Recenzje

2022-08-22
Jeff Beck / Johnny Depp - "18"
Gitarzysta Jeff Beck i najsłynniejszy muzyk rockowy wśród aktorów czyli Johnny Depp nagrali wspólnie płytę "18", na której znalazły się głównie covery utworów innych wykonawców, ale nie zabrakło również dwóch autorskich kompozycji obu panów.
Wykonawca: Jeff Beck / Johnny Depp
Wytwórnia: ATCO Records
Rok wydania: 2022

Pracowali nad tą płytą ponoć od kilku lat, co zdaje się trzeba zwalić nie tylko na pandemię, ale i względnie gęste grafiki obu panów. Czemu jednak wzięli na warsztat głównie nieswoje kompozycje, pozostaje niejako zagadką.

Otwierający płytę „18” „Midnight Walker” z repertuaru Davy’ego Sillane’a wieje irlandzkim new age’am, głównie za sprawą klawiszy w tle, zaś partię w oryginale zagraną na dudach, Beck odgrywa na gitarze. Kolejny numer brzmi natomiast jak… remiks. „The Death And Resurrection Show” z repertuaru Killing Joke to w oryginale potężny post-industrialny walec, który tutaj podano tak, jakby Gary Numan uczył się obsługi samplera. Wykonanie absolutnie niewybaczalne. Dalej jest rzewniej, bo Johnny śpiewa „Time” Dennisa Wilsona. Akurat piosenki z repertuaru, któregokolwiek z The Beach Boys ciężko zepsuć, o czym świadczy także „Don’t Talk (Put Your Head On My Shoulder)”, które również panowie Beck i Depp postanowili zinterpretować na „18”. Pomiędzy tym pojawia się jedna z dwóch kompozycji autorskich „Sad Motherfuckin’ Parade”, która brzmi jak stary i słusznie zapomniany remiks Limp Bizkit. Nieco lepiej wypada druga - nieco lennonowsko zabarwiona „This Is A Song For Miss Hedy Lamarr”, która spokojnie mogłaby się znaleźć na ścieżce dźwiękowej dowolnego dramatu z happy endem.

Dalej wracamy do dorobku The Beach Boys. Tym razem „Caroline, No”, gdzie prym wiedzie Beck. Zagrana jednak została tak, jakby powstała w latach 80… A przecież mowa o fantastycznej, pięknie zaaranżowanej kompozycji, pochodzącej z klasycznego „Pet Sounds” z 1966 roku! Skoro jesteśmy w połowie lat 60., to panowie mierzą się także z klasykiem motownowym - „Ooo Baby Baby” Smokey’a Robinsona & The Mircales, który wypada tu dość dancingowo, choć plus idzie na konto Johnny’ego za delikatnie poprowadzony wokal bez przesadnego falsetu. Ale to nie wszystko, bo idąc dalej kluczem wytwórni Motown, Beck i Depp wzięli na warsztat także jeden z największych jej przebojów „What’s Going On” Marvina Gaye’a. Zupełnie niepotrzebnie niestety… Z kolei „Venus In Furs” z repertuaru The Velvet Underground brzmi gotycko i kwadratowo… Próbując dotrwać do końca trzeba jeszcze przejść przez rzewne „Let It Be Me” The Everly Brothers, gdzie Beck popisuję się rwaną solówką gitarową i „Stars” Janis Ian. Ta druga, w oryginale długa, piękna akustyczna ballada, w wykonaniu Becka i Deppa brzmi ‘songbookowo’ oraz staropierdzielsko. Album zamyka (ratując minimalnie honor całości przedsięwzięcia) knajpiana i dość rasowa wersja lennonowskiego „Isolation” z kapitalnie zagęszczonym finałem.

Alice Cooper niedawno powiedział mi, że Jeff Beck nie zaprasza byle kogo do grania wspólnych koncertów, mając na myśli oczywiście Deppa. I w jakość ich grania live jestem jeszcze w stanie uwierzyć. Nagrywanie wspólnych płyt obaj panowie powinni sobie jednak darować…


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load