Recenzje

2022-05-19
Archive - "Call To Arms & Angels"
Grupa Archive zafundowała swoim odbiorcom najdłuższą przerwę wydawniczą w swojej dotychczasowej karierze. Częściowo było to spowodowane pandemią koronawirusa, o czym w rozmowie ze mną wspomniał klawiszowiec zespołu, Darius Keeler. Efektem tego jest także fakt, że „Call To Arms & Angels” trwa ponad 100 minut.
Wykonawca: Archive
Wytwórnia: PIAS Poland
Rok wydania: 2022

Nagrywaniu nowego albumu grupy towarzyszyła realizacja filmu dokumentalnego „Super 8: A Call To Arms And Angels”, który początkowo zakładał uchwycenie zespołu w trakcie procesu twórczego. Z czasem jednak obraz rozrósł się o dodatkowe elementy, ukazujące Archive od zupełnie nowej, często nieznanej strony. Główną częścią owego filmu jest jednak narracja członków grupy, którzy omawiają znaczną część zawartości muzycznej „Call To Arms & Angels”. Nie będę tu jednak powielał tych informacji – odsyłam do obejrzenia.

Album rozpoczyna wprowadzenie w postaci delikatnego, atmosferycznego „Surrounded By Ghosts”, naznaczonego anielskim głosem Lisy Mottram oraz partiami klawiszowymi autorów kompozycji – Dariusa Keelera i Danny’ego Griffithsa. Utwór płynie przechodzi w znacznie mocniejsze „Mr Daisy”, okraszone zmutowanymi wokalami, a przede wszystkim solidnym brzmieniem gitar oraz pobrzmiewających w tle partiami waltorni autorstwa Jima Rattigana i Paula Pritcharda. Zaś tytułowy ‘Mr. Daisy’ to po prostu śmierć... Nastrój niepokoju podtrzymuje również miarowy „Fear There & Everywhere”, kojarzący się odrobinę z dokonaniami Electric Light Orchestra (partie wokalne). Zaś nerwowy, wywołujący niemalże zawroty głowy „Numbers”, okraszony mechanicznym wokalem Holly Martin, symbolizuje nawał informacji, który nas otacza, a który w pandemii dodatkowo spotęgowany został statystykami związanymi z koronawirusem. Pozorne ukojenie w warstwie muzycznej przynosi w tym momencie „Shouting Within”, choć tekst zdaje się być poniekąd wynikiem poprzednika. Głos Holly jest tu spokojniejszy, ale i bardziej przejmujący. To jednak tylko namiastka wobec ”Daytime Coma” – epickiej, blisko 15-minutowej kompozycji, która w dużej mierze stanowi punkt zenitalny całej płyty. Powoli narastająca narracja, obudowująca się kolejnymi warstwami elektronicznymi, wpada w pewnym momencie w transowy bit, który urywa się dość niespodziewanie na rzecz soundscape’ów rodem z Pink Floyd, by pod koniec powrócić do wspomnianego bitu – tym razem okraszonego perkusją i gitarami. Tak kończy się pierwszy krążek, który zostawia słuchacza nieco otumanionego. Drugi dysk rozpoczyna „Head Heavy” – delikatna kompozycja, nawiązująca odrobinę do słynnego „Again”. Głos trzeciej z pań śpiewających w zespole - Marii 'Q' Quintile – w tym utworze wyjątkowo jednak koi. Z kolei ponad ośmio i półminutowy „Enemy” idealnie sprawdził by się jako ścieżka dźwiękowa do filmu sci-fi. Pollard Berrier zarejestrował tu kilka różnobarwnych partii wokalnych, które momentami robią wrażenie chóru. Trochę dziwi w tym zestawie „Every Single Day”, gdzie brzmienia jak z zepsutej pozytywki mieszają się z niemalże beatlesowskimi harmoniami. Zaś grubo ponad dziewięciominutowy „Freedom" niesie ze sobą pierwiastek nadziei. W pierwszej części utworu Pollard ponownie bawi się w warstwie  wokalnej, a sekcja smyczkowa w tle przyjemnie kołysze. W drugiej zaś - znacznie spokojniejszej, wyłącznie z użyciem fortepianu - Lisa śpiewa praktycznie na granicy szeptu. W minimalistycznym „All That I Have” sytuacja ma się podobnie, choć  głos Holly brzmi nieco bardziej sennie. Na tym etapie „Call To Arms & Angels” wchodzi w część najbardziej eksperymentalną. Dziwny, brzmiący jak zaburzony sen „Frying Paint”, to jeszcze jedna wokalna wizytówka Pollarda. Dość skoczny „We Are The Same”, okraszony kapitalnym ‘przekładanym’ podkładem, to bajka Holly, zaś „Alive” to smutna ‘archive’owa’ ballada, w której prym wiedzie David Pen – zaskakująco mało obecny na całej płycie. Na szlak bardziej piosenkowy (jeśli takim można go określić) grupa wraca w spokojnym i tym razem rzeczywiście kojącym „Everything's Alright”. To jednak pozorne wrażenie, bo stanowi wstęp do powoli rozpędzającego się, halucynogennego „The Crown”, autorstwa Lisy, która w tekście podjęła wątek narcyzmu.  Album zamyka „Gold” – długi, kilkuwarstwowy, podany bardzo w stylu Archive, który – trudno w to uwierzyć przy tej długości płyty – pozostawia słuchacza z pewnym niedosytem.

„Call To Arms & Angels” to płyta powoli dojrzewająca. Wymaga sporej cierpliwości, atencji i otwartej głowy. Poziomów ma bowiem wiele, a odnośników w tekstach – jeszcze więcej. Polecam ją na długie, samotne wieczory. Zwłaszcza teraz, gdy wielu z nas zabrakło czasu na wyciągnięcie wniosków z życia, jakim żyliśmy przez ostatnie dwa lata.


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load