Recenzje

2021-04-12
Lana Del Rey - "Chemtrails Over The Country Club"
"Chemtrails Over The Country Club" to następca wydanego 2 lata temu, nominowanego do Grammy, albumu "Norman Fucking Rockwell". Na nowej płycie Lana Del Rey nie zaskakuje, ale też nie zawodzi swoich fanów.
Wykonawca: Lana Del Rey
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2021

Lana Del Rey stała się artystką albumową. I nie chodzi o to, że między nowym dziełem a „Norman Fucking Rockwell!” wydała jeszcze płytę z poezją mówioną. Ani o to, że już zapowiedziała na czerwiec „Rock Candy Sweet” (zobaczymy co z tego wyjdzie). W zestawie sprzed niecałych dwóch lat nie było piosenek-hitów. Bronił się on całokształtem. Wzbudził zachwyt wielu. U mnie nie było może aż takich odczuć, ale podobał mi się.

„Chemtrails Over The Country Club”. Jest grzeczniej, bo nie ma przekleństw w tytułach. Zaś jeśli ktoś narzekał, że poprzednik za bardzo usypiał, to teraz będzie narzekać jeszcze bardziej. Wspomnieniom młodości w „White Dress” towarzyszy delikatność i niby szeptany, ale wyciągany wysoko głos. Utwór tytułowy pasuje do eleganckiego, spokojnego, dostojnego tańca. Tak jak kilka innych, np. „Wild At Heart”, przy czym choć też subtelny, to jednak bardziej przekonujący. Będący wskazówką, że to co najlepsze, dzieje się w dalszej części płyty.


Artystka dalej czerpie garściami z amerykańskiej kultury i sypie nawiązaniami. W „Breaking Up Slowly” do Tammy Wynette nazywanej „pierwszą damą muzyki country”. W „Dance Till We Die” do Joni Mitchell czy Stevie Nicks. Zresztą z tej kompozycji przebija kobieca pewność siebie. Ten album to nie tylko opowieści o nostalgii, różnych barwach miłości, ale również utwory gdzie można znaleźć ideę girl power. Jeszcze jeden akcent związany z Mitchell – cover utworu „For Free”, gdzie bardzo pięknie łączą się ze sobą głosy Lany, Zelli Day i Weyes Blood. „Breaking Up Slowly” z udziałem Nikki Lane mimo balladowego charakteru jest charakterne. Ponadto czuć amerykański klimat. Podobnie w „Not All Who Wander Are Lost” z countrowym brzmieniem.

Lana Del Rey ponownie współpracowała z Jackiem Antonoffem. Można to wyczuć np. w brzmieniu charakterystycznym i dla albumu z 2019 roku i dla „Chemtrails...”. Warto zwrócić uwagę na klimatyczny akustyk „Yosemite”, „Dark But Just A Game” z elementem mroku czy wspomniany wyżej „Dance Till We Die”. Niby jeszcze jedna dostojna ballada, ale jazzująca. I w pewnym momencie dość niespodziewanie nabiera życia. Poszukujących połączenia subtelności oraz zalążków przebojowości odsyłam zaś do „Tulsa Jesus Freak”.

Poziom „Chemtrails…”jest bardziej wyrównany niż na poprzedniku. To dlatego, że – w moim odczuciu – nie ma utworu, który wybija się tak jak tam „Venice Bitch”. Poza tym natężenie oszczędnych i spokojnych utworów może działać usypiająco. Przypomina to chwilami balansowanie na linie, ale Lana Del Rey na razie nie zamierza z niej spaść i oferuje kolejny dobry materiał.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load