Recenzje

2021-12-05
Robin Guthrie - "Pearldiving"
Były gitarzysta, kompozytor i lider grupy Cocteau Twins wydał kolejny bajkowo piękny album studyjny.
Wykonawca: Robin Guthrie
Wytwórnia: Soleil Après Minuit
Rok wydania: 2021

Dokładnie rok temu świat muzyki ambient pożegnał artystę, którego nazwisko było synonimiczne z tym gatunkiem sztuki – Harolda Budda. Zaledwie kilka dni przed śmiercią, wspólnie z jego wieloletnim współpracownikiem, Robinem Guthrie, Budd wydał swój ostatni album, Another Flower. Ich osobista i twórcza przyjaźń sięgała jeszcze lat 80., gdy Budd nagrał wspólnie z macierzystą formacją Robina, Cocteau Twins, słynną płytę The Moon And The Melodies. Ich ścieżki jeszcze wielokrotnie przecinały się na przestrzeni dekad, a ich wspólna formuła była niewyczerpana. Płaczący fortepian Budda, razem z gitarą Robina, która brzmi jak padający deszcz, to dźwiękowa magia w czystej postaci, kwintesencja piękna i emocje przemawiające wprost do wyobraźni i serca. 

Tym bardziej, gdy słucham nowej, solowej płyty Robina, Pearldiving, ogarnia mnie mieszanka smutku i radości. Smutek, wiadomo, płynie nie tylko ze wzruszenia samymi dźwiękami, jakimi Robin czaruje nasze dusze, ale też dźwiękami, których tu nie ma. Już sam tytuł tej płyty brzmi jak hołd złożony staremu przyjacielowi i mentorowi, będąc nawiązaniem do The Pearl – jednego z najważniejszych albumów Budda, nagranego razem z Brianem Eno i Danielem Lanois. Guthrie, w asyście swojej nieodłącznej gitary, zespojonej z pudełkami, w których mieszkają efekty, nigdy nie brzmiał bardziej samotnie. A jednocześnie, w pewien dziwny sposób, krzepiąco. Jego melancholia to nie tylko osobisty smutek i ekspresja, ale wzruszenie słuchacza obcującego z piękną, czystą muzyką spoza tego świata.

Pearldiving nie powinien zaskoczyć kogokolwiek, kto zna dźwięki i metody, jakimi od lat oczarowuje nas Guthrie. Tak naprawdę, on od zawsze robił ‘to samo’ – i za każdym razem owo ‘to’ wypadało cudownie. Gdy słucham solowych płyt Robina staje się jasne, za co odpowiadał on w Cocteau Twins. Ta krystaliczna, kapiąca gitara, te pojedyncze dźwięki spadające z nieba na ziemie jałową, ten gorący blask zachodzącego słońca odbity w powierzchni skrzydła dryfującego samolotu; Robinowi, na gruncie czysto osobistym, brakuje nie tylko fortepianu Budda, ale też głosu Liz Fraser, oraz zmysłu i wyczucia Simona Raymonde. Brak w tym przypadku oznacza pozostawienie samemu sobie, odarcie z kontekstu, nagie emocje emitowane elektrycznością, wołające o przystań w głębi naszych serc.

Pearldiving to rzecz eteryczna i efemeryczna, zapadająca w pamięć bardziej estetyką i emocjami, niźli którymkolwiek z poszczególnych dźwięków czy nawet utworów. Jak wszystko w świecie ambient, tak i ten album najlepiej sprawdza się w ciszy dnia, w próbie zatrzymania chwili, w zawieszeniu życia na kilkanaście minut. To muzyka towarzysząca, płynąca prosto z serca, nieskażona językiem, logiką, czy interpretacją. Pod żadnym pozorem nie należy rozkładać jej na czynniki pierwsze, czyli poszczególne utwory; mało tego, album należy uzupełnić towarzyszącymi mu ep-kami, czyli Mockingbird Love i Riviera. Robin wyraźnie złapał wiatru w twórcze żagle i chwała mu za to; prawdziwość jego talentu i bezdenność wrażliwości to skarb, którego powinniśmy się trzymać. I czerpać najwięcej jak się da.


Autor: Jakub Oslak


End of content

No more pages to load