Recenzje

2017-04-11
Deep Purple - "InFinite"
Dwudziesty album studyjny Deep Purple zreceznowany piórem Marcina Knapika.
Wykonawca: Deep Purple
Wytwórnia: Mystic
Rok wydania: 2017

„InFinite”. Już sam tytuł daje do myślenia. Od razu w głowie pojawiają się skojarzenia z „Deep Purple In Rock”. Po otwarciu płyty (przynajmniej w wersji CD+DVD) dostajemy znajomy widok. Wyrzeźbione twarze muzyków. Choć tym razem w lodowcu, a nie w skale. „In Rock” - „InFinite”. Do tego zapowiedź ostatniej trasy zespołu. Ciężko nie zadawać pytania: czy nie mamy do czynienia z ostatnią płytą Deep Purple?

Po bardzo dobrze przyjętym albumie „NOW What?!” sprzed czterech lat fani liczyli na to, że „InFinite” będzie przynajmniej tak samo dobrą płytą. I ich nadzieje nie zostały zawiedzione. Choć  zniekształcony głos Iana Gillana na początku otwierającego album „Time For Bedlam” może  zaskoczyć, potem pojawia się już Deep Purple, jakie znamy. I tak jest w zasadzie przez cała płytę. Rockowa energia, solówki Steve’a Morse’a i Dona Aireya. Dodatkowo naprawdę dobrze brzmiący głos Gillana (choć ciężko oprzeć się wrażeniu, że w niektórych momentach został on trochę podrasowany). I to wszystko się sprawdza. Deep Purple już nic nie musi. Może dzięki temu na tej płycie utwory brzmią bardziej piosenkowo (jak np. wybrany na singiel „All I Got Is You”). Nie ma tutaj długich form. Tylko trzy utwory trwają około 6 minut, pozostałe – 3-4. To owocuje 45-minutową płytą. Krótką i konkretną.

Wszystko już było? Może nie jest tak do końca. Najbardziej rozbudowanym utworem na płycie jest „The Surprising”. Najpierw nieco niepokojące klawisze, potem spokojny, balladowy fragment przeradzający się w agresywne połączenie werbli, keyboardów i gitar. Później ni z tego, ni z owego - motyw, który wprowadza do tego utworu nieco magicznej atmosfery (wzmocniony jeszcze dźwiękami fortepianu). Świetnie by się go słuchało w jakieś pięknej, wyludnionej przestrzeni. A potem powrót do schematu: ballada i rockowy fragment. Niektóre zespoły mogłyby w tym wszystkim się pogubić, ale tutaj złożono to wszystko cudownie. Drugim najmocniejszym punktem płyty jest brzmiący nieco podniośle „Birds of Prey”. Wszystko jest tam, tak jak ma być. To niesamowite, że po tylu latach Deep Purple tworzy takie perełki jak te dwa nagrania.

Słabsze punkty płyty? Pewien niedosyt pozostawia „On Top of the World”. Gdzieś w połowie z „normalnego” utworu zmienia się w recytację tekstu na oszczędnym, brzmiącym nieco bajkowo tle. Potem powraca rockowe brzmienie, ale po chwili kompozycja się kończy, jakby urwana w połowie. Szkoda, że utwór nie trwa choć te kilkanaście sekund dłużej. Obawiałem się trochę coveru The Doors „Roadhouse Blues”, ale na szczęście słucha się miło i z przyjemnością. Choć brzmieniem różni się od pozostałych utworów na płycie. A jako utwór pełniący funkcję kończącego płytę nie sprawdza się dobrze. „Birds of Prey” zdecydowanie lepiej by się do tego nadawał.

„Infinite” nie przynosi zespołowi wstydu, a wręcz przeciwnie – jest to płyta, z której może być  dumny. Nie ma odkrywania Ameryki i przesadnego kombinowania. To jest po prostu Deep Purple, jakie fani lubią i kochają. Po słowach, które teraz napiszę fani legendarnego zespołu może zaczną rzucać we mnie kamieniami. Ale nie miałbym nic przeciwko, gdyby okazało się, że to ich ostatnia płyta. Tak legendarne zespoły powinny kończyć karierę udanymi płytami, a nie takimi, o których nikt nie chce pamiętać. Niestety, niepokoi mnie, że zespół ostatnio zaczyna zmiękczać swoje stanowisko dotyczące końca działalności. Mówi, że trasa „Long Goodbye Tour” będzie trwać (na co  wskazuje jej nazwa) długo i może będzie jeszcze jakaś płyta.

Mam nadzieję, że Deep Purple nie pójdzie podobną drogą jak zespół Scorpions, który najpierw zapowiedział koniec działalności, a potem wrócił, nagrał słabą płytę i dalej koncertuje, a jeśli znów  zapowiedzą, że zakończą działalność, to pewnie wielu skwituje tą wieść słowami: „Serio? Znów to samo?”. Pozostaje zadedykować Ianowi Gillanowi i spółce fragment znanego utworu: „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. 


Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load