Recenzje

2021-09-09
Iron Maiden - "Senjutsu"
Grupa Iron Maiden wydała pierwszy od 6 lat płytę studyjną i do tego od razu zawierającą aż dwa krążki.
Wykonawca: Iron Maiden
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2021

Iron Maiden. To chyba jeden z takich przypadków, gdzie zdania co do nowych płyt są podzielone. A może inaczej, bo w sumie można tak napisać o każdym albumie każdego zespołu. Wydaje się, że w przypadku legend muzycznych określanych też jako „dinozaury” jaskrawiej widać skrajności w opiniach. Od totalnych zachwytów po totalną krytykę.

W poprzednim tygodniu zrobiło się jakoś „dinozaurowo” w muzyce. W przeciągu kilku dni dostaliśmy: nowy singel Stinga, nowe single ABBY i nową płytę Ironów. Tak ciekawie poskładał się ciąg zdarzeń. Sześć lat czekali fani na nową płytę Żelaznej Dziewicy – najdłuższy w historii odstęp między dwoma studyjnymi longplayami tej kapeli. Jak panowie nie tworzyli podwójnych albumów, to teraz trzaskają drugi z rzędu w swojej dyskografii.

Prawie 82 minuty. Czy da się pochłonąć album za jednym razem? Tak. Choć jednocześnie przyznaję, że większość z dotychczasowych odsłuchów „Senjutsu” sobie dzieliłem. Zgodnie z podziałem zawartości (na pierwszą i drugą część). Za długo? Cóż, nowa płyta Kanye’go Westa trwa prawie dwie godziny. Pojawiają się momenty, w których zaczyna się dłużyć. Ale „Senjutsu” generalnie słuchało mi się dobrze.

Starzy, dobrzy Ironi? W sumie tak. Typowe pojazdy napędzające – „Stratego” czy „Days Of Future Past”. Mocne, wpadające w ucho. Samo wejście w album w postaci kompozycji tytułowej – podniosły, ciężkawy „snuj”. Dwie kompozycje z pierwszej części – „Lost In A Lost World” oraz „The Time Machine” oparto na scenariuszu: spokojny początek i koniec (w „Lost In A Lost World” akustyczny), a w środku niech się dzieje. A to maidenowe granie z miejscami na popisy i wtrętami syntezatora, a to zabawy tempami z momentami konkretnego doładowania. Na drugim krążku po powerballadzie „Darkest Hour” dostajemy serię trzech ponad dziesięciominutowych tasiemców autorstwa Steve’a Harrisa, które trzymają poziom. Bardzo udany „The Parchment”. Groźny, waleczny początek. Porządna porcja grania.  W„Death of the Celts” zwraca uwagę irlandzki klimat. „Hell On Earth” działa zaś na zasadzie natężeniowego przekładańca. Trochę zluzowania, sporo mocy.

Największa wada tej płyty? Niełatwo to pisać, ale niestety głos Bruce’a Dickinsona. Kurczę, „The Writing On The Wall”. Instrumentalnie ciekawy moment. Nieco westernowo, ładna solówka gitarowa (na albumie znalazło się też kilka innych). Ale gdy głos Bruce’a próbuje wejść na wyższe rejestry… Podobnie w tytułowym utworze. Na początku „Lost In A Lost World” popracowano chyba cyfrowo z głosem. Jak to poczyniono z Ianem Gillanem w „Time For Bedlam” Deep Purple. To są najbardziej zgrzytające momenty.

Ogólnie dostaliśmy solidny album. Godny ponad 45-letniego zespołu. Bez jakichś wielkich rewolucji, z niewieloma (jeśli w ogóle) nowymi elementami. Czyli w sumie tak jak można się było spodziewać. No chyba, że ktoś oczekiwał kolejnego wywrócenia świata przez Iron Maiden. Nie tym razem.


Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load