Recenzje

2017-05-09
Mark Lanegan Band - "Gargoyle"
Mark Lanegan uraczył nas nowym albumem studyjnym, który zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Mark Lanegan Band
Wytwórnia: PIAS
Rok wydania: 2017

Niepostrzeżenie mijają trzy lata od kiedy Mark Lanegan uraczył nas doskonałym „Phantom Radio”. Niedaleko wcześniej otrzymaliśmy tak wspaniałe albumy jak „Blues Funeral”, „Black Pudding”, oraz „Imitations”, które osobiście uważam za najważniejsze osiągnięcie artystyczne mrocznego Marka. Poprzeczka przed nowym albumem zawisła zatem bardzo wysoko i nie bez powodu sympatycy upiornego głosu Lanegana oczekiwali prawdziwej bomby. Pilotujący nowy album utwór „Nocturne” wypadł niezwykle efektownie i tym samym apetyty przed pełną płytą sięgnęły zenitu. Jaki zatem jest „Gargoyle” i czym zaskoczył nas tym razem ów małomówny stoik z wytatuowanymi dłońmi?

„Gargoyle” to prawdopodobnie najbardziej dynamiczna płyta Marka w jego dorobku solowym. To rzecz, jaka pod kątem brudu i dynamiki powinna stanąć tuż obok tych, które zaśpiewał w Screaming Trees, Soulsavers oraz The Gutter Twins. Ostatnio Mark parał się przede wszystkim chwytającymi za serce balladami, na co niewątpliwie miał wpływ jego stały współpracownik, Duke Garwood. Ale już na „Phantom Radio” dał nam do zrozumienia, że w jego duszy pływa zarówno krwawiąca serenada, jak i buchający czadem alternatywny blues. To wszystko triumfuje na „Gargoyle”, który oczarowuje głodną krwi sekcją rytmiczną, oraz pełną paletą organicznych melodii i komputerowej scenografii.

Za instrumenty i bit-maszyny odpowiadają Alain Johannes i Robert Marshall; także oni są tu obok Lanegana głównymi songwriterami i producentami płyty. Obok nich cała gama krewnych i znajomych Marka – m.in. Greg Dulli, Josh Homme, Jack Irons, Martyn LeNoble oraz wspomniany Duke Garwood. Razem stworzyli oni płytę niefrasobliwą, niełatwą do przeniknięcia oraz niemożliwą do przesłuchania „na raz”. To zbiór fantastycznych piosenek, ukierunkowanych na brudny blues-rock, chłodne, elektroniczne transmisje, jak i tradycyjne Markowe bajanie (jak choćby „Goodbye to Beauty”). Nasz ponury bohater pokazuje nam jak wiele potrafi i jak niesłusznym jest skazywanie go na szufladę.

Ale jest też słabsza strona tego medalu. Płyta „Gargoyle” należy do tych długogrających krążków, które będąc niezwykle silnym rozdaniem piosenek, nie do końca zdają egzamin jako album. Przypomina mi on „Has God Seen My Shadow?” lub „Here Comes That Weird Chill”, czyli zbiory kawałków powstałe w różnych okresach i stanach skupienia duszy Lanegana. Pod tym właśnie kątem „Phantom Radio” wypadało znacznie lepiej; piosenki były też bardziej płynne i „dopracowane”. „Gargoyle” jest rzeczą surowszą, upapraną smarem, pozadzieraną, rzemieślniczą. Jest wybornym fragmentem dorobku enigmatycznego artysty – ale nigdy nie będzie jego jednoznaczną wizytówką. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load