholerny rok i następnego dnia wszystko już będzie OK.


JO: Pytanie z zupełnie innej beczki – jak nawiązała się Twoja współpraca z Markiem Laneganem i czy rzeczywiście jest on tak mroczny, jak go malują?

MW: Przesympatyczny człowiek. Poznaliśmy się tak, że robiłem jego koncert z Isobel Campbell na otwarcie festiwalu Camerimage w 2008. Ale spotkałem go jeszcze wcześniej, przy okazji koncertu The Gutter Twins w Warszawie kilka miesięcy wcześniej. Podchodzę do niego po koncercie, przedstawiam się, a on do mnie tak: „Napijesz się czegoś? Może herbaty? Tak dzisiaj zimno na dworze”, tym głosem swoim. I później w Łodzi dzwoni do mnie rano i mówi tak (tu imitacja głosu Lanegana): „Hi… Drive me to Manufaktura…” To jest gość, który czytając książkę telefoniczną mógłby spowodować ekstazę u niejednej kobiety. Takim go fantastycznym głosem Bóg obdarzył. Wysłałem mu później kawałek, pytając, czy nie chciałby czegoś wspólnie zrobić, i odpowiedział, że bardzo chętnie. Przesłałem mu słowa, sugerując, żeby coś dorzucił, albo napisał swoje, a on „Those are very good words, dude.” No i potem przyjechał na jedyny w historii koncert projektu Werk, akurat miał dziurę w trasie, przyleciał żeby zaśpiewać jeden numer. Mroczny? Skądże! Maksymalnie miły gość. Tylko potrzebuje chwili, żeby się otworzyć, zresztą jak większość tych naszych bohaterów ze świata muzyki.

JO: No właśnie, dzięki Soundedit poznałeś Briana Eno, Billa Laswella, Petera Murphy… dla większości fanów muzyki są to postaci niedostępne, jakby bogowie olimpijscy…

MW: Brian Eno od zawsze był dla mnie w czołówce najważniejszych postaci muzycznych na świecie. Na jego dawnej stronie internetowej, kiedy ten cały Internet dopiero ruszał, była zakładka Contact; gdy w nią wszedłeś, ukazywał się napis: If you want to contact Brian Eno, forget about it. Gdybyś powiedział mi 15 lat temu, że Brian Eno będzie mnie zapraszał na święta, albo na herbatę, gdy tylko jestem w Londynie… Puszczał mi ostatnio płytę, którą nagrał z Rogerem, Mixing Colours… zawsze znajduje dla mnie chwilę czasu… Myślę, że mógłbym z czystym sumieniem stwierdzić, że spotkałem w swoim życiu geniusza. To jest absolutny, humanistyczny geniusz. To nie jest tylko muzyka; to jest angażowanie się w sprawy społeczne, ekologiczne, jakieś wynalazki, aplikacje, instalacje video, instalacje świetlne, to jest tytan pracy. On cały czas coś robi, zawsze coś się u niego dzieje…

Spotykanie tych ludzi to jest po prostu wielka przygoda. Cała historia Soundedit zaczęła się od tego, że ja zawsze sprawdzałem, kto produkował płyty, których słuchałem. I pewne nazwiska zaczęły się powtarzać: Flood, Youth, Alan Moulder, Adrian Sherwood, Eno, Laswell… i większość tych ludzi była w Łodzi i mam z nimi kontakt, jeśli nie przyjacielski, to przynajmniej towarzyski. Jeżeli podchodzisz do nich jak do bogów, to im się to nie spodoba. Oni mają dwa tryby: praca i off. I do trybu pracy zalicza się spotykanie z fanami, podpisywanie płyt, itp. Oni do tego przywykli. Ale gdy są w trybie off, tak jak Paul McCartney z gazetą pod pachą, jak któregoś razu mi się przytrafiło, to nie zrobią zdjęcia, nie podpiszą płyty ani nic z tych rzeczy, ale bez problemu i na luzie zamienią parę słów, pod warunkiem, że nie rzucisz im się na szyje i nie będziesz piszczeć.

