Wywiady

J.D. Overdrive

2021-05-25

Grupa J.D. Overdrive wydała swój piąty długogrający album, którym po blisko 15 latach działalności żegna się ze słuchaczami. "Funeral Celebration” to kwintesencja brzmienia grupy i jak najbardziej godne pożegnanie. W związku z tym wokalista Wojciech ‘Suseł’ Kałuża i gitarzysta Michał ‘Stempel’ Stemplowski dali się namówić na przekrojową rozmowę o działalności zespołu, sięgając początków jego istnienia, aż po czas bieżący. Poniżej jej zapis.

Rozmowa z: Wojciech Kałuża / Michał Stemplowski

MM: Zanim przejdziemy do kwestii bieżąco-pożegnalnych, chciałbym, byśmy cofnęli o te prawie 15 lat. Czy pamiętacie jaka główna idea przyświecała Wam przy zakładaniu Jack Daniels Overdrive, pomijając oczywiście tradycyjny "zryw młodości"?

MS: Tu nie było żadnej idei. Po prostu - zostałem wykopany z zespołu, w którym wtedy grałem, a nie wyobrażałem sobie, że nagle przestanę grać. Trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce, więc to zrobiłem.

MM: Stylistyka muzyczna była już w tamtym bandzie ustalona, czy J.D Overdrive było pod tym względem nowym otwarciem?

WK: Ja odnalazłem chłopaków przez ogłoszenie na rockmetal.pl. W ten sposób zdobyłem również angaż w moim pierwszym zespole ever, w którym udzielałem się jeszcze za czasów studiów, więc po przeprowadzce do Katowic stwierdziłem, że poszukam nowego składu sprawdzonym sposobem. Z początku nie było jasne w którą stronę pójdziemy razem muzycznie, ale po usłyszeniu pierwszych riffów zapaliła mi się w głowie lampka "Black Label Society, Spiritual Beggars, Down i pochodne" i zacząłem przekonywać chłopaków, że taki kierunek może być dla nas właściwy. Reszta jest historią, z lepszymi i gorszymi momentami (śmiech).

MS: Przed dołączeniem Wojtka koncept nie był jasny. Z jednej strony fascynowała mnie wówczas Coma, z drugiej byłem fanem Dream Theater, a z trzeciej wpadła mi w łapy płyta „Ad Astra” zespołu Spiritual Beggars. BLS i Pantera też często gościły na moich playlistach. I to właśnie Suseł popchnął mnie w stronę, którą JDO podążyło.

MM: Już zdaje się rok później ukazała ep-ka "Pure Concentrated Evil" w dość niewielkim nakładzie?

WK: To było chyba 200 egzemplarzy, jeśli dobrze pamiętam. W dodatku wydane w 100% własnym sumptem. Płyty były wypalane na nagrywarce Stempla, mój kumpel po taniości wydrukował nam wkładki i okładki, a my kupiliśmy dwieście jewel case'ów i we dwójkę ze Stemplem działaliśmy jak mała fabryka (śmiech).

MM: A na pełnowymiarowy debiut przyszło czekać chyba kolejne dwa lata. Wiem, że nie darzycie "Sex, Whiskey & Southern Blood" wielką estymą, ale jednak włożyliście sporo wysiłku w jego realizację.

MS: Z perspektywy czasu wydaje mi się, że więcej przy tej płycie było młodzieńczego zapału, niż faktycznej pracy. OK, nagrywki trwały rok, z tym że to była kwestia naszego podejścia, a nie godzin spędzonych w studiu. Dopiero kolejne albumy pokazywały nam, że pracy trzeba włożyć jeszcze więcej. I chyba teraz, przy "Funeral Celebration" nabraliśmy na tyle doświadczenia, że sesja nagraniowa była formalnością.

WK: Faktycznie debiut to był przede wszystkim młodzieżowy zryw. I o ile po latach nie darzę tego albumu zbytnią sympatią, nie nazwałbym go też najgorszą rzeczą na świecie, a po prostu płytą nagraną przez ludzi, którzy myśleli, że potrafią więcej i lepiej, niż w rzeczywistości potrafili (śmiech). Mam wrażenie, że kilka pomysłów na tym albumie zwyczajnie nas przerosło i jak mówi Stempel, w przyszłości podchodziliśmy do naszej twórczości z o wiele większą ostrożnością, ale też i sumiennością.

