Recenzje

2021-05-26
Marek Kądziela - "Marek Kądziela Jazz Ensemble"
Czy da się zamknąć free jazz? Usztywnić go w pewnych rytmicznych ramach? Być może odpowiedzią na to jest debiutancka płyta Marka Kądzieli i jego Jazz Ensemble.
Wykonawca: Marek Kądziela
Wytwórnia: Audio Cave
Rok wydania: 2021

Lider projektu, to gitarzysta, kompozytor, uczestnik i twórca wielu różnych projektów, w tym chociażby kapitalnego Odpoczno. Do Jazz Ensemble’u zaprosił prawdziwych wyjadaczy: kontrabasistę Pawła Puszczało, znanego chociażby z trio Macieja Tubisa; perkusistę i songwritera Radosława Bolewskiego, grającego ze wspomnianym Tubisem w duecie; puzonistę Jacka Namysłowskiego, znanego ze współpracy z ojcem Zbigniewem, ale też i z Marysią Sadowską oraz saksofonistę, a zarazem swojego brata - Macieja Kądzielę. Przyznam, że pierwsze zderzenie z płytą zespołu w postaci otwierającego ją „Meanwhile”, sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, czy bracia mimowolnie nie rywalizują ze sobą o palmę pierwszeństwa w prowadzeniu kompozycji. Tam gdzie Marek prowadzi temat gitarą, Maciej nieznacznie milczy, zaś gdy brat odpuszcza akcentowanie na gryfie, drugi rozpoczyna swoje niemniej gęste saksofonowe pochody. Mimo pewnych anarchistycznych zapędów, wszystko trzyma się jednak w ryzach. Mało tego – główny temat można spokojnie zanucić. Kolejny „Gedde” z jednej strony przywodzi na myśl twórczość nieodżałowanego Jarosława Śmietany, a z drugiej – dzięki płynnemu prowadzeniu tematu do spółki z dęciakami, wywołuje wrażenie niemalże bigbandu. Nieco spokojniej robi się w „Gaade”, który dzięki licznym pogłosom, efektom i soundscape’om, daje wrażenie sporej przestrzenności. Znacznie większą dozę odjazdu serwuje natomiast „In Bloom”. Czy można potraktować ją jako luźną wariację na temat znanego utworu Nirvany? Odpowiedź zostawiam wytrawniejszym koneserom. Prawdziwą ozdobą płyty jest natomiast kompozycja „Float Like A Feather” – rozlewająca się, płynąca i niespieszna, a momentami przyjemnie kojąca i – zgodnie z tytułem - ulotna. Kapitalnie w tym zestawie wybrzmiewa „Subconcious-Bop” – swingujący, klubowy i niesiony zdrowym groovem. Z kolei pewnym wyłomem jest „Last Coffee At The Sojuz Spacecraft (Tribute To Bajkonur)” – ciężki, niski i zgrzytliwy, a jednocześnie mgławicowy i otwarty. Czuć w nim i odrobinę King Crimson, i trochę SBB. Album puentuje równy, pulsujący i jednocześnie zwiewny „Trinity”, wieńcząc tę rozżarzoną energię, zamkniętą zaokrąglanych rytmach.

Zawsze się zastanawiam, czy w przypadku takich płyt, oddawać się ich zawartości zgodnie z obowiązującą tracklistą, czy też wsłuchiwać się z w każdą z tych przygód osobno. „Marek Kądziela Jazz Ensemble” nie daje jednoznacznej odpowiedzi  w tej kwestii, bowiem każda z kompozycji mówi coś zupełnie innego. Patent zdaje się być jednak dość klarowny – uchwycić i ociosać coś, co wydaje się pozornie nieuchwytne.



End of content

No more pages to load