Recenzje

2022-09-12
Megadeth - "The Sick, the Dying... and the Dead!"
”The Sick, the Dying... and the Dead!” to 16 album w dorobku Megadeth i pierwsze wydawnictwo tego zespołu po zwycięskim zakończeniu walki lidera Dave'a Mustaine'a z nowotworem.
Wykonawca: Megadeth
Wytwórnia: Universal Music Poland
Rok wydania: 2022

Przyznaję, że straciłem rachubę, która to roszada w składzie zespołu Dave’a Mustaine’a. Rudy perfekcjonista na dobre pożegnał się z wieloletnim basistą, Davem Ellefsonem (panowie są właśnie na etapie średnio kulturalnej wymiany epitetów w wywiadach...). Na płycie partie basu zagrał Steve Di Giorgio, znany chociażby z Death czy Autopsy, aczkolwiek bieżącym muzykiem na tym stanowisku jest James LoMenzo, który już na płytach Megadeth pojawiał się dawniej. Resztę składu dopełniają gitarzysta Kiko Laureiro (tym razem także jako główny współautor materiału obok Mustaine’a) i perkusista Dirk Verbeuren (znany z Soilwork), który dołączył do grupy niedługo po wydaniu poprzedniej płyty Megadeth, „Dystopia” (recenzja także na naszej stronie – przyp. MM). Jak więc te przetasowania przełożyły się na muzykę na nowym albumie?

Przede wszystkim płyta wydaje się bardziej zwarta od poprzedniczki. O tym przekonuje nie tylko otwierający ją utwór tytułowy, ale także i kolejny, jeszcze bardziej ponury „Life In Hell”. W pierwszym bębny brzmią, jakby rejestrowano je na korytarzu, zaś w drugim to gitary wydają się dziwnie zbite ze sobą. Więcej powietrza łapie dopiero znany z singla „Night Stalkers”, gdzie jednej z największych thrashowych gonitw na płycie wtóruje nie tylko charkotliwy głos Mustaine’a. Dave pokusił się w tym numerze także o pojedyncze partie, które brzmią dużo czyściej. W drugiej części kompozycja się rozrzedza i pojawia deklamacja gościnnie udzielającego się tutaj Ice’a-T. Natomiast jednym z najbardziej znamiennych utworów na płycie jest „Dogs Of Chernobyl”, która wbrew pozorom nie dotyczy wojny na Ukrainie, ale wg. Mustaine’a jest pieśnią… miłosną. Temat utworu podsunął jeden z radiologów, który leczył lidera Megadeth, gdy ten zachorował na raka krtani (opowiadał mu ponoć o katastrofie w Czarnobylu). Kawałek zwłaszcza w drugiej części łapie mechaniczną, thrashową prędkość. Na tym tle niespecjalnie wyróżnia się „Sacrifice”, który nie ustępuje standardowym utworom Megadeth, do których przez lata Mustaine nas przyzwyczaił. Nieco lepiej wypada „Junkie” (udane solówki Laureiro), ale tu znów trochę odrzuca wspomniana wcześniej zwartość. Początkowo zaciekawia mroczne interldium „Psypchopaty”, by chwilę później wpaść w schematyczną megadethową trajektorię w „Killing Time”. Nie pomaga jej też za bardzo część pół-akustyczna w środku utworu, a przeładowanie wokalne pod koniec zupełnie psuje odbiór. Kapitalnie wypada natomiast również znane z singla „Soldier On!”, ze świetną rytmiką, którą idealnie uzupełnia thrashowa kawalkada riffów i jedna z lepszych partii solowych na gitarze. Skąd taka różnica? Może wynika to z faktu, że to kompozycja w całości napisana przez Mustaine’a. Całkiem udanie wypada także maszynowo pędzące „Célebutante”. Panowie gitarzyści bardzo umiejętnie podzielili się partiami (Laureiro dodał przy tym bodaj najlepszą solówkę na płycie), a sekcja rytmiczna wreszcie łapie odrobinę luzu między gęstwiną riffów. Jeszcze jedną zmyłkę niesie natomiast „Mission To Mars”, które okraszone nieco numetalowym(!) intrem, zwiastuje raczej eksperyment. Efekt jest połowiczny, bo o ile pierwsza część utworu płynie jest raczej według standardowego megedathowego klucza, o tyle w drugiej tytułowa misja na Marsa przechodzi w… paraindustrialny zaduch. Album zamyka natomiast "We'll Be Back" – pierwsza z kompozycji, która zapowiadała ”The Sick, the Dying... and the Dead!”. A była to zapowiedź rewelacyjna, bowiem okazuje się, że jest to najlepszy z utworów na całym albumie.

”The Sick, the Dying... and the Dead!” niby jest świadectwem powrotu do formy samego Dave’a Mustaine’a, ale jednocześnie jest pozycją bardzo niestabilną i trochę za długą. Dużo tu momentów męczących, czy wręcz nużących. Jeśli tylko skład grupy się ustabilizuje na dłużej (co – jak pokazuje historia grupy - wcale nie jest niemożliwe), to kto wie, co Megadeth nam zafunduje w przyszłości?

P.S. Płyta na kilka wersji bonusowych na każdej z poszczególnych dodano po dwa inne utwory.


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load