MM: A potem zaczęła się jazda już w pełnym tego słowa znaczeniu. Mówicie, że "Fortune  Favors The Brave" brzmi dla Was trochę zbyt kwadratowo, a moim zdaniem tą płytą niejako zaczęliście ugruntowywać swoją pozycję na scenie stonerowej.

WK: "Fortune..." dla mnie to taki trochę album przejściowy, na którym PRAWIE udało nam się ukształtować nasz własny styl. Faktycznie, było tu kilka kwadratowych momentów i teraz na pewno parę numerów nagralibyśmy inaczej, ale też na tej płycie pojawiły się zaczątki tego, co w pełni udało nam się rozwinąć na kolejnym wydawnictwie. I co dla mnie najważniejsze - na "Fortune..." pojawił się pewien mrok, którego mam wrażenie wcześniej u nas brakowało. I choćby za to wspominam tę płytę o wiele cieplej.

MM: Słusznie zauważyłeś Wojtku, że to, co na Waszej drugiej płycie było zalążkiem, na "The Kindest Of Deaths" zostało rozwinięte w pełni. Dla mnie trzeci album to Wasza kwintesencja i jednocześnie Wasz najcięższy album.

MS: Kiedy pisałem muzykę na "The Kindest Of Deaths", większość składała się na tę mroczniejszą stronę naszej twórczości. Mając gotową płytę w ręku pierwszy raz w życiu, poczułem że zrobiłem coś, co jest spójne. Ok, na pewno można było tę płytę nagrać lepiej. Jak do niej wracam, to znajduję tam sporo rys, ale finalnie nie zmienia to tego, co powiedziałem wyżej. Niemniej to "Wendigo" na ten moment jest moim ulubionym albumem.

WK: Zawsze imponowało mi, kiedy zespoły na kolejnych płytach szły w cięższe klimaty, zamiast podążać wydeptanym szlakiem, gdzie z każdym albumem tego ciężaru ubywa. I do dziś mam wrażenie, że na tej płycie nie braliśmy jeńców. Jednocześnie "The Kindest..." kompozycyjnie zabrał nas w rejony, których wcześniej nie mieliśmy odwagi eksplorować. To z kolei zostało jeszcze bardziej rozwinięte na "Wendigo", gdzie już faktycznie wkradło się więcej powietrza i melodii. Ciężko mi wskazać, który z tych albumów lubię bardziej, bo na każdym, w tym również najnowszym, znajduję rzeczy, z których jestem cholernie dumny. I myślę, że od "The Kindest..." udawało nam się utrzymywać całkiem równy poziom.


MM: Na "Wendigo" ten ciężar rozłożył się też na inne czynniki - większą przebojowość, czyściej brzmiące wokale.

WK: Bo i mieliśmy większy komfort pracy. Kiedy już w miarę ogarnęliśmy, co chcemy grać, a zajęło nam to zaledwie trzy płyty, to reszta już poszła z górki (śmiech).

MS: To był też chyba moment, w którym przestaliśmy się przejmować jakimikolwiek szufladkami, czy klasyfikacjami. Po prostu zaczęliśmy grać to, co nam się podoba i z czego mamy największy fun.

MM: A jak dziś traktujecie split "Rusted Into Oblivion” wydany razem z Palm Desert? Jako eksperyment, pewną odskocznię, czy po prostu kolejne wydawnictwo?

MS: Od początku ten album miał być swego rodzaju eksperymentem. Znalazły się na nim numery, które dobrze nam się grało, ale które nie pasowały nam ani do kolejnej, ani do poprzedniej płyty. A że z ekipą Palmów znamy i lubimy się od lat, tak postanowiliśmy wykorzystać te okoliczności przyrody.

WK: Ja bardzo lubię ideę splitów. Kojarzy mi się to z takim pozytywnym, scenowym kumplostwem, chociaż ciężko o nas mówić, że należeliśmy do jakiejś konkretnej sceny. Niemniej super, że fani Palm Desert mogli poznać nasza muzykę a nasi - Palm Desert. No i okładka Maćka Kamudy do tego splita to absolutne złoto.

MM: To prawda - okładka należy do najlepszych, spośród Waszych płyt. Podobnie jest zresztą w przypadku najnowszej "Funeral Celebration", która nie wiem czemu, ale skojarzyła mi się z imprezą pod pokładem statku pirackiego.

