Recenzje

2021-11-18
Scott Von Ryper - "Dream State Treasure"
Zanim przejdę do samej płyty, dwa słowa gwoli wstępu i wyjaśnienia, kim do licha jest Scott Von Ryper? To Australijczyk, ale rezydujący w Los Angeles (gdzieżby indziej). Jego głównym wehikułem jest The Black Ryder, duet w psychodelicznych oparach shoegaze, który tworzy z Aimee Nash (żoną Iana Astbury z The Cult).
Wykonawca: Scott Von Ryper
Wytwórnia: Rough Trade
Rok wydania: 2021

To fenomenalny projekt, pełen senności, elektryczności, nastroju i poezji. Jego drugim zajęciem, jest bycie koncertowym członkiem The Jesus & Mary Chain, gdzie wspiera Williama Reida po przeciwległej stronie sceny porządkowaniem gitarowego hałasu. W naszym kraju jest nieznanym szerzej muzykiem; z tym większą stanowczością, zwracam uwagę na jego solowy debiut, Dream State Treasure. To nie płyta ‘covidowa’, której twórca miał nadprogramowe moce przerobowe z okazji przymusowego postoju; to przede wszystkim ciche arcydzieło, które łatwo przegapić z prostych względów ograniczonego obiegu krążka, oraz niszowości samego muzyka.

Brzmienia Dream State Treasure można ‘domyślić się’ już po obejrzeniu samej okładki. Tak, to w dużej mierze akustyczne, ‘domowe’ songi z pogranicza alternatywnego i klasycznego rocka, z bagażem i wyczuciem pryncypiów dźwiękowych indie i psychodelii. Scott to chodząca maszyna do tworzenia muzyki; nie tylko potrafi grać, na czym dusza zapragnie, ale też modulować głos i dostosowywać go do brzmienia i estetyki danej kompozycji. Świetnie odnajduje się także w studiu, za stołem mikserskim, dzięki czemu wie, jak ‘ustawić’ brzmienie, aby dobrze wypadło na płycie. Pomysły, jakie słyszymy na Dream State Treasure, nie przyszły mu do głowy i serca ot tak, podczas lockdownu; one kiełkowały w nim od dawna, czekając na właściwy moment i okoliczności. Z ‘codziennej’ muzyki Scotta wiemy, co ten artysta lubi, czego słucha i co go kręci; z płyty wyjątkowej, takiej jak Dream State Treasure, dowiadujemy się, co drzemie w cichym zakątku jego czarnej duszy.

Dream State Treasure to nie tylko spotkanie z muzykiem w jego domu, w salonie na kanapie, przy akompaniamencie gitary, organów, perkusji i chorków. To pełna układanka kompozycji i stylu, przemyślana i nieprzypadkowa, oszczędna w środkach, ale przepełniona pięknem i emocjami. Ma w sobie urok balansowania między mrokiem a światłem jak w pieśniach Cohena, historię życia w głosie jak u Lanegana, a także romantyczną estetykę w stylu Cave’a i pierwiastek odkupienia, jak Soulsavers. Muzyka Scotta nie drażni naiwnością debiutanta, który chwycił gitarę i coś na niej wybrzdąkał; to dojrzałe, pełnokrwiste dźwiękowo-liryczne doświadczenia, które długo czekały na swoje nagranie. Wypełniają je uczucia niepokoju, zagubienia, melancholii, samotności i krzyku serca; ale, nie pozostają one bez równowagi czegoś krzepiącego, po czym przychodzi ulga, uśmiech i lekkość duszy. To muzyka, którą chce się ‘zobaczyć’, gdyż tak jak Scott, czujemy ją od dawna, codziennie.

Solowa płyta Scotta to rzecz bliska, chociaż osobna, The Black Ryder. Łączy je wiele, jak choćby młodzieńczy, ‘eteryczny’ głos Scotta, czy statyczna senność i ‘nierzeczywistość’. To mocno osobista sprawa, nieodległa wyznaniu grzechów, smutku i bólu, bardziej oparta na prawdzie, niż kreacji. Strona A jest ‘rockowa’, romantyczna i wzruszająca, przypominająca wielkomiejskie ballady Lou Reeda czy Black Rebel Motorcycle Club („Goodnight, Goodbye”, „Getting On Home”, „The Devil’s Son”); ale strona B, otwierająca się bijącym sercem w postaci „Lucifera”, to już spotkanie duchowe. Tutaj do głosu dochodzą inspiracje Spiritualized a nawet Dead Can Dance, zamanifestowane kruchym „Oh My Lord, Take My Soul” i natchnionym „Reckoning”, po którym przychodzi cisza i ciemność. Mimo to, za chwilę ktoś zapala światło, a całość majestatu z którym przed chwilą obcowaliśmy okazuje się głosem sztuki, śpiewem duszy i pracą ludzkich rąk. Takich samych, jak nasze własne.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load