Recenzje

2021-05-03
Lisa Gerrard & Jules Maxwell - "Burn"
Niestrudzona Lisa Gerrard z Dead Can Dance przynosi nam kolejny album ze swojego ‘solowego’ skrzydła twórczego.
Wykonawca: Lisa Gerrard & Jules Maxwell
Wytwórnia: Atlantic Curve / Mystic Production
Rok wydania: 2021

Jak wiemy nie od dziś, królowa najlepiej czuje się w kolaboracjach, otoczona ‘dworzanami’ – muzykami, kompozytorami, chórami, aranżerami, dyrygentami, którzy potrafią na bazie jej słynnego głosu stworzyć nieodrębne, chociaż indywidualne muzyczne światy. Zbigniew Preisner, Klaus Schulze, Ennio Morricone, Hans Zimmer – to tylko ci najsłynniejsi, którzy we współpracy z Lisą napisali muzykę spoza tego świata. Jules Maxwell nie jest nazwiskiem aż tak silnie rozpoznawalnym, ale sympatycy Lisy znają go dobrze: Jules gra na klawiszach w scenicznym wcieleniu Dead Can Dance od czasu trasy Anastasis, a także już współpracował z Lisą przy jednym z jej poprzedniej krążków, BooCheeMish. Burn to tak naprawdę jego dzieło, koncepcja, wizja, dusza i pustelnicza praca; jego, oraz producenta płyty, Jamesa Chapmana, który odcisnął na tym krążku nie mniejsze piętno, niż sama Lisa Gerrard.

Naturalnie, Burn jest płytą nieodległą od stylistycznego uniwersum Dead Can Dance / Lisy Gerrard; aczkolwiek, mocno zaskoczy się ten, kto z góry wrzuci go do tego samego worka, co Immortal Memory, czy Duality. Burn, który powstał w tym samym czasie, co wspomniany wcześniej BooCheeMish, wykorzystując głos Lisy jak instrument, a nie początek i koniec całego krążka. To płyta oparta na aranżacjach syntezatorów i elektroniki, zarówno dla efektu malowniczych, nieziemskich krajobrazów, jak i zupełnie doczesnej nowoczesności i dynamiki. Takie kompozycje jak „Noyalain (Burn)”, czy „Deshta (Forever)” to niezwykle bogate, pełne rozmachu i przestrzeni aranżacje, jakże odmienne od ascetycznych, skoncentrowanych, wręcz ambientowych kompozycji Lisy, znanych chociażby z jej soundtracków. To ożywcza muzyka i nowa, niecodzienna scenografia dla tego głosu, który brzmi, jak kilka wokalistek śpiewających jedna przez drugą w nikomu nieznanych językach.

Chociaż każdy album, na którym rozbrzmiewa ten popisowy śpiew Lisy staje się ‘jej’ albumem, na Burn nie powinien on pozostawać w centrum uwagi słuchacza. Jak słychać wyraźnie w „Aldavyeem (A Time To Dance)”, czy „Orion (The Weary Huntsman)”, Burn to złożona całość. Tutaj głos Lisy wpada w wir barw i dźwięków, stając się ich częścią, składnikiem, a nie głównym tematem. Podobnie jak Michael Cretu wykorzystywał głos Sandry w Enigmie jak instrument, tak i tu śpiew Lisy, obstawiony dookoła teatralną, bogatą scenografią Julesa Maxwella, staje się elementem całego przedstawienia, a nie jego show-stoperem w stylu „The Host of Seraphim” czy „Sanvean”. Jeśli trzeba odnieść Burn do jakichkolwiek nagrań Dead Can Dance, to najbliższe są mu takie harmonijne numery jak „Nierika” czy „Ariadne”, a przede wszystkim zagadkowy „The Spider's Stratagem”. Dlatego też, mimo iż Burn i BooCheeMish powstawały równolegle, są sobie tak odległe jak rozdzielone za młodu rodzeństwo.

Burn jest płytą, która przeleżała w szufladzie gotowa do wydania ponad 2 lata. To efekt zrządzenia losu, że ukazuje się w pandemii, chociaż, jak sądzi Jules Maxwell, może to nadać jej dodatkowego, symbolicznego znaczenia. To nie tylko materiał ‘ku pokrzepieniu serc’ w powoli opadającym lockdownie; to przede wszystkim doskonała pożywka dla tych, co lubią być zaskakiwani przez artystów, którzy, jak można sądzić, powiedzieli już wszystko. Przecież znamy ten wielobarwny głos Lisy Gerrard nie od dziś, a mimo to wciąż możemy się złapać się na zaskoczeniu, szybko prowadzącym do fascynacji. A pomimo skromności samego Julesa Maxwella, wyszedł mu z Burn album iście ‘epicki’, nieodległy od Voices czy Oceanic Vangelisa, a także wspominanej wyżej Enigmy. To także czytelny sygnał, że tradycyjnie aranżowana elektronika, o wyraźnym posmaku synthwave i powabie new age, wciąż nie powiedziała ostatniego słowa, tylko czekała na odpowiednią chwilę, tak jak Burn.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load