WK: Może i tak być, czemu nie? Maciek dostał od nas tylko tytuł płyty i stwierdził, że ma już na to gotowy koncept. Klepnęliśmy pierwszy szkic, który nam przysłał. Miał być pogrzeb i jednocześnie miała być impreza  - wszystko jest na swoim miejscu.

MM: No właśnie - ten tytułowy pogrzeb chyba swą najmroczniejszą stronę reprezentuje na okładce i w tekstach. Muzycznie natomiast mam wrażenie, że przyjęliście założenie: nagrajmy taką płytę, żeby słuchacze żałowali, że to ostatnia

WK: Jeśli tak to wyszło, to zupełnie przypadkiem. Dla nas to było po prostu "nagrajmy kolejną płytę". O tym, że będzie nasza ostatnią, zadecydowaliśmy dopiero później, co przełożyło się głównie na teksty i szatę graficzną. Muzycznie jednak niewiele ta decyzja zmieniła. Mam wrażenie, że do końca pozostaliśmy po prostu sobą.

MS: Dokładnie! Kiedy podjęliśmy decyzję o tym, że będzie to nasz ostatni album, to większość materiału była już gotowa. Po prostu do końca pozostaliśmy tacy, jakimi nas te wspólne (blisko) 15 lat ukształtowało.

MM: I daliście z siebie to, co najlepsze. Obok "On Corpses Of Giants", czy "Electric Pandemonium" są też świetnie bujające "Die Trying", czy "Old Dog, Old Tricks". A skąd wziął się pomysł, by wziąć ponownie na warsztat "Come Full Circle" z "Pure Concentrated Evil"?

WK: Stempel nam kazał (śmiech)

MS: Hahaha, faktycznie - ponowne nagranie "Come Full Circle", to był mój pomysł. Po pierwsze - sam tytuł doskonale "spina" całą naszą "karierę" (był on pierwszym numerem napisanym z myślą o JDO), a po drugie - po prostu bardzo lubię ten numer i chciałem go mieć w zdecydowanie lepszej jakości. Ot, takie moje guilty pleasure. No i chyba nie napisałem nigdy lepszej solówki, niż ta w "Come Full..." (śmiech).

WK: Muszę przyznać, że z początku nie byłem zachwycony tym pomysłem, bo jednak "Come Full Circle" wyróżnia się trochę na tle reszty materiału, ale jednak finalny rezultat okazał się bardzo sympatyczny. No i symboliczne zatoczenie koła jest to dość znamienne.

MM: Do tego z okazji premiery płyty, wypuściliście kolejne, własne piwo. Czy jego produkcja i dystrybucja będzie równie ograniczona, co "The Kindest Of Ales"?

MS: W przypadku piwa kraftowego, jakim jest "Chupacabra Cmentarna”, zawsze można mówić o ograniczeniach w produkcji i dystrybucji na tle wypustów koncernowych. Z drugiej zaś strony - na rynek trafiło ok. 4000 litrów piwa, co daje wynik nieco wyższy od "The Kindest of Ales”, czyli całkiem sporo dla standardów kraftowych.

MM: Tytułem puenty - pytanie trochę na wyrost, bo jesteście jeszcze przed koncertami: Nie żałujecie, że tak się to kończy?

WK: Myślę, że powiedzieliśmy wszystko, co w tej muzyce mieliśmy do powiedzenia i kończymy na względnie wysokim poziomie zamiast na dnie, w dodatku całkowicie na naszych warunkach. Nie wyobrażam sobie, żeby można było lepiej zakończyć żywot zespołu (śmiech).

MS: Jasne, moglibyśmy to ciągnąć dalej. Co prawda wiązałoby się to z koniecznością znalezienia nowego perkusisty, bo nasz niebawem zmienia miejsce zamieszkania, ale to wszystko jest do ogarnięcia. Przecież składy kapel zmieniają się nie od dzisiaj, a muzyków chętnych do gry mamy wielu. Tylko co z tego? Nigdy nie zrobiliśmy kariery przez duże "K", więc zdecydowanie lepiej powiedzieć "wystarczy" na swoich zasadach i pożegnać się w ten sposób, niż odgrzewać kotlety, które mało kogo mogą interesować.

MM: Dziekuję za rozmowę. 

Foto: Marcin Pawłowski


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load