Recenzje

2021-10-18
Coldplay - "Music of the Spheres"
"Music of the Spehers" to dziewiąty już album studyjny formacji Coldplay. Jak nowa płyta wypada w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami brytyjskiej grupy? O tym w naszej recenzji.
Wykonawca: Coldplay
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2021

Chris Martin i spółka zaczynają właśnie zataczanie trzeciego kółka w ciągu dziesięciu lat. Po bardziej popowym „Mylo Xyloto” i wielkiej trasie – spokojniejsze „Ghost Stories” (choć znalazło się tam klubowe „A Sky Full of Stars”) i skromna trasa po halach koncertowych. Po „A Head Full of Dreams” i jeszcze większej trasie koncertowej niż przy „Mylo Xyloto” – eksperymentalny „Everyday Life”, któremu nie towarzyszyła trasa koncertowa. Słuchaliśmy wtedy, że panowie sprawdzą, jak sprawić, by trasy były nieszkodliwe dla środowiska.

No to mamy nowy album. Ogłoszono trasę po wielkich stadionach w przyszłym roku. Przy okazji przedstawiono zestaw inicjatyw proponowanych przez zespół. Nie będziemy się tu o nich rozpisywać, wspomnimy tylko o oferowaniu darmowej wody pitnej. Brzmi pięknie. Zobaczymy, jak te rozwiązania się odbiją na cenach biletów i innych usług podczas koncertu. Póki co: „Music of the Spheres”. Na tylnej okładce znajdziemy następujący napis: „Vol. 1: From Earth With Love”. Czy to jakaś zapowiedź? Najnowsza płyta została zapowiedziana w booklecie poprzedniej, gdzie pojawił się baner z napisem „Music of the Spheres” i grafiką podobną do tej, która jest związana z albumem.

Skoro o zapowiedziach, po singlach wyglądało na to, że czeka nas album patchworkowy – z utworami z różnych parafii. Zacznijmy od końca albumu. „Coloratura”. Ponad 10-minutowy. Nie rozpędzałbym się z porównaniami do Pink Floyd i rocka progresywnego, jak czynią niektórzy. Ale to bardzo ładna kompozycja. W mojej opinii najlepszy utwór Coldplay od 2013 roku, od piosenki „Atlas”. Na „Everyday Life” były takie strzały jak „Arabesque” czy „Daddy”, ale „Coloratura” ma jeszcze coś ekstra. Jednocześnie pasuje do albumu jak pięść do nosa. No bo 10-minutowy utwór wśród głównie popowych utworów. Ciekawie będzie obserwować, jak – jeśli zostanie włączona do koncertowego setu – wypadnie „Coloratura” w otoczeniu innych utworów.

A skoro o kandydatach do przebojów – elektropopowy „Higher Power” jakąś tam karierę na listach zaliczył, ale trudno ją nazwać szaloną. Sam utwór jest całkiem fajny i ma chwytliwy refren. Trzyma poziom. Pewniejszym kandydatem na przebój można nazwać „My Universe”. Ale w dużej mierze nie dzięki samej kompozycji, bo jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca, a dzięki obecności BTS. Wielu fanów „starego, dobrego” Coldplaya pewnie złapało się za głowę. Mam wrażenie, że utwór powstał chyba w dwóch celach. Pierwszy: by Coldplay stał się w oczach nastolatek cool zespołem, a co może być w tym celu lepszego niż nagranie utworu z największym obecnie boysbandem świata. Drugi: zdobyć szczyty list, w tym singlowej Billboardu. I udało się. Jest numer 1 w USA. Ale na razie wygląda to na schemat: pierwszy tydzień – super lub bardzo dobre wyniki, następne – już spadki. Sam utwór – popowy, trochę pompy. Czy jest się czym zachwycać? Niezbyt.

Wesołe popowe piosenki? Proszę bardzo, w dostawie jeszcze „Humankind” (typowe coldplayowe chóralne zaśpiewy w refrenach i motyw z początkowej części brzmiący niczym skrzyżowanie z Vangelisem) oraz słodziutki popik z rapowym groovem – „Biutyful”. I jeszcze ten głosik. Be. Plus utwór oznaczony emotką (jeden z pięciu). Na potrzeby recenzji zastosujmy nazwę nieemotkową – „Infinity Sign”. DJ-ska impresja na temat stadionowego „Ole, ole, ole, ole”. Niejednoznacznie wypada w moich uszach „People Of The Pride”. Pompatyczne elementy wraz z początkiem łapiącym nas na zastanowieniu, czy na featuring nie dograł się czasem Gorillaz. Ciężkawy motyw elektrogitary, jakby Coldplay sobie przypomniał, że jest/był zespołem rockowym. Bardzo muse’owaty kawałek, ale generyczny.

Większe przekonanie mam do kącika balladowego. I dwie takie kompozycje dołączyłbym do swojej czołówki albumu. „Let Somebody Go” – tak, utwór z Seleną Gomez (kolejne złapanie się za głowę starych fanów). Ale ładny. Pobrzmiewa tu „stary, dobry” Coldplay, choć w nim miejsce elektronicznego bitu zastąpiłaby pewnie gitara. W „Human Heart” (jeszcze jeden utwór oznaczony na trackliście emotką) tego by nie zrobiła, bo to utwór a capella, chóralny, z We Are King i Jacobem Collierem. I ten zlepek dwóch utworów znajdujących się obok siebie zwrócił moją uwagę.

Rozpiętość gatunkowa utworów nie jest tak spora jak na „Everyday Life”, ale tu też można o niej mówić. Biorąc pod uwagę to i przeplataniec albumowy trwający od dekady mam taką refleksję: Coldplay to zespół, który ze stania w muzycznym rozkroku uczynił swoją specjalność. I zrobi coś ordynarnie popowego i rockowego, rozbudowanego kolosa. Tym razem na przestrzeni jednego albumu. Przy „Everyday Life” zastanawiałem się, czy dość dobre wrażenie, jakie na mnie zrobił było „zasługą” moich mniejszych oczekiwań po poprzednim albumie. Jeśli koło miałoby się zatoczyć kolejny raz, to przy następnej płycie będę miał podobnie. Mam w pamięci „A Head Full of Dreams”. I w porównaniu z nim nie jest źle. Także stąd mój płytometr wskazuje przy „Music of the Spheres” słowo: średniak. Takie pięć na dziesięć, z czego spora część tej noty dzięki jednemu utworowi.


Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load