Recenzje

2022-03-09
Marillion - "An Hour Before It's Dark"
Aż 6 lat czekaliśmy na nowy album grupy Marillion. I oto dostaliśmy wspaniałe dzieło "An Hour Before It's Dark" nawiązujące poziomem do największych dokonań tego zespołu.
Wykonawca: Marillion
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2022

Nie pojmuję, jak ten czas leci. Tak niedawno ukazał się fantastyczny FEAR (F*** Everyone And Run), a już musimy mierzyć się z nowym albumem, An Hour Before It's Dark. Oczywiście, to ‘niedawno’ trwało sześć lat! W międzyczasie byliśmy uczestnikami drugiego Marillion Weekend w Łodzi, oraz świadkami kawalkady płyt koncertowych. Podobnie jak Pearl Jam, czy The Grateful Dead, Marillion specjalizuje się w wydawnictwach live, a ich fani w wyłapywaniu niuansów tej skwapliwej dokumentacji. Jest to tym cenniejsze, gdyż jak wiemy ostatnie dwa lata nie obfitowały w koncertowe wydarzenia na naszej planecie. A owe, gdy już nastają, są przecież zakorzenione w twórczości studyjnej, która jest podstawową, a ostatnio jedyną formą kontaktu artysty ze słuchaczem.

Tym bardziej, Hour jest albumem który cieszy pod każdym względem. Swoje początki ma w czasie, gdy FEAR był jeszcze ‘ciepły’, co widać po tematyce płyty i jej strukturze. Znów mamy do czynienia z mini-suitami, tym razem czterema, przedzielonymi ‘zwykłymi’ piosenkami. Już samo to stanowi o wspólnej przepustce na świat Hour i FEAR, zadowolenia zespołu z objętej drogi i chęci pójścia dalej. Tam, gdzie FEAR zachwycał monumentalnością, tam Hour wzrusza kruchością, osobistością i emocjonalnością. Chociaż ich rodowód jest bliski, ukazywały się one w odległych rzeczywistościach. Pod kątem treści łatwo je powiązać; aczkolwiek, Hour jest płytą boleśnie aktualną, która trafiła idealnie w datę premiery, co wzmacnia siłę jej przekazu i oddziaływania na czekające jej serca.

Narracja Hour także wychodzi z tego samego punktu, co FEAR. Świat jest nieprzewidywalnym miejscem, a zamieszkujący go człowiek dąży do samozagłady jako jednostka i gatunek. Owa godzina przed zmrokiem to nie tylko powrót do domu z placu zabaw, ale też ostatnie chwile radości z czegokolwiek w ogóle. Już FEAR rozrysowywał prorocze wizje apokalipsy (suita „The Leavers”?), a Hour tylko je pogłębia; tym razem, na bardziej osobistym poziomie. W głosie i słowach Steve’a Hogartha miesza się strach i zmęczenie, złowrogość i ból, płacz i żal; a silne emocje cechują nie tylko złożone kompozycje („Sierra Leone”, „Care”), ale też pojedyncze fragmenty – „The Blue Warm Air”, „More Than Treasure”. No i najpiękniejsze chwile i bezbłędne ciarki przy „Angels on Earth”.

Hour najsilniej wypada jako całość. Doskonałe „Murder Machines” zostało wyróżnione jako singiel, ale dopiero w swoim naturalnym kontekście ma szansę uderzyć pełną barwą istoty i znaczenia. Zgodnie z możliwą interpretacją okładki, Hour to okrągła, wielobarwna godzina, której nie powinniśmy rozmieniać na minuty. Nawet sposób w jaki zespół prezentuje swoją muzykę jest zgodny z tym podejściem – nie ma tu zbędnych popisów i prób wyskakiwania przed szereg, a tradycyjnie wzruszające solówki Rothery’ego i pełne zaangażowanie i melodramatyzm wokalny Hogartha służą jako elementy, a nie istota całości. To w ich domenie nic nowego – Marillion jaki znamy nie jest teatrem jednego aktora, lecz idealnie obliczonym i demokratycznie odmierzonym zespołem.

Jak zwykle w formach rocka progresywnego, tak i teraz Marillion konstruuje album do formy koncepcyjnej opowieści, malowniczej, wartkiej, idealnie ujętej i napisanej. To album silny i efektowny, dostrzegający światło w ciemności i chwile piękna i dobra w godzinie zła. Uwielbiam jego ciche fragmenty („The White Sand”), jak i pełne światło, z chórem i sekcją smyczkową („The Crow and the Nightingale”); patos zawsze był elementem ich muzyki, nawet jeśli był to patos intymny. Świat w ostatnich latach przechodzi nie lada próbę za próbą i wciąż nie wiemy, czy wyjdziemy z nich cało. Mam nadzieję, że gdy An Hour Before It's Dark zabrzmi na żywo, będzie to chwila radości i łez, szczęśliwego końca strachu i niepewności; w końcu, zabawa wcale nie musi kończyć się po zmroku.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load