Recenzje

2022-04-04
Red Hot Chili Peppers - "Unlimited Love"
Kolejny powrót do składu Red Hot Chili Peppers gitarzysty Johna Frusciante rozbudził apetyty sympatyków grupy. Płyta „Unlimited Love” jest pierwszym owocem współpracy grupy ze swym etatowym synem marnotrawnym.
Wykonawca: Red Hot Chili Peppers
Wytwórnia: Warner Music Polska
Rok wydania: 2022

Piszę w tym tonie nie bez powodu – John Frusciante jest w RHCP gitarzystą pożądanym najbardziej – zarówno przez sympatyków grupy, jak i przez samych jej członków. To z nim na pokładzie zespół święcił największe triumfy komercyjne (artystyczne już niekoniecznie). To z Johnem panowie nagrali swoje największe przeboje.  I to jego ponownie do współpracy ze łzami w oczach zaprosił w 2019 roku basista Flea (sam Fru też z tego tytułu uronił ponoć łzę). Ruch to jak najbardziej słuszny – już w recenzji „The Getaway” sprzed 6 lat pisałem, że RHCP powinni podziękować Joshowi Klinghofferowi za dotychczasową współpracę. Niedługo po rozmowie z Flea stary-nowy gitarzysta zaczął spotykać się z zespołem na wspólnym muzykowaniu. O tworzeniu nowych rzeczy jeszcze jednak nie było mowy. Panowie wzięli na warsztat nagrania m.in. The Kinks, Beach Boys, czy The New York Dolls. To pozwoliło im się wyluzować jeszcze bardziej, a jednocześnie – uruchomić wspólny czakram twórczej energii. Na stanowisko producenta (czy raczej duchowego kierunkowskazu muzycznego) wrócił także Rick Rubin. W efekcie powstało ponoć 50 utworów, z których 17 po dalszym opracowaniu trafiło na „Unlimited Love”. Nie pierwsza to sytuacja, kiedy Red Hot Chili Peppers są przesadnie płodni muzycznie (podwójne „Stadium Arcadium” z 2006 roku miało 28 numerów, a i klasyczne „Black Sugar Sex Magic” ‘waży’ czasowo podobnie do najnowszego dzieła). To oczywiście spowodowało, że płyta jest nie tylko za długa, ale i że selekcja grupy ponownie okazała się wadliwa. Początek nie jest taki zły – znane z singla „Black Summer” przyjemnie i po ‘redhotowemu’ letnio wdraża w całość. Przynosi też pierwsze gitarowe solo Frusciantego. Podobnie wypada „Here Ever After” z pochodem basowym Flea i wyjątkową formą wokalisty Anthony’ego Kiedisa, który zresztą na całej płycie brzmi nadzwyczaj sprawnie. I gdy już po kapitalnie funkująco-motownowym (te chórki w refrenach i te trąby pod koniec!) „Aquatic Mouth Dance” uszy robią się coraz bardziej pozytywnie zaskoczone, pojawia się mdły i kompletnie chybiony „Not The One”. Tak ordynarnie słabego nawiązania do twórczości The Beatles w dorobku Red Hot Chili Peppers nie pamiętam. Z kolei wyliczankowy „Poster Child” brzmi bardziej jak utwór… naszych rodzimych Blenders.  Obie te kompozycje mogliśmy już poznać wcześniej z singli i mogły one poddać pod wątpliwość jakość 12 studyjnej płyty RHCP. Dalej atmosfera na „Unlimited Love” kompletnie siada. Najpierw rozpaczliwy „The Great Apes”, a zaraz potem rozmyty „It’s Only Natural”, który brzmi jakby do sekcji rytmicznej doklejono niewłaściwie partie Frusciantego (zarówno gitary, jak i wokalu w chórkach). Do spółki z przesadnie zwyczajnym „She’s A Lover” (tym razem chórki wręcz odrzucają) powodują, że jest się o krok od zaprzestania obcowania z dalszą zawartością płyty. Wtedy pojawia się jednak żwawy (mimo skacowanych zwrotek) „These Are The Ways” z dużo mocniejszym riffem i gęstszymi partiami sekcji rytmicznej. Natomiast „Whatcu Thinkin’” naprawdę można sobie darować. Mimo drobnych urozmaiceń perkusjonalnych, nie wnosi absolutnie nic do całości. „11 Bastards Of Light” otwiera partia syntezatora (za którą odpowiada zdaje się rozmiłowany w elektronice Frusciante), która i tak średnio tam pasuje, bo i bez tego utwór jest wystarczająco nijaki. Zaś „White Braids & Pillow Chairs” można potraktować jako przedsmak twórczości RHCP, będących w wieku mocno emerytalnym… Co ciekawe – ponownej werwy panowie nabierają w „One Way Ticket” (refren ‘ejo-ejo’ nawiązuje niezgrabnie do „Snow (Hey Oh)” ze „Stadium Arcadium”). Ozdobą jest tu basowe solo Flea pod koniec utworu. Przesłodzoną i dziwnie przedzieloną w połowie „Veronicę” również polecam sobie darować. Podobnie byłoby z „Let’Em Cry”, który choć zaczyna się obiecująco, pada ofiarą rozcieńczenia za sprawą zwrotek Kiedisa. Utwór ratują jednak delikatne brzmienia organów, trąbki i udane solo gitarowe Frusciantego. Natomiast „The Heavy Wing” to numer, który z „Unlimited Love” warto zapamiętać – zgrabny, nieco rozmarzony, niewymuszony i po prostu najlepiej wyrażający idealną sytuację w bieżących szeregach RHCP. Frusciante pokusił się tu o wokal w refrenie, ale i o świetną partię na gitarze, a także najlepszą solówkę na całej płycie. To utwór najlepiej oddający sens jego powrotu do macierzystej formacji. Kończący album smutno-tęskny „Tangelo” brzmi jak pieśń z nieczynnego prosektorium.

Myślę, że powrót Johna Frusciante na łono Red Hot Chili Peppers będzie można docenić dopiero na kolejnej płycie (o ile taka powstanie). Na razie trzeba się pogodzić się z tym, że zespół jest zdaje się wciąż jest na etapie (kolejnego) miesiąca miodowego po tej zmianie. Efektem jest płyta, na której panowie aż za bardzo cieszą się ze wspólnego grania, bo zabrakło im precyzji przy destylacji pomysłów, które ostatecznie trafiły na „Unlimited Love”.


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load