Recenzje

2022-07-23
Alan Parsons - "From The New World"
Legendarny producent i inżynier dźwięku Alan Parsons wydał znakomity solowy album, na którym możemy usłyszeć gościnne popisy: Tommy'ego Shawa ze STYX, Davida Packa z Ambrosia, Jamesa Durbina z American Idol i legendę gitary Joe Bonamassę.
Wykonawca: Alan Parsons
Wytwórnia: Frontiers Music
Rok wydania: 2022

Historia muzyki rozrywkowej usiana jest żywotami ‘cichych ikon’, których nazwiska są synonimiczne z jakością, artyzmem i geniuszem swojego dzieła, ale których twarze pozostają w cieniu, poza blaskiem jupiterów. Alan Parsons jest nie tylko cichą ikoną i żywą legendą muzyki; on jest ‘powiernikiem pieśni’, świadkiem historii tej sztuki, wizjonerem i alchemikiem zmieniającym ołów w złoto. Do tego wciąż nagrywa płyty, choć wydawało się, że już tego zaniechał. Najpierw pojawił się The Secret przed trzema laty, a teraz ukazuje się zupełnie świeży From The New World. I brzmi tak, jakby ‘nic się nie stało’, jakby wróciły lata 80-te, a The Alan Parsons Project właśnie wydało Eye In The Sky. Solowe płyty Alana i Projectu to ta sama bajka; różnicą jest rzecz jasna nieobecność Erica Woolfsona. Ale wszystkie patenty jakie wspólnie z Alanem wymyślili ku chwale symfonicznego rocka na przełęczy proga i popu pozostają z nami, w sile i świeżości, gotowe ponownie zauroczyć i zaskakiwać.

From The New World jest albumem, nie kompilacją, a mimo to zawiera w sobie spory pierwiastek podsumowania życia i twórczości Parsonsa. Wystarczy wsłuchać się w tekst „Fare Thee Well” (już sam tytuł tego kawałka to pożegnanie), aby wyłowić same aluzje do największych klasyków i przebojów Projectu. A w dalszej części albumu czeka nas samo złoto, czyli to z czego Alan słynie – ciepłe, czyste, kompaktowe kompozycje i to, co kojarzymy z jego muzyką od samego początku – cały szereg wokalistów, aż ośmioro, którzy wcielają się w role narratorów kolejnych numerów. Jego muzyka jest bogata i symfoniczna, a jednocześnie skromna i urzekająca; nie ma tu kosmicznej pompy w stylu E.L.O., artyzmu Floydów, fantazji Yes, czy dyscypliny King Crimson. Jest za to elektryczna przebojowość, tradycyjna sentymentalność, retro-nowoczesność, i wyrazistość produkcyjna. Parsons nie bez powodu nazywa siebie przede wszystkim człowiekiem studia, a dopiero później sceny.

From The New World pełna jest tego, za co od lat kochamy Parsona – syntetyczne klawisze i płacząca gitara w stylu Mike’a Oldfielda, symfoniczne orkiestracje i aranżacje, saksofony i sentymentalność przywołująca największe soft-rockowe przeboje lat 80-tych. Ta płyta brzmi tak, jakby nagrała je dokładnie ta sama ekipa, co nieśmiertelne „Don’t Answer Me” czy „Sirius”, wykorzystując te same instrumenty i patenty. Parsons tak dobrał wokalistów, że nie sposób poczuć w tej płycie jakikolwiek upływ czasu, mimo iż metryka mówi swoje. On sam także nie stroni od śpiewania i chociaż jego głos to jedyna oznaka upływającego czasu, to i tak efekt jest doskonały. Można przyczepić się, że płyta jest zbyt frapująca, że za bardzo czuć tu ów duch pożegnania. Być może; ale nie odbiera to tym kompozycjom i całej płycie jakości, miodności, magnetyzmu i natychmiastowej chęci przesłuchania jej od początku, w głodzie na wyłapywanie smaczków i pławienie się w tej doskonałej atmosferze.

Bywa tak, że gdy artysta kojarzony z konkretną epoką w muzyce, przynosi nam nowy materiał w zupełnie odmiennej erze, wychodzi z niego nuda, wtórność i sztuczność. From The New World jest od tego zjawiska daleki – to udane przywołanie stylu jaki obmyślił Parsons i przedstawienie go w innej rzeczywistości. To, co wówczas brzmiało futurystycznie, dziś jest retro. A retro, jak dobrze wiemy, jest dobre. To konkretne zapachy, obrazy, wspomnienia, emocje, nawet dotyk. Takie kawałki jak „Uroboros”, “Obstacles”, “The Secret”, “You Are The Light” i „Halos” to te same obrazy, co „Games People Play”, „I Wouldn’t Want to Be Like You” czy „Old and Wise”. Świetna muzyka, nieskazitelne nagranie, wyważony dobór utworów, piękne i emocjonalne kompozycje; jedna z najlepszych rzeczy od Parsonsa. A gdy na sam koniec słychać wykonanie „Be My Baby” z repertuaru The Ronettes, można zachodzić w głowę, czy to ukłon w stronę Phila Spectora, czy też znowu element pożegnania?


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load