Recenzje

2016-02-11
Rihanna - "Anti"
Ósmy album Rihanny zaskakuje minimalizmem w ramach którego głos wokalistki został wyeksponowany do maksimum.
Wykonawca: Rihanna
Wytwórnia: Sony Music
Rok wydania: 2016

Od wydania poprzedniej płyty „Unapologetic” minęły 4 lata. W tym czasie artystka brylowała głównie na łamach prasy bulwarowej i w mediach społecznościowych. „Anti” ukazało się dość niespodziewanie – bez wielkiej pompy, za to z nieskrywanym napięciem wśród jej fanów. Początek wjeżdża na ciężkim oszczędnym bicie, a Rihanna i SZA zaczynają płynąć wokalnie. „James Joint” to interludium, mające posmak (czy raczej posłuch) ciepłego r&b. Po nim natomiast pojawia się kołysankowo-cykająca ballada „Kiss It Better” z całkiem przyjemną dla ucha partią gitary. Singlowy „Work” z udziałem Drake’a, to właściwie pewniak na mainstreamowe listy przebojów. Gość jak zwykle dość charakterystycznie zaznaczył swoją obecność. Ciężki podkład mrocznego r&b w „Desperado” uzupełnia klimat. Połamany „Woo”, którego współautorem jest The Weeknd, zaburza nieco atmosferę, zaś wulgarny i przesycony seksem „Needed Me” to właściwie taka Rihanna jakiej wszyscy się spodziewamy. Z kolei delikatny „Yeah I Said It” z bitem Timbalanda, to jeden z największych „atmosferyków” na płycie. Zaś cover Tame Impala "Same Ol' Mistakes" tu wypada zarówno nastrojowo, jak i hiphopowo. „Never Ending” z cytatem z Dido mocno przypomina twórczość brytyjskiej wokalistki. Zresztą „brytyjsko” brzmi także "Love On The Brain". Wykręcone smyki w „Higher” psuje natomiast rozpaczliwie-histeryczny głos Rihanny. Płytę wieńczy fortepianowa ballada „Close To Me” z bodaj najlepszą i najbardziej nastrojową partią wokalistki na całej płycie.

„Anti” zaskakuje oszczędnością środków. Po tych 4 latach z jednej strony można było spodziewać się muzycznego Bizancjum, a z drugiej taka ostudzona (muzycznie) Rihanna robi całkiem intrygujące wrażenie.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load