Recenzje

2013-07-08
Blackfield - "Blackfield IV"
Pierwsza płyta Blackfield, na której Steven Wilson wystąpił jako gość.
Wykonawca: Blackfield
Wytwórnia: K-scope Music / Rockserwis
Rok wydania: 2013

W lutym tego roku ukazał się pierwszy, solowy album Stevena Wilsona. Aby skupić się na powstawaniu tego dzieła oraz jego promocji muzyk zawiesił działalność Porcupine Tree oraz zmniejszył swoją aktywność w pracy nad nową płytą Blackfield. Jak wytłumaczył to w jednym z wywiadów, nie miał czasu na działanie w tylu projektach. Dlatego też, jedynym kompozytorem piosenek na "Blackfield IV" jest Aviv Geffen, zaś Wilson nagrał partie gitar, zaśpiewał w kilku numerach i zajął się masteringiem albumu. Nie umniejszyło to jednak wartości tej płyty. Geffen jest znakomitym kompozytorem, co udowodnił już na poprzednich trzech płytach, umiejętności Wilsona jako gitarzysty chyba nikt nie podważy, a dodatkowym atutem "Blackfield IV" jest gościnny udział trzech wokalistów. Jeden z nich jest bardzo zaskakujący.

"Blackfield IV" nie przyniesie zaskoczeń jeśli chodzi o stylistykę i brzmienie. Ci, którzy polubili Blackfield za poprzednie trzy albumy nie zawiodą się tym krążkiem. Tu nie ma rewolucji. No, może poza zamykającym płytę, krótkim "After The Rain", zbudowanym na drum'n'bassowym podkładzie. Można natomiast z całym przekonaniem stwierdzić, że jest to najbardziej optymistyczna i pogodna płyta Blackfield. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jest to najbardziej popowy album tego wykonawcy, a kilka utworów z tego krążka z powodzeniem mogłoby się znaleźć na playlistach komercyjnych stacji radiowych. Choć, rzecz jasna, są tu momenty, gdy robi się głośno i rockowo (otwierający płytę "Pills" utrzymany w stylistyce Porcupine Tree oraz "Kissed By The Devil" przywodzący na myśl skojarzenia z The Beatles).

Geffen po raz kolejny udowadnia, że ma umiejętność pisania chwytliwych, acz niebanalnych melodii oraz doboru odpowiednich współpracowników. I tu wracamy do wspomnianych już gości. Kto by się spodziewał bowiem, że w "Firefly" usłyszymy Bretta Andersona ze Suede? Gdy posłuchacie tego utworu zaskoczenie minie. Ta piosenka z powodzeniem mogłaby trafić na jeden z późniejszych krążków jego macierzystej formacji. Dwaj pozostali to: Vincent Cavanagh z Anathemy w trwającej dwie i pół minuty balladzie "X-ray". I znowu: utwór brzmi jak wycięty z jednej z płyt Anathemy. No i ostatni z gości: Jonathan Donahue z Mercury Rev w pięknym, akustycznym "The Only Fool Is Me".


Wartość tej płyty polega także na tym, że można jej z powodzeniem słuchać gotując obiad, sprzątając mieszkanie, jadąc samochodem czy delektując się nią przed snem w ciemnym pokoju. Album na niemal każdą okazję. I najbardziej dojrzałe dzieło powstałe pod szyldem Blackfield.

Autor: Grzegorz Szklarek


End of content

No more pages to load