Wywiady

Mery Spolsky

2021-06-29

Na scenie energetyczna i pełna werwy. Poza nią także, ale nie tylko. Mery Spolsky spełniła swoje marzenie i napisała książkę. „Jestem Marysia i Chyba Się Zabiję Dzisiaj” to szczególna opowieść o pełnej wątpliwości dziewczynie w różnych stadiach emocjonalnych. O tym, co tak naprawdę kryje ta książka, autorka opowiedziała mi osobiście.

Rozmowa z: Mery Spolsky

MM: Piszesz pamiętnik albo dziennik?

MS: Pisałam. Bardzo dużo. Potem przestałam ponieważ wkurzało mnie to, że jestem niekonsekwentna. Na przykład opisałam jeden miesiąc, ale kolejnego już nie. I tak to zwykle wyglądało: pierwsze dni opisywałam niezwykle szczegółowo, a kolejne już mniej, albo wcale. Oczywiście to były pamiętniki z czasów podstawówki, które miały być genialne i szczegółowe (śmiech). Denerwowało mnie jednak to, że jest tam tyle luk. Dlatego skończyłam z pisaniem pamiętników. Mam je jednak wszystkie na strychu (śmiech).

MM: Pytam, bo ta książka wydaje mi się jakimś odpryskiem właśnie z pamiętnika.

MS: W książce treść zdecydowanie dotyczy czasów bieżących, więc pisana była okiem teraźniejszym, ale z głową tej dziewczynki, która pisała pamiętniki w podstawówce, bowiem są w niej myśli, refleksje, które mogłabym mieć, będąc dzieckiem. Wtedy przecież najbardziej patrzy się na relacje z rodzicami, zwraca się uwagę na przyjemności, które cię spotkały, jak na przykład kupno lodów (śmiech). Z perspektywy wydają się małymi głupotami, ale wtedy były bardzo ważne. Więc trochę ta książka jest takim pamiętnikiem.

MM: A można ubrać tę treść w jakieś ramy czasowe?

MS: Tak, pod takim względem, że to, co opisuję w książce, dzieje się na przestrzeni całego życia, aczkolwiek zostaje spisane w roku 2020, więc jest to przekazane przez pryzmat tego roku. Uważny czytelnik dostrzeże, że są tam także odniesienia do sytuacji społecznych, czy politycznych z tego okresu. Dlatego też zależało mi na tym, by książka ukazała się teraz. To nie czekało na swój czas, tylko zostało wydane „tu i teraz”, czyli tak samo, jak było pisane.

MM: Czy to są zatem w jakimś stopniu wspomnienia z pandemii?

MS: Trochę tak, ale celowo nie chciałam tego tematu poruszać. W rozdziale „Neonowe Marzenia” piszę, że pandemia wszystkim nam zabrała jakieś marzenia, zgasiła ten neon. Ale całość zaczęłam pisać jeszcze przed pandemią, więc nie są to tylko zapisy z tego okresu. Czas pandemii pozwolił mi to wszystko zebrać, ale też narobił mi w głowie sporo czarnych myśli. To nie był dla nikogo łatwy okres, nawet dla osób, które miały łatwo. Ja miałam szczęście, bo nie zachorowałam i moi bliscy również się ustrzegli.

MM: Chciałabym tą książką zainspirować Was do robienia rzeczy po swojemu i odczuwania szalonej radości z życia wbrew temu, co mówi tytuł. A mnie się wydaje, że to jest trochę jak zapis terapii.

MS: Trochę tak było. Mam świadomość, że można się wybrać do takiego miejsca i nawet spróbowałam, o czym piszę zresztą w jednym z rozdziałów. Ale czuję, że to nie jest obecnie dla mnie, więc to, co mi pomaga najbardziej, to wypluwanie myśli na papier lub na elektroniczną białą kartkę. Wtedy czuję się wyzwolona, że podzieliłam się czymś skrytym, czasem nawet wstydliwym, a ta świadomość, że ktoś mógłby to przeczytać i odnieść się do tego, jest bardzo terapeutyczna. To buduję taką solidarność, że kompleksy i czarne myśli nie siedzą tylko w jednej z głów.

MM: Wydaje mi się, że tej książki nie należy odbierać w pełni autobiograficznie, ponieważ wyziera z niej obraz mocno zakompleksionej dