Recenzje

2015-12-08
Coldplay - "A Head Full Of Dreams"
Na „A Head Full Of Dreams” grupa Coldplay jest prawie każdym innym zespołem, bądź wykonawcą, a najmniej sobą…
Wykonawca: Coldplay
Wytwórnia: Warner Music

Być może duża w tym zasługa norweskiego teamu producenckiego Stargate, a być może Chris Martin wraz z kolegami chcą uciec od ścieżki artystycznej, którą  mniej więcej od czasu „A Rush Of Blood To The Head” dumnie kroczyli? Już w otwierającym płytę numerze tytułowym pod dość taneczną warstwą perkusji mamy schowaną gitarę, grającą partię bliźniaczo podobną do tej z „Where The Streets Have No Name” U2. Jedyne, co świadczy o tym, że może być to nagranie Coldplay jest głos wokalisty. Nie zabrakło też słynnych „niebiańskich” partii chóralnych. Natomiast w kolejnym „Birds” pod partią perkusji dziwnie przypominającą tą z „Close To Me” The Cure, całość całkiem przyjemnie płynie. Rytmiczny „Hymn For The Weekend” rozpoczynający się od odgłosów lasu i zapętlonego wokalu samej Beyonce, brzmi zaś jak zaginione nagranie Kanye Westa sprzed prawie dekady. Na tym tle zdecydowanie najlepiej prezentuje się nastrojowy „Everglow” z ujmującą partią fortepianu i spokojnym głosem Martina. Damien Rice mógłby nieco pozazdrościć…  Znany już z singla „Adventure Of A Lifetime" dość bezczelnie przypominający daftpunkowe „Get Lucky” wypada całkiem nieźle w tym zestawie, aczkolwiek… po co tu takie nagranie? Druga część płyty prezentuje się niewiele lepiej. Kołyszący „Fun” z gościnnym udziałem wokalistki Tove Lo zapowiada się na hymn stadionowy. Dziwnie natomiast wypada „kosmiczna” miniatura „Kaleidoscope” z recytacją amerykańskiego poety Colemana Barksa. „Army Of One” z kolei nie odstaje zbytnio od dokonań zespołu z czasów płyty „Mylo Xyloto”.  Zaś ukryty w tym wszystkim "X Marks the Spot" osadzony jest mocno w obecnych trendach hiphop/r&b i spokojnie mógłby znaleźć się np. na płycie Drake’a. To kolejne absolutnie niepotrzebne nagranie na tym krążku. Natomiast idylliczny „Amazing Day” to kolejna porcja rozkołysanego poprocka. Zamykający płytę "Up&Up" to jeden z najbardziej chybionych pomysłów w katalogu grupy. Gdyby tę piosenkę zaśpiewała wspomniana wyżej Beyonce, zabrzmiałaby ono bardziej o wiele bardziej wiarygodnie.

Jedno jest pewne – zespół za sprawą warstwy muzycznej starał się stworzyć na płycie atmosferę ogólnego święta i radości. To udało mu się niemalże stuprocentowo. Szkoda tylko, że grupa kompletnie zatraciła swój walor naturalności i tej typowo brytyjskiej kultury prowadzenia dźwięku, z której słynęła. Nie wiem, czy chodzi o typowo amerykański sposób globalnego zdobycia muzycznego rynku, czy po prostu grupa Coldplay zwyczajnie zagubiła się w swoim „progresie”. W każdym razie obok „Viva la Vida Or Death And All His Friends” A Head Full Of Dreams”jest zdecydowanie najsłabszą płytą w historii zespołu.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load