Recenzje

2016-02-02
Jesu/Sun Kil Moon - "Jesu/Sun Kil Moon"
Ta kolaboracja była zapowiadana już w pierwszej połowie ubiegłego roku. I na pierwszy rzut oka – było artystyczne zderzenie godne uwagi. Tymczasem wspólny album Marka Kozelka i Justina Broadricka zupełnie nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań.
Wykonawca: Jesu/Sun Kil Moon
Wytwórnia: Rough Trade / Sonic Records
Rok wydania: 2016

Nie wiem, kto tu bardziej zawinił. Czy smętliwy, łkający Kozelek, wywalający z siebie retrospektywne teksty, czy Broadrick, który nie umie się zdecydować między shoegaze’owymi gitarami, a minimalistyczną elektroniką. W całość wprowadza powolne, monotonne wręcz „Good Morning My Love”. Minimalnie lepiej prezentuje się „Carondelet”, w którym i riff mocniejszy, i Kozelek nawet stara się śpiewać. Ten dublet psuje „A Song Of Shadows”, gdzie warstwa muzyczna brzmi jakby była zrobiona od niechcenia, a nad nią zawieszono konwulsyjny głos Marka. W triphopowym „Last Night I Rocked The Room Like Elvis And Had Them Laughing Like Richard Pryor” po raz pierwszy muzyka mniej męczy (choć przyciskany co chwilę przestrojony syntezator nieco irytuje). Na tym tle delikatny, folkowy „Fragile” to właściwie rodzynek. Skromny akompaniament Kozelka na gitarze do spółki z przytoczonym fragmentem tekstu „Onward”, napisanym przez zmarłego w ubiegłym roku Chrisa Squire’a z Yes, wypada ujmująco. Kolejna elektroniczna próba to „Father’s Day” z gościnnym udziałem Rachel Goswell ze Slowdive, która swoim delikatnym głosem nienachalnie uzupełnia warstwę wokalną. W całości jednak nie powala. Z kolei „Sally” brzmi trochę jak odrzut z płyt Sonic Youth. Pojawia się jednak konkretniejszy rytm i dużo większe zwarcie, niż w we wcześniejszych utworach. „America's Most Wanted Mark Kozelek And John Dillinger” ponownie psuje odbiór męczącymi przestrojonymi gitarami i coraz bardziej irytującym głosem Kozelka. Końcówka albumu na szczęście już minimalnie i przytulnie puentuje całość pod postacią delikatnego „Exodus” i zapętlonego soundscape’a „Beautiful You”.

Przez cały czas słuchania „Jesu/Sun Kil Moon” miałem podobne odczucia, jak przy odbiorze „Lulu” Metalliki i Lou Reeda. Niby chcieli stworzyć coś razem, a w ostatecznym rachunku wyszła rzecz właściwie niepotrzebna.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load