Ja mam taki problem, że jestem kolekcjonerem płyt i lubię mieć je podpisane. To przynosi pewien dylemat. Sytuacja z życia: Daniel Lanois zaprosił mnie na koncert, na którym występował razem z Emmylou Harris. Grali materiał z płyty Wrecking Ball, dwie noce w Barbican Center w Londynie, spełnienie moich marzeń. No i po pierwszej nocy na backstage’u jest impreza. Wchodzi Eno, którego wtedy jeszcze dobrze nie znałem, a zaraz po nim Robert Plant. No i czego nie zrobisz, to będzie niedobrze. Trzeba zachować swoje zawodowstwo, a jednocześnie odzywa się twój wewnętrzny kolekcjoner. Ale jak już wszyscy zaczęli sobie robić zdjęcia z Plantem, to i ja się podłączyłem. Dlatego to jest fajne, że na Soundedit, jak oni już skończą grać, to można do nich podejść i podać im stertę płyt z kolekcji do podpsiania.

JO: Czy będąc w środku świata muzycznego od strony branżowej, organizatorskiej, tego mitycznego backstage’u, łatwo jest zapomnieć o korzeniach – o Hedone?

MW: Nie, ja po prostu odczuwałem ogromną pustkę w tym aspekcie. To wszystko wychodzi ze mnie w sposób naturalny, tak jak płyta Sounds That Make Sense. Nigdy nie czułem, że jestem elementem tej całej machiny muzycznej, bycia w trasie, sztabu ludzi stojących za mną, managerów (przez chwilę tak było, po płycie Playboy). Ja w tych swoich osobistych aspektach artystycznych zawsze działałem bardzo niekonsekwentnie; być może, jestem najlepszym managerem dla kogoś, ale najgorszym dla samego siebie. Gdyby ktoś inny zajął się Hedone, to być może byłbym taką średnią półką muzyki alternatywnej, grał koncerty, sprzedawał bilety, nagrywał płyty i było OK. Ale stało się, jak się stało; nie spodziewam się, że nagle będziemy grać na Lollapaloozie, ale cieszę się, że w ogóle będę mógł grać koncerty, bo nie ukrywam, że jest to ten element spełnienia, którego mi trochę brakuje.

JO: Ciekawią mnie, chociaż to mega sztampowe pytanie, korzenie Hedone. Początek lat 90-tych nie sprzyjał takim brzmieniom, przynajmniej w Polsce?

MW: Nigdy nie było takie przyjaznego czasu. Najlepiej obrazuje to koncert w Jarocinie w 1993 roku na Małej Scenie, na którą dostaliśmy się po przesłuchaniach w Jarocińskim Domu Kultury. Przed nami gra zespół Kafel, też taki electro-samplerowy, potem gramy my, a potem już nie istnieje Mała Scena. Lecą butelki i kamienie, scena rozwalona, bo zatwardziała punkowa publiczność jest zawiedziona tym, że Marlboro jest sponsorem Jarocina, a poza tym, co to w ogóle za sytuacja, że tu jakaś elektronika się pojawia? My na koniec naszego seta zagraliśmy „I Wanna Be Your Dog” na naszą modłę, sięgnęliśmy do korzeni punka po klasyk The Stooges, ale jakoś nikt tego nie odnotował. To pokazuje tamte czasy. Wtedy liczyło się tylko gitarowe granie, na różnych poziomach, od Hey po Illusion, a z drugiej strony to były czasy, w których wszystko co się wydawało, to się sprzedawało. Zapotrzebowanie na zakup polskiej muzyki było bardzo duże, i – co należy podkreślić – mieliśmy kilka programów telewizyjnych stricte kulturalnych i stricte muzycznych, całe mnóstwo audycji radiowych w różnych rozgłośniach, gdzie w prime-time można było nawet usłyszeć nasz „Zapach”, w RMF czy w Zetce. Dziś, myślę, że nawet ten numer by tam nie dał rady, chociaż jest to bardzo ładna piosenka o miłości.

JO: Czy zatem, jak to się teraz z przekąsem mówi, kiedyś było lepiej?

MW: Tak i nie. Było lepiej, bo było mniej możliwości. To paradoks, ale zawsze uważałem, że ograniczenia wychodzą nam na dobre. Mój pierwszy sampler miał 16 MB pamięci, a robiłem na nim remiksy, wokale, grając klawisz po klawiszu. Teraz mam nie wiem ile TB pamięci w komputerze, a z kreatywnością bywa różnie. Szybkość działania dziś jest plusem, ale zarazem minusem, bo jest mniejsze sito i więcej rzeczy przelatuje ludziom przez palce, bo jest tego za dużo. Dokładnie tak, jak z tymi wiadomościami, o których rozmawialiśmy. Kiedyś żeby się czegoś dowiedzieć albo coś zdobyć musiałeś poświęcić na to trochę energii. Dla przykładu, żeby wygrać koszulkę w radiu, musiałeś: posłuchać radia, pójść na pocztę, kupić pocztówkę, nakleić znaczek, wysłać ją do radia i jeszcze czekać na przesyłkę. Teraz to się nazywa wysłanie maila, kliknięcie. Ale chodzi o sposób i różnicę zaangażowania, która jest gigantyczna. Gdyby porównać to do wymiany energetycznej, to tamta energia była znacznie większa i być może, dlatego ludzie tak wspominają tamte czasy. Nie ukrywam, że liczę na falę sentymentu podobnych mi wiekowo ludzi, którzy w latach 90’tych chodzili na nasze koncerty. Już widzę taki odzew po tym jak się pojawił „Dickens”, że są ludzie, którzy czekają na Hedone i którym z tego powodu zrobiło się jakby lepiej i milej. I nie ukrywam, że taki element mnie najbardziej interesuje. Niekoniecznie mam ochotę opowiadać historie trudne, ale też nie mam ochoty pisać utworów po to, aby były grane w radiu.

JO: Czy zatem jako artysta wolisz przemawiać do tych klikających mas, czy też pasjonatów płyt?

MW: Do pasjonatów płyt. Zawsze wychodziłem z założenia, że ilość jest mniej istotna, niż jakość. Chciałbym trafiać do osób, które przesłuchają płytę i chętnie podzielą się swoją opinią na jej temat. Ja dosyć szybko wszedłem w świat cyfrowy, szybko mieliśmy stronę internetowa, maila, dostawałem mnóstwo maili od słuchaczy, np. że ktoś poznał dziewczynę przy utworze „To tylko miłość”. Artyści tylko czekają na takie słowa, na tą świadomość, że ich działalność spowodowała zdarzenie w życiu osoby słuchającej, pozytywne. Z drugiej strony trzeba to traktować umownie, z dystansem, jeśli artysta coś mówi, to wcale nie znaczy, że tak jest. McCartney do dziś nie może otrząsnąć się z tego, ile strat w ludziach spowodowało „Helter Skelter”. Ten świat jest światem umownym i ma on spełniać funkcję rozrywkową; dla jednego rozrywką jest słuchanie Burzum, a dla drugiego Modern Talking.

JO: Ostatnie pytanie, jakie masz jeszcze marzenie, jako artysta? Jakiś niesamowity gość na nadchodzącej płycie?

MW: Chciałbym mieć za gościa Lecha Janerkę, którego proszę o współpracę od dawna. Z zagranicznych, Brian Eno. Brian Eno w chórkach! No i chciałbym, aby jakiś utwór zmiksował mi Adrian Sherwood. Jestem w tym momencie na etapie bardzo dubowym. Adrian w tym momencie jest bardzo zajęty, ale nie wyklucza takiej możliwości. Chciałbym sobie na tej płycie zrobić parę prezentów. Robię ją w końcu dla siebie. Michała Urbaniaka muszę namówić żeby mi coś zagrał, bo już się odgraża od wielu lat, a mam taki pomysł, że w tytułowym otworze „2020” na koniec różni ludzie zagrają różne rzeczy i będzie to taka apokaliptyczna końcówka. Być może ten utwór będzie trwał tyle, co stary dobry Swans, 15 minut. Ale tego jeszcze nie wiem. To ma być utwór, który zakończy ten rok, więc musi się rozpierdolić na koniec!

JO: Trzymam zatem kciuki i dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load