Recenzje

2021-05-28
Rainy Day - "Dekadencja"
Rainy Day to zespół z Warszawy. Powstał w 2017 roku. Już rok później ukazał się debiutancki album „Wykute w deszczu”. Czas na drugą płytę. „Dekadencja”. Tytuł może sugerować, jaki będzie panować nastrój. Nie łatwo jednak zakwalifikować ten album jako jednoznacznie melancholijny. Choć zalana deszczem, rozmazana okładka i teksty mogą to sugerować.
Wykonawca: Rainy Day
Wytwórnia: Rainy Day
Rok wydania: 2021

Słowa piosenek traktują przede wszystkim o bolączkach codziennego życia, jego problemach. Tych bardziej uniwersalnych oraz tych aktualnych (przyznam, że mam absmak słuchając „Y2K20 Bug (Koronawirus)” liżąc jeszcze po kilku tygodniach rany po tym wirusie). Warstwa muzyczna łagodzi wydźwięk. W brzmieniu – sięganie po przyjemny spokój. Najwięcej go przynosi wyciszająca, delikatna ballada na koniec – „Deszcz”. Elementy ballady są też zawarte w innych punktach materiału, choćby w „Dekadencji” czy „Bramie”.

Jednak postawiono również na sporo mocniejszych akcentów. Zwłaszcza gitar. „Złe paranoje”, dynamiczne „Spalone mosty”, zakorzenione w rocku „Credo” z gościnnym udziałem Mike’a Proticha z amerykańskiej kapeli Red Sun Rising. Ciekawa współpraca. Gitarzyści mogli sobie pozwolić na sporo. Wyszło to zdecydowanie na dobrze płycie. Dwie piosenki, które bardziej się wyróżniły w moich uszach. Pierwsza: „Lipiec” - powiew optymizmu. Ciepła, fajna kompozycja instrumentalna. Na letnie dni jak znalazł. Druga: „Walka o ogień”. W podobnym klimacie jest większość utworów na tej płycie, ale ten zwrócił moją baczniejszą uwagę. Ładnie tu wypada zestawienie spokojniejszych fragmentów z podostrzeniami, a i solówka także.

Dekadencja – chylenie się ku upadkowi. To z definicji z Wikipedii. Z nowego albumu Rainy Day przebija się taki nastrój. Nie jest on podlany sosem dołujących nut i totalnej beznadziei. To bardziej ładne, przyjemne brzmienie z elementami rocka, ale również melancholii.


Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load