Recenzje

2021-12-03
Frank Carter & The Rattlesnakes - "Sticky"
Frank Carter i jego Grzechotnicy na swojej czwartej płycie dalej bawią się w punk rocka, ale jest też coś jeszcze.
Wykonawca: Frank Carter & The Rattlesnakes
Wytwórnia: International Death Cult/Mystic
Rok wydania: 2021

Formacja znana jest z kapitalnych koncertów, które zdają się być głównym ujściem dla nadmiernej energii zwłaszcza jej lidera. „Sticky” może być kolejnym przyczynkiem, by takowe zagrać. I choć jej twórcy odżegnują się od regularnie powracającego przy okazji nowych wydawnictw terminu ‘płyta pandemiczna’, na rzeczy jest nie tylko ‘coś’. Otwierający płytę utwór tytułowy zaczyna się bowiem słowami: I go where monsters dwell/Dancing like a madman/Through a personal hell. Ta fraza może dotyczyć nie tylko mieszkańców Wysp Brytyjskich, ale i tych rejonów, które wciąż nadmiernie aktywna pandemia dotknęła szczególnie. Zresztą sam autor przyznaje, że cały tekst zrodził się także w wyniku… nadmiaru wolnego czasu, spowodowanego lockdownem. Smutną opowieść miłosną przynosi kolejny „Cupid’s Arrow”. To historia jednostronnego i dość szybkiego zadurzenia. Co ciekawe – w tekście pojawia się niej również Hoxton Street, która jest najstarszą ulicą handlową w dzielnicy Londynu, Hackney.

Inaczej rzecz ma się z „Bang Bang” – to wątek narkotykowy, traktujący o nieumiejętności zażywania środków odurzających, a także o ich zaskakujących, (oczywiście negatywnych) efektach. W tym dość rytmicznym utworze wokalnie wsparł zespół electro-punkowy raper Lynks. Jeszcze jednym numerem, odnoszącym się niejako do sytuacji pandemicznej może być „Take It To The Brink”. Słowa: What does it mean/If your life is a dream/Then one day it turns into a nightmare? nie dotyczą wszak jedynie zespołu, ale i każdego, komu pandemia coś zabrała i zniszczyła. Rozpaczliwy wokal Franka (który w wyniku pandemii po dwóch tygodniach od otwarcia, musiał zamknąć własny salon tatuażu „Rose Of Mercy” – przyp. MM)  i ujadające psy, pojawiające co jakiś czas w tle robią, robią dodatkowe, niekoniecznie przyjemne wrażenie…

Nieco inny odbiór daje podszyty elektroniką i mechaniczną perkusją „My Town”, w którym gościnnie udzielił się sam Joe Talbot z IDLES. Utwór mimo dość syntetycznej formy muzycznej, jest absolutnym bangerem, a płynnie przechodząc w wojowniczy „Go Get A Tatoo” (ponownie z udziałem Lynksa), potęguje wrażenie zbliżającej się nie tyle konfrontacji, ile ogromnego wybuchu złości. Świetnym przełamaniem jest „Off With His Head”. Traktujący o wszechobecnych skutkach patriarchatu, z gościnnym udziałem popmetalowej wokalistki Cassyette, ma zadatki na przebój (zwłaszcza dzięki skandowanej frazie tytułowej). Jeszcze jedną opowieść miłosną zbliżoną zresztą do „Cupid’s Arrow”, przynosi natomiast „Cobra Queen”. Tu jednak ma ona wymiar nieco bardziej niebezpieczny, a przejmujący wokal Franka tylko to podkręca.  Z kolei efekty tytułowego ‘wyścigu szczurów’ możemy poznać w ostrym „Rat Race”, wzbogaconym brzmienie saksofonu Yasmin Ogilvie. Album zamyka „Original Sin”, w którym gościnnie pojawił się Bobby Gillespie z Primal Scream. Zaryzykuję stwierdzenie, że to utwór najciekawszy i najbardziej bogaty na całej płycie. Ponownie ozdobiony saksofonem, klawiszami, a przede wszystkim odznaczający się osobowością gościa. Gillespie jest tu dziwną zjawą, głosem przekonującym, ale i nieco upiornym.

Trudno będzie zespołowi uciec od odnośników pandemicznych w przypadku „Sticky”. I choć nie wątpię, że grupa będzie promowała ten materiał na żywo, to nie zdziwię się, jeśli Frank i reszta już zawsze nie będą mieli przyjemnych skojarzeń z ‘backgroundem’ tego materiału.

Frank Carter & The Rattlesnakes - Warszawa, Niebo, 03.02.2022. Bilety: www.alterart.pl 


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load