Recenzje

2022-04-27
T. Love - "Hau! Hau!"
Grupa T.Love po 5 latach przerwy nie tylko wróciła do muzycznej aktywności, ale reaktywowała się w składzie sprzed trzech dekad, by świętować… 40-lecie działalności. Owocem tych poczynań jest płyta „Hau! Hau!”.
Wykonawca: T. Love
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2022

Informacja  o reaktywacji składu grupy z czasów płyty „King!”, a więc z gitarzystami Jankiem Benedkiem i Jackiem Perkowskim, basistą Pawłem Nazimkiem i perkusistą Sidneyem Polakiem, przyniosła sporo nadziei nie tylko wśród stałych słuchaczy T.Love. W końcu takie zestawienie personalne sprawdziło się przed laty. Tymczasem słuchając pierwszych dźwięków z nowej płyty, odnoszę wrażenie, że panowie zaczęli tam, gdzie kończyła się w 2016 roku płyta „T.Love”.  Otwierający, znany z singla „Ja Ciebie Kocham” nie razi mocnym ‘benedkowym’ riffem, tylko raczej niesie pewien niepokój, podkręcony dodatkowo ‘pandemicznym’ tekstem Muńka Staszczyka. I choć słowa refrenu powinny raczej uspokajać, zupełnie tak nie jest. Jeszcze bardziej zaskakująco brzmi „XYZ”, naznaczone brzmieniem klawiszy, które wyszło aż od trzech osób: Janka Benedka, Michała ‘Foxa’ Króla i Michała Bąka. W konsekwencji zrobił się z tego dość ‘ejtisowy’ walczyk, który jednak do metaforycznego filmu z tekstu Muńka (z ciekawym wspomnieniem Dostojewskiego) bardzo pasuje.

Jedną z najważniejszych kompozycji na płycie jest utwór „Tomek”, nawiązujący w tekście do zmarłego niedawno ojca Staszczyka. Tu warstwa muzyczna łapie pierwszy konkretniejszy ‘nerw’, płynąc przy tym bardzo sprawnie. Z kolei w również znanej z singla „Pochodni”, w której udzielili się gościnnie Kasia i Jacek z grupy Kwiat Jabłoni, Muniek nawiązuje do stricte rockandrollowego trybu życia, jaki jeszcze parę lat temu zdarzało mu się prowadzić. Razem z Kasią Sienkiewicz naprzemiennie śpiewają w nim refren, a Jacek dołożył brzmienie mandoliny. Swoistym momentem granicznym dla tej płyty jest utwór „Tutto Benne”. Nie chodzi bowiem tylko wątki wiary, ogólnego chaosu pustosłowia i tzw. gustu narodowego, poruszane przez Muńka w tekście, ale o gościnny udział rapera Sokoła, który w tym numerze swoimi 16 wersami przykrył prawie wszystkie liryki lidera T.Love na całej płycie. Od tego momentu słychać jednak jakby zespół zrzucił wszelki balast (jeśli takowy w ogóle mu ciążył). „Deszcz” bowiem brzmi już bardziej luźno, a jednocześnie bardzo  ‘tilawowo’. Co więcej - dość ponury tekst, sugerujący zaprzestanie oglądania telewizji, nie dobija, a wreszcie po prostu dociera. Zaś partia trąbki w drugiej części tego numeru autorstwa Radosława Mosurka, dodatkowo wzbogaca całość. Jednak dopiero utwór tytułowy daje tak naprawdę pojęcie, jaki skład T.Love nagrał tę płytę. Świetny riff Benedka, podbity bębnami Sidneya i konkretny wokal Muńka z jego bodaj najlepszym tekstem na całym albumie, brzmią energetycznie i bezpośrednio. Kapitalnie wypada także naznaczone dużą dozą świadomości w tekście, nieco stonesowe „Trzy Czwarte” z gościnnym udziałem Buslava na saksofonie. Z kolei okołobluesowa „Ponura Żniwiarka” z jednej strony nawiązuje do stylistyki płyty „Old Is Gold” sprzed dekady, a z drugiej – pokazuje kolejne atuty muzyczne nowego-starego składu grupy. Zaś świetna solówka na harmonijce, którą zapodał tu Andrzej Smolik, stanowi absolutną ozdobę tej piosenki. I właściwie tak mogłaby się ta płyta skończyć, ale jest jeszcze refleksyjna „Ziemia Obiecana”, która co prawda puentuje, ale wydaje się odrobinę niepotrzebna. 

Jestem przekonany, że fani T.Love czekali z utęsknieniem na nową płytę zespołu, ale czy na taką, jak „Hau! Hau!”? Mam pewne wątpliwości. Trochę za dużo tu rozcieńczonych brzmień, które zaburzają odbiór całości. A przecież wciąż mowa o dość rockandrollowym bandzie, który nawet jeśli nie funkcjonuje już zgodnie z najbardziej skrajnymi zasadami takiego trybu życia, to jednak wciąż potrafi sprawnie grać w takim stylu. Niejednokrotnie zresztą udowodnił to w ciągu ostatnich czterech dekad (z przerwami) swojego istnienia.


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load