Wywiady

Robert Cichy

2020-10-24

Po sukcesie debiutanckiej płyty "Smack", która w ubiegłym roku została wyróżniona Fryderykiem w kategorii "Country/Blues", Robert Cichy zaprezentował drugi album "Dirty Sun". Mieliśmy przyjemność porozmawiać z Artystą na temat tego znakomitego wydawnictwa.

Rozmowa z: Robert Cichy

- Oba Twoje solowe albumy są utrzymane w stylistykach country/americana/blues. Jednak Twoje wcześniejsze dokonania z zespołami Chill i June, a także Twoja współpraca z Anią Dąbrowską oraz Kayah, nie wskazywały, że pójdziesz w takim kierunku. Kiedy zdecydowałeś się zwrócić w stronę tych stylistyk, w których nagrywasz solo?

-  Zawsze najbliższa mojemu sercu była i jest gitara, na której sobie po cichu cały czas gram. Do tego dodałbym banjo i gitarę ‘dobro’ czyli rezofoniczną. Na podstawie tego instrumentarium powstały utwory i chyba przypadł mi do gustu klimat wyczarowany przez te instrumenty. Bo rzeczywiście, w szufladzie miałem także dużo utworów utrzymanych w innych stylistykach. Jak wspomniałeś grałem w różnych zespołach i współpracowałem z kilkoma artystami z innych gatunków muzycznych. Ale duży wpływ na moje zamiłowanie do country miał zbiór starych płyt, które znalazłem na strychu o mojego ojca i dziadka. Były tam krążki Hanka Williamsa, Johnny’ego Casha. Wkręciłem się w tę muzykę i zacząłem się tym inspirować. Więc uznałem, że na mojej debiutanckiej płycie chcę pójść w stronę country.

- W Stanach Zjednoczonych country jest otoczone kultem, jest pewnym stylem życia. Wolność, harleye, podróżowanie. A co dla Ciebie znaczy ta stylistyka?

- (śmiech) Harleya jeszcze nie mam, ale wolność i podróże są dla mnie bardzo istotne. Uwielbiam wyjeżdżać sobie samochodem w jakieś pustkowie i zapodawać sobie taką muzykę. Wtedy czuję się blisko tamtych ludzi, którzy tworzyli country w USA. Ich inspirowała natura i nie ukrywam, że mnie także.

- Twoja nowa płyta „Dirty Sun” jest następcą albumu „Smack”, który dwa lata temu narobił dużo zamieszania na polskiej scenie muzycznej i został nagrodzony Fryderykiem. Czy nagrywając „Dirty Sun” odczuwałeś tzw. syndrom drugiej płyty? Wielu artystów, którzy odnieśli sukces dzięki debiutowi twierdzi, że drugą płytę nagrywało się im jeszcze trudniej niż pierwszą. Jak to było w Twoim przypadku?

- Nie, miałem od początku wizję, jak ma brzmieć ta nowa płyta. Wiadomo,  że jakaś tam presja była, ale nie odczuwałem w związku z tym zbytniego stresu. Miałem takie podejście, że tak jak przy debiucie: biorę gitarę do ręki i tak jak zawsze tworzę muzykę. W przypadku „Dirty Sun” miałem jedynie drobne obawy w związku z tym, że pojawił się język polski. To było dla mnie wyzwanie.

- Właśnie, skąd ta decyzja, by część utworów była po polsku?

- Nasz język miał się pojawić już na pierwszej płycie, ale ostatecznie z tego zrezygnowałem, bo nie do końca mi tam pasował. Był tam utwory, które zaśpiewałem po polsku, ale mi nie podeszły. Jakoś nie czułem, że nasz język współgra z tą muzyką. Natomiast w przypadku „Dirty Sun” wiedziałem od początku, że muszę spróbować i powalczyć z tym. Udało się i teraz wiem, że chcę dalej iść w tym kierunku.


- Podoba mi się na tej płycie także to, że starasz się eksperymentować z między innymi z hip-hopem. Czy nie jest tak, że podjąłeś się misji zapoznania młodszego pokolenia słuchaczy z muzyką country, która w naszym kraju jest słuchana głównie przez osoby w dojrzałym wieku…

- Jak najbardziej, to jest dla mnie bardzo istotne. Nie ukrywam, że bardzo cenię wszystkich twórców nurtu ‘hick-hop’ (połączenie hip-hopu i country-przyp.GS), gdzie jest połączenie beatów i banjo. Bardzo mnie to kręci i nie ukrywam, że chciałem to przenieść na polski grunt.

- Na „Dirty Sun” wystąpiło czterech gości: Sosnowski, Kasai, Mrozu i Rahim. Pierwszy z nich jest dla mnie jak najbardziej naturalnym wyborem, ale według jakiego klucza dobrałeś pozostałą trójkę.

- Mrozu już jakiś czas temu dał mi znać, że spodobała mu się płyta „Smack”. Porozmawiałem z nim powiedział mi, że podobają mu się podobne klimaty i zrobiliśmy ten utwór „Jedna noc”, który trafił na „Dirty Sun”, a przy okazji jeszcze pięć innych. Z Kasai znam się bardzo długo i gdy pracowałem nad utworem „Urwana Medlodia” wiedziałem, że musze tę piosenkę zaśpiewać w duecie z kobietą. I tutaj pomyślałem o Kasi, którą uważam za świetną instrumentalistkę, wokalistkę i producentkę. Do tego pisze bardzo dobre teksty – to ona właśnie napisała pierwszy polskojęzyczny tekst na tej płycie. Rahim musiał mi się odwdzięczyć (śmiech), bo 13 lat temu zaśpiewałem razem z Mioushem w utworze Pokahontaz „Za szybcy za wściekli”. No i gdy zacząłem tworzyć nową płytę nadarzyła się okazja, by zaprosić Rahima do nagrania utworu „Rebeliant”. No, a Sosnowski to tak jak wspomniałeś był naturalnym wyborem. Gdy go po raz pierwszy usłyszałem i zobaczyłem na żywo to już wiedziałem, że musi u mnie wystąpić (śmiech). A gdy zaczęliśmy rozmawiać, to okazało się, że nasze studia nagraniowe sąsiadują ze sobą. On ma studio na dole, a ja na górze (śmiech).

- Nagrałeś praktycznie wszystkie partie instrumentów na tej płycie i ją wyprodukowałeś. Czy ten album brzmiałby inaczej, gdybyś stworzył ją z zespołem?

- Pewnie tak by było. Pewnie dlatego nie chciałem zatrudniać innych muzyków, aby się z nimi nie kłócić (śmiech). A poważnie: na razie pracuje mi się dobrze w ten sposób. Jest to taki, można powiedzieć, „solo act”. Ale gdy są koncerty to zapraszam gości i dodatkowych muzyków. Natomiast nie wykluczam, że przy następnej płycie tych muzyków będzie więcej.

- Tak więc: co dalej? Wydałeś te dwa solowe albumy, na których eksperymentujesz i zapraszasz gości, ale czy widzisz kolejny obszar, który mógłbyś eksplorować?

- Tak, widzę. Właśnie dziś siedzę i mam pomysł, który będę realizował. Nie chcę na razie mówić o co chodzi, ale miałem dziś banana na twarzy. Czuję, że to będzie fajna rzecz, ale na razie nic nie zdradzę.

-Dziękuję za rozmowę.

Foto: Agora Muzyka

 


Rozmawiał: Grzegorz Szklarek


End of content

No more pages to load