Recenzje

2021-12-01
Variété - "Dziki Książę"
Bydgoskie Variété powróciło z nową płytą po 4 latach przerwy. Jest to kolejne wydawnictwo Grzegorza Kaźmierczaka i spółki, na którym wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom i porównaniom.
Wykonawca: Variété
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2021

To, że Variété gra taką muzykę, a nie inną, nie powinno nikogo dziwić; ostatecznie, różnorodność mają wpisaną w swoje imię. Jednakże, w owej różnorodności są wyjątkowo konsekwentni – do tego stopnia, że nie pomyli się ten, kto usłyszy w Dzikim Księciu zarówno znajome dźwięki, jak i po raz kolejny powiew świeżości i odmienności. Variété to jeden z zespołów cierpiących na wieczną niszowość, niejako na własne życzenie. Ich muzyczna specjalność zakładu nie ułatwia życia przygodnym słuchaczom. Nawet ci, którzy są z zespołem na dobre i na złe, od „Kamieni”, „Dłoni” i „Radia Romans”, od Jarocina i utraconych taśm-matek, nie mają nigdy ‘z górki’. I za każdym razem, w dziwnie znajomy sposób, ‘odkrywają’ go na nowo. I Dziki Książę nie jest pod tym kątem wyjątkiem; brzmi zarówno jak Variété, które znamy i lubimy, jak i coś zupełnie nowego i zaskakującego.

Punktem wspólnym i najbardziej oczywistym są słowa Grzegorza Kaźmierczaka, których w lepszych czasach powinno się uczyć w szkołach, obok Bursy, Wojaczka i Stachury. Obrazowe i sugestywne, pełne niedopowiedzeń i stanowczości, pozostawiające pole wyobraźni i szeptom w głowie. Poezja wydaje się być trudnym i opornym językiem dla muzyki; efekt zwykle polega na melodeklamacji z akompaniamentem. Muzyka Variété z tekstami Grzegorza ‘radzi’ sobie z doskonale; a w przypadku Dzikiego Księcia chowa je do kieszeni, świetnie równoważąc przekaz słów malowniczością dźwięków. Jako słuchacz mam nie lada frajdę z wokalnych szarad, ale i tego psychodelicznego miodu, w którym pływają. A jest to pobudzająca, jazzująco-elektroniczno-eksperymentalno-rytmiczna formuła, dzięki której szary od zanieczyszczeń i wirusów świat za oknem ponownie widać w technikolorze.

Siłą Dzikiego Księcia są nie tylko magiczne słowa i animująca muzyka, ale przede wszystkim jego nastrój i koncepcja całości. Tego albumu słucha się jednym tchem, bez wyróżniania lepszych i gorszych momentów, niczym serial oglądany w trybie ‘binge’. Każdy z tych numerów gdzieś nas przenosi, niczym oko rzucane tak na skraj świata, jak i do knajpy po drugie stronie ulicy. Muzyka nadaje tym numerom niespokojny, wszędobylski rytm, jazzowy, barowo-klubowy. Czuć w powietrzu aromat alkoholu, drogiego i eleganckiego, niczym dawno temu w sklepach Pewexu. Albo dziś, w sklepach wolnocłowych, których zapach oznacza nieodległą podróż, będącą w chwili obecnej dobrem reglamentowanym. Patronat Bachusa i Merkurego sprawia, że słucham Dzikiego Księcia z radością, ale i tęsknotą. Czuję, że jeszcze nie wszystko stracone; a w muzyce, jak zwykle, siła i życie.

Variété od lat wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom i porównaniom. Wielu próbowało, wszyscy polegli. Trudno jest im przyznać jakąś nagrodę, podobnie jak Świetlikom czy Voo Voo, gdyż komisja nie potrafi umieścić ich ani w alternatywie, ani w jazzie (a w ‘Poezji śpiewanej’ i tak przegraliby). Mamy tu wyborny żywy bas, jak i elektroniczne tańce-łamańce. Są zaklęte instrumenty dęte, ambientowe tła i dubowe echa. Są analogowe klawisze i cyfrowe pokrętła, jest klubowa dynamika i muzealna statyczność. Jest filmowość, impresyjność i spora odrobina odlotowego oniryzmu. Są wreszcie słowa, profetyczno-szamańskie, przywołujące obrazy i przenoszące umysły. Czy porównanie Variété do Legendary Pink Dots będzie nadużyciem? Moim zdaniem nie; na pewno nie w przypadku Dzikiego Księcia. Wielkie brawa dla Grzegorza i jego drużyny, za odwagę, postępowość i niezłomność.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load