Recenzje

2022-03-04
Tears For Fears - "The Tipping Point"
Duet Tears For Fears dał nam nowy album studyjny po aż 18 latach oczekiwania. (...)Nigdy nie jest za późno, aby odkryć muzykę ponadczasową. Ona przetrwa i poczeka na swoją chwilę" - jak możecie przeczytać w naszej recenzji tej znakomitej płyty.
Wykonawca: Tears For Fears
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2022

Nie wiem od czego zacząć. Czy od faktu, że Tears For Fears przynieśli nowy, wspaniały longplay po 18 latach oczekiwania? Czy też od rzeczy oczywistej, że czas na jaki trafili z nową płyty nie mógł być gorszy? Nie dość, że The Tipping Point rodził się w wyjątkowych bólach, to jeszcze świat który ujrzał w dniu premiery jest daleki od ducha i piękna nieomylnych albumów Tears For Fears. Każda ich płyta kojarzy mi się od zawsze z afirmacją życia – inteligentnym, alternatywnym popem, który usłyszeliśmy dzięki MTV, ale zapamiętaliśmy przez twórczy dynamit Smith/Orzabal. Ich wyobraźnia aranżacyjna, wyczucie hitu i harmonijnej, intrygującej, dźwiękowej przestrzeni zagwarantowała im sukces komercyjny, oraz długowieczność – nie tylko jako żywy symbol etosu muzyki pop lat 80-tych, ale także kogoś, kto skutecznie z owego etosu potrafi się wyłamać. I nawet jeśli musieliśmy czekać 18 lat na ich nowy materiał studyjny, to nie było to czekanie na darmo.

The Tipping Point to triumf, pomimo niesprzyjającego czasu. Zło minie, a dobro przetrwa – i chociaż wiele osób nie ma teraz głowy do radości z muzyki rozrywkowej, to ona poczeka. W końcu, czekała już tyle lat. Tyle tu skarbów, które warto usłyszeć: akustyczne „No Small Thing” na start, numer tytułowy (gotowy hit dla radia), sięgające do przeszłości „Break the Man” (brzmi jak „Pale Shelter”) lub najwspanialsze na płycie „Rivers of Mercy” (wspomnienie „I Believe”). Są też produkcje bardziej współczesne – „End of Night”, „My Demons” oraz „Long, Long, Long Time”, gdzie słychać efekt docierania się Curta i Rolanda z młodszymi producentami. Wspominałem o bólach powstawania płyty – oprócz kwestii osobistych (wewnętrzne tarcia duetu, śmierć żony Rolanda), doszło sporo frustracji i demotywacji odnośnie kształtu i brzmienia płyty, która miała w śmiały sposób uwspółcześnić firmowy styl Tears For Fears, co nie zawsze pasowało samym jego twórcom.

W efekcie dostajemy album o dwóch obliczach: z jednej strony jest to doskonale znane nam terytorium duetu, który dał się poznać i pokochać za konkretne znaki szczególne swojej muzyki. Z drugiej, słychać upływ czasu i wolę bycia na bieżąco, wmieszania się w obowiązujące standardy. To żaden zarzut, wielu artystów robiło tak z sukcesem na przestrzeni dekad. Ta sztuka udaje się także Tearsom, którzy mieszają swoją barwną przeszłość z nowoczesnością do jednolitej postaci, wciągającej, przestrzennej i fascynującej podróży. Ten zespół nie stracił nic ze swojego wyczucia, talentu i fantazji; a jeśli ich doskonale znane głosy nieznacznie się obniżyły i zmatowiły, w mojej ocenie dodaje to tylko wiarygodności temu materiałowi. Zmarszczki i siwizna na obliczach Smitha i Orzabala jest bez skrępowania prezentowana na zdjęciach promocyjnych; nikogo nie oszukujemy, jesteśmy jacy jesteśmy, i nadal drzemie w nas ogień i głód muzyki. To najważniejsze.

The Tipping Point ma jeszcze jedną, istotną zaletę – to ponowny jupiter skierowany w stronę weteranów popu, którzy w ciągu ostatnich dwóch dekad byli bardziej nieuchwytni, niż w triumfalnych latach 80-tych. Dobrze wiemy, że moda nie odpuszcza i wszystko co ma cokolwiek wspólnego z latami 80-tymi (także 70- i 90-tymi) jest żywym złotem. Ta płyta to nie bilet powrotny do tamtej sławy, lecz odnalezienie się w innym świecie i udowodnienie, że twórczy duch, natchnienie i entuzjazm Tearsów nie opuszcza. To także dobra okazja do przypomnienia sobie ich dawnych zasług – nie tylko powszechnie znanych hitów, lecz ukrytych skarbów, takich jak „Listen” i „The Working Hour” z ich najważniejszego albumu, niedocenione „Advice for the Young at Heart” czy singiel-sierota „Laid So Low (Tears Roll Down)”; no i całego albumu Elemental (którego wartość doceniono długo po latach). Nigdy nie jest za późno, aby odkryć muzykę ponadczasową. Ona przetrwa i poczeka na swoją chwilę.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load