Recenzje

2021-12-23
Maciej Meller - "Zenith Acoustic"
Gitarzysta Maciej Meller z Riverside przygotował akustyczny ciąg dalszy debiutanckiej solowej płyty "Zenith" wydanej latem tego roku. "Zenith Acoustic" zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Maciej Meller
Wytwórnia: F.A.R.N.A. Records
Rok wydania: 2021

Najlepsze prezenty to te, których się nie spodziewamy. To także te, które na pierwszy rzut oka wydają się dziwaczne (ja kiedyś w prezencie dostałem pieczątkę), ale których wartość dla adresata jest jasna. Obie kategorie dobrze opisują ukazany nam, adresatom prezentu, nowy album Macieja Mellera, czyli Zenith Acoustic. Tytuł niby wyjaśnia wszystko: chodzi o akustyczną ‘siostrę’ wydanego niecały rok temu, elektrycznego Zenithu, solowego debiutu Macieja, rzeczy niezależnej od Quidam czy Riverside. Aczkolwiek, pomyli się ten, kto z góry skaże Zenith Acoustic na rolę drugoplanowego dodatku do głównego bohatera; czegoś, co typowo ląduje na bonusowym dysku deluxe. To nie są demówki pierwszego albumu, ani jego wierna wersja ‘unplugged’. To wynik przearanżowania kompozycji, rozpisania elementów muzyki na nowe role, wcielenia do akcji zupełnie nowych instrumentów. To także dowód na to, jak silnym materiałem pozostaje sam Zenith, o czym warto sobie przypominać.

Ufając słowom samego autora, Zenith Acoustic jest znacznie bliższe temu jak Zenith miał brzmieć pierwotnie. To zastanawiająca i całkiem istotna uwaga, gdyż słuchając Zenith Acoustic odnoszę wrażenie, że te wspaniałe piosenki w tej formie wypadają bardziej adekwatnie i przekonująco. Co zatem sprawiło, że ta muzyka nie brzmiała tak od początku? Obawa przed niewypałem? Nieskończona miłość do gitary elektrycznej i jej zaklętej mocy? Chęć debiutu z wysokiego C, z prądem i przytupem, zamiast brzdąkaniem przy kominku w schronisku gdzieś w górach? To wszystko są hipotezy; grunt, że wyszło bardzo dobrze, właśnie w takiej kolejności. Tam, gdzie Zenith był pełen emocji i progresywnego patosu, tam Zenith Acoustic czaruje kruchością i poczuciem komfortu. To muzyka zrodzona z intymnego objawienia, czego świadkami było niewielu; to ma swój wydźwięk w samym brzmieniu, osobistym i cichym, przeznaczonym wyłącznie dla twoich uszu i duszy.

Znika prąd, a PRS Custom 24 wraca do futerału. Pojawiają się pudła, instrumenty dęte, organy, jakieś dzwonki, fujarki, a nawet smyczki. Widać to okiem wyobraźni: muzycy siedzą naprzeciw siebie, ogień w kominku, zimowy wiatr i śnieg, coś pomiędzy okładką Fire Hey’a, a „Bazą ludzi umarłych”. Czar tej muzyki objawia się nie tylko romantyczną siłą zdolną przenosić góry i rozgonić chmury, lecz cichymi soplami topniejącymi prosto do serca. Zenith Acoustic ma w sobie zarówno moc i rozmach prog-rocka, jak i stoicyzm chłodnych rockowych ballad. Akustyczna forma jeszcze bardziej podkreśla głos, teksty i manierę śpiewu Krzysztofa Borka, bardzo w stylu Tima Bownessa i Paul’a Carracka. Z kolei aranżacje potrafią powiać zarówno hipnotycznym chłodem „Nutshell” Alice In Chains (w wersji ze stołków), jak i idylliczno-utopijnym ciepłem „Going To California” Led Zeppelin. A nad siedzącymi w okręgu muzykami czuwają duchy, które jeszcze nie tak dawno były na wyciągnięcie ręki.

Siła Zenith Acoustic ma jeszcze jedno źródło: jeszcze lepiej niż sam Zenith oddaje ducha czasu, pory roku, chwili. To wyraz ciągłej niepewności i potrzeby schronienia, próby, na jaką wystawiany jest świat i jednostka. Wszystko sprowadza się do tej akustycznej, spersonalizowanej formy. Zenith to debiut, na debiucie wolno wszystko (wyjdzie albo nie wyjdzie); Zenith Acoustic to już pewna refleksja, kontekst, bagaż, rachunek… u Macieja rzeczy wydają się płynąć swoim własnym tempem, a końcowy owoc muzyki i jej objawienie światu nie są koniecznie efektem planu, koncepcji, ćwiczeń i projektu. Zarówno Zenith, jak i Zenith Acoustic otacza aura spontaniczności, samoistnych wydarzeń, nad którymi człowiek nie sprawuje pełnej kontroli. Być może to sedno uroku obu Zenithów: słychać w nich bardzo ludzkich artystów, którzy posługując się językiem dźwięków mniej kreują, a bardziej wyrażają swój świat, stanowiąc element przekaźnikowy muzyki, a nie jej początek i koniec.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load