Recenzje

2021-11-10
Damon Albarn - "The Nearer The Fountain, More Pure The Stream Flow"
"The Nearer The Fountain, More Pure The Stream Flows” to nowy album studyjny Damona Albarna - lidera Blur i Gorillaz. Pierwotnie miał być orkiestrowym utworem zainspirowanym krajobrazami Islandii w 2020 r. Albarn powrócił do tworzenia muzyki w trakcie lockdownu i rozwinął dzieło do 11 utworów, które eksplorują tematy kruchości, utraty, wyłaniania się i odrodzenia.
Wykonawca: Damon Albarn
Wytwórnia: PIAS Poland
Rok wydania: 2021

Damon Albarn nigdy nie przestrzegał zasad. I nigdy nie był w tym osamotniony. Przez całą twórczą karierę czuwał nad nim duch Joe Strummera i dobry przykład Paula Wellera. Damon ma swoją publiczność podzieloną na kilka frakcji. Oczywiście, są tu ryczący sympatycy Blur, piłkarsko-pubowi mistrzowie karaoke; po nich, zupełnie odmienni, zebrani z każdego krańca świata cyfrowi sympatycy pop-hip-hopowego Gorillaz. Gdzieś obok, pełni rozpaczy i żalu do świata o wszystko zwolennicy The Good, The Bad & The Queen. No i najbardziej tajemniczy z nich, przemądrzali smakosze niszowych cudów, fani Africa Express. A po drodze była jeszcze opera, a obok niej pierwszy, sygnowany solowo album Everyday Robots. Dość powiedzieć, że Damon to wielki kameleon naszego pokolenia, nie tylko dziedzic Strummera i Wellera, ale także Bowiego. To niewątpliwie odważny gość, który zamienił Londyn na Rejkjavik, i od niedawna może pochwalić się nawet islandzkim obywatelstwem.

To właśnie wyspa ognia i lodu stanowi jeden z fundamentów nowego albumu Albarna, The Nearer The Fountain, More Pure The Stream Flows. To nie tylko wyraz jego niesłabnącej, wciąż pogłębianej muzycznej erudycji i głowy przepełnionej pomysłami; to kurs podyktowany twórczym instynktem, nieustanną ewolucją, bezkompromisowym koktajlem, który zaskakuje, zachwyca, i zraża. Damon od zawsze lubił komentować i kontestować – czas, społeczeństwo, politykę, nierówności. Tym razem, płytę przepełnia cisza i spokój. Melancholia i domowe ciepło. Mrok i chłód, ale i szeroki uśmiech wywołany wspomnieniami i marzeniami. Oprócz Islandii, Albarn odnalazł liryczną inspirację w poezji Johna Clare'a, przedstawiciela angielskiego romantyzmu, słynącego ze stylu sławiącego naturę i uroki życia na wsi (w opozycji do współczesnej mu postępującej industrializacji). Jak nietrudno zgadnąć, Albarn obrał ten kierunek w opozycji do współczesnej nam, postępującej cyfryzacji i technologii.

The Nearer The Fountain… jest w efekcie płytą o dosyć klasycznym wydźwięku, dziełem bardzo naturalnym i uderzającym wizualnie. Słychać tu prawdziwą orkiestrę, złożoną z gitary, wiolonczeli, waltorni, marimby, puzonu, altówki, skrzypiec, kontrabasu, saksofonu, itd. Albarn powierzył najważniejsze role aranżacyjno-kompozycyjno-instrumentalne swoim zaufanym ludziom: Mike Smith, André de Ridder, oraz Simon Tong. Bez technologii oczywiście obejść się nie da, dlatego słychać także cyfrowe syntezatory, automat perkusyjny, nagranie terenowe, kosmiczne organy Elka oraz resztę retro-futurystycznego muzeum w postaci Wurlitzera, Rhodesa i Hammonda. Wszystko to łączy się w kolekcję pięknie klimatycznych, tęsknych, melancholijnych piosenek, o eterycznym, sennym charakterze. Otulają one słuchacza jedwabną peleryną i przenoszą go do krainy wulkanicznych krajobrazów Islandii, pozostawiając zainspirowane poezją Johna Clare słowa pocieszenia.

The Nearer The Fountain… to płyta kontrastów. Przywołuje obrazy chłodnej surowości, ale ma bogate, ciepłe serce, które wynika przede wszystkim z wykorzystanych instrumentów. To kompletny w tył zwrot od Everyday Robots, wymownie wypełnionego technologią. Tu mamy bardziej organiczną, analogową gamę dźwięków i nastrojów, nadających płycie niesamowity, nieziemski klimat. Od pierwszych chwil, utwór tytułowy ustawia wszystko, co dzieje się po nim na reszcie płyty. Doskonale brzmią także „Daft Wader”, „Polaris”, oraz „Darkness To Light”, utwory jakby z innej epoki, czysta nostalgia i powab retro/vintage. Albarn odpływa w swojej melancholii, a słuchacz, nieuchronnie, razem z nim. Wszystko, co tutaj słyszymy ma w sobie nutę depresji w obliczu końca świata, być może wywołanej pandemią, być może ludzkim ogłupieniem w obliczu postępu technologicznego. A wszystko to w sąsiedztwie pięknego, acz gotowego do niszczycielskiego gniewu krajobrazu. 

Świadectwem geniuszu Albarna jest fakt, że to wszystko nie brzmi kiczowato lub tandetnie; nawet „Tower Of Montevideo”, które nieznośnie przypomina mi ostatnią płytę Arctic Monkeys i obrazy opuszczonego, post-modernistycznego hotelu. „The Cormorant” to kolejny wyróżnik albumu, podobnie jak instrumentalne „Combustion” i „Esja”, od free-jazzu po ambient. Ta płyta zdecydowanie wymaga czasu. Nie zachwyca od razu, nie wyskakuje z głośnika i chwyta za głowę. To refleksyjny album, jakże bliski This Mortal Coil. Nietrudno go sobie zwizualizować: zamyślony Albarn wpatruje się w okno; marzy o Islandii, ale wszystko, co widzi, to nie wulkany, lecz billboardy w londyńskim metrze. Krzepiące piosenki to tylko wspomnienia, obrazki przywołane machinalnie dotykanym smartfonem. Ten album to mistrzowska klasa: retro, ale futuro; lodowaty ale ciepły; majestatyczny jak symfonia, ale kieszonkowy jak amulet. To najlepszy album sygnowany nazwiskiem Albarna, jaki znam.  


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load