Recenzje

2022-03-27
Johnny Marr - "Fever Dreams Pts 1-4"
Czwarty solowy album Johnny’ego Marra wygląda nietypowo, aby nie powiedzieć, dziwacznie. To ‘składanka’ czterech EP-ek, niosących w sumie aż 16 premierowych numerów. Każdą z jej części można nabyć osobno, albo zbiorowo; w każdej formie i kolorze.
Wykonawca: Johnny Marr
Wytwórnia: New VooDoo Ltd.
Rok wydania: 2022

Marr rozpoczął współpracę z BMG, a fonograficzny gigant jak widać usiłuje wycisnąć z jej pierwszych owoców ile się da. A jest z czego wyciskać; albowiem, Fever Dreams Pts 1-4 to 16 pocisków, z których każdy jest typową ‘alfą’, pchającą się na pozycję singlową. To płyta, którą w istocie słucha się jak składankę the best of, a każdy zawarty na niej utwór to materiał na hit. Nic w tym dziwnego; Marr od zawsze specjalizował się w estetyce rozrywkowej, szlifując w jubilerskim stylu gotowe do odpalenia dynamitowe przeboje. Nowy album dostarcza zatem nie lada rozrywki, chociaż jako całość brzmi jak zbiór piosenek, który można słuchać w absolutnie dowolnej kolejności; za każdym razem, z efektem pełnego zadowolenia.

Estetyka płyty sugeruje jednak coś innego. Te zdjęcia pustego pokoju, jedynie z gitarą, mikrofonem, efektami i wzmacniaczem, zapowiada rzecz bardziej kontemplacyjną, eksperymentalną; niewątpliwie, powstałą w sytuacji lockdownu i wszelkich związanych z nią myśli i emocji. Nawet w tym tytule zawarta jest jakby sugestia, że możemy mieć do czynienia z bardziej swobodną formą, czymś w rodzaju improwizacji, bez słów, z większą ilością zdobnictwa, nastrojowości i atmosfery. Tymczasem, nic bardziej mylnego. Johnny pozostaje sobą; jego przekazem pozostaje uwielbienie przebojów – piosenek z pogranicza alternatywy, indie-rocka i synth-popu, oddających ducha typowego soundu z Manchesteru, eleganckiego ale rozrywkowego, stylowego ale porywającego. I trzeba oddać, że nadal wychodzi mu to znakomicie; nawet, jeśli Fever Dreams Pts 1-4 jako całość jawi się płytą ‘nie-albumową’, kompilacyjną, bez wewnętrznej narracji i wyraźnego scenopisu.

Każdy z zebranych tu numerów to strzał w dziesiątkę. Jest duża szansa, że wielu słuchaczy zapytanych o swój ulubiony fragment płyty wskaże zupełnie inną piosenkę. Moim zdaniem najlepiej prezentuje się część 2 – szczególnie „Lightning People” i „Sensory Street” – które nie tylko dobrze przywołują ducha The Smiths, ale też dobitnie pokazują, z czego zbudowany jest solowy czar Marra. Ten gość to jednoosobowe New Order – boombox pełen melodii, chwytliwych refrenów, czarującej gitary i przebojowego syntezatora. W dodatku wokal Marra nigdy nie miał się lepiej; Johnny w typowy sposób stara się w tekstach ukazać swoje marzycielskie, niewinne oblicze, kontrastujące z zaczepną powierzchownością bywalca pubów z północno-zachodniej Anglii i salonów w Londynie. Marr nie stara się uciec przed swoją tożsamością, ale tak samo jak Paul Weller doskonale ją obejmuje i przedstawia światu jako ambasador swojej kultury i dziedzictwa muzycznego.

Jak na współczesną płytę z pogranicza rocka i popu, Fever Dreams Pts 1-4 trwa przerażająco długo, gdyż aż 73 minuty. Mimo to, albumu słucha się niezwykle lekko i szybko, i od razu ma się ochotę usłyszeć go od nowa. To taka kieszonkowa szafa grająca, którą nieważne czy zaprogramujemy na odtwarzanie jednorazowe, wielokrotne, losowe czy zapętlone, i tak usłyszymy wyborne numery. Uwagę zwraca zarówno melancholijny „Rubicon”, jak i elektryczny „Receiver”. Każdy z tych kawałków ma w sobie ‘coś’, na czym mimowolnie zawieszam ucho, tak jak na „God’s Gift”, „Ariel”, czy „Hideaway Girl”. Żaden z nich nie zasługuje na miano wypełniacza, ani czegoś zbędnego, co można obciąć i tym samym skrócić album to bardziej obowiązujących rozmiarów. Wszystko tutaj się zgadza; jeśli szukamy elektryzującej, magnetycznej, porywającej płyty na czas ponownego witania się ze światem zewnętrznym, i prób wykrzesania z siebie dobrego humoru, nie musimy już dalej szukać.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load