Recenzje

2021-12-29
Me And That Man - "New Man, New Songs, Same Shit. Vol.2"
Gdy John Porter zdecydował się opuścić projekt Me And That Man, nie sądziłem, że Adam Darski zdecyduje się pociągnąć temat dalej, samemu. Czy aby na pewno samemu? W tym konkretnym przypadku odejście współpomysłodawcy tematu podziałało na projekt niezwykle ożywczo. Nergal kontynuuje swoje ballady i romanse rodem ze wzgórz północy i piasków południa; a co więcej, nadaje im zupełnie nowy niż dotychczas wymiar.
Wykonawca: Me And That Man
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2021

Oto z duetu osobowości powstało coś na kształt metalowego Band-Aid, gdzie partie wokalne i instrumentalne podrzucają Nergalowi koledzy po fachu, z różnych stron świata. Zawartość tej płyty można streścić w zasadzie recytując dramatis personae, co zresztą uczynię, ale o pełni klimatu należy przekonać się tylko i wyłącznie słuchając muzyki, a nie wspominając zasługi obecnych tu postaci. Pierwszą część New Man… wydaną w ubiegłym roku zdominowali Nordycy; ale w drugiej połowie jesteśmy świadkami powrotu do gry Anglo-Sasów. 

Me And That Man u zarania miało być czymś w rodzaju odskoczni Nergala od jego rodzimego Behemotha i wszelkich uproszczeń i stereotypów z nim związanych. Nie dziwię się, że jako artysta z krwi i kości zdecydował się ukazać publiczności swoje oblicze z innego kąta. Pozostajemy w atmosferze mroku, na granicy życia i śmierci, doczesności i zaświatów, zmartwychwstania i potępienia, wiary i bluźnierstwa; ale, tym razem, słyszymy te wartości nie jako ekstremalny metal, lecz tajemnicze songi z pogranicza alternatywy i blues-rocka. To bardziej ‘romantyczne’ oblicze artysty, którego większość kojarzy z zupełnie innego rodzaju brzmieniem, a nawet stylem bycia. Dzięki New Man… Nergal pokazuje, że stać go na wiele więcej, niż ‘robienie hałasu’, dosłownie i w przenośni, a efekt już trzeciej płyty spod tego znaku zwyczajnie imponuje. Tym bardziej, gdy zestaw gości z płyty na płytę jest coraz bardziej imponujący, a wraz z nimi mariaż brzmień, stylów i głosów.

New Man… to gra skojarzeń – z literaturą, kinem i telewizją, no i oczywiście, z muzyką. To brzmienie vintage, z wielu innych czasów, jakże chętnie przywoływanych dziś dla ucieczki dusz i serc. To realia i estetyka świata, do którego wkraczają moce nadprzyrodzone, vide Dante, Mickiewicz, Poe i Lovecraft (wspomniany w jednej z piosenek). Każdy z utworów jest osobną, krótką opowieścią, ale razem tworzą wciągający cykl, z którym nietrudno dosłyszeć się wątków autobiograficznych ich autorów. Obcujemy dzięki nim z wędrówką ciała i duszy, z czarną magią i mocami z innego świata, pomiędzy hedonizmem a okultyzmem; a wszystko to w estetyce dawnych dziejów i obcych lądów, wysuszonych słońcem południowych Stanów Zjednoczonych i wiecznie mrocznej północy Europy. Zło, cierpienie i tajemnica nie zna granic, a ich owoce ukazują się naszym oczom wszędzie tam, dokąd idzie człowiek. A często wraz z nimi przychodzi też inspiracja; a ta pozwala przekuć ból i strach w życiodajny dźwięk.

Muzycznie, usłyszymy tu wpływy nie tylko country i bluesa, hard-rocka i heavy metalu, ale także stonera i neofolku. Jest oczywiste, że twórcy płyty słuchali w swoim życiu zarówno Hendrixa i Claptona, co Black Sabbath i Motörhead. A znajdziemy wśród nich takie postaci jak Blaze Bayley (ex-Iron Maiden), Mary Goore (Ghost), Kristoffer Rygg (Ulver), David Vincent (Morbid Angel), Olve Eikemo (Abbath/Immortal), Randy Blythe (Lamb of God), a nawet Alissa White-Gluz (Arch Enemy) i Devin Townsend we własnej osobie. Są także Myrkur, Doug Blair (W.A.S.P.) i Gary Holt (Exodus/Slayer). Wszystkich nie wymienię; oni i tak dostarczyli swoje kawałki zdalnie. A przecież Nergalowi towarzyszyli jeszcze znakomici muzycy sesyjni, w tym banjo, smyczki, chórki i drumla. Ale na samym końcu należy wymienić nazwisko jeszcze jednego gościa, Hanka Von Helvete (ex-Turbonegro), dla którego był to ostatni występ w tym życiu; zmarł, w dzień premiery albumu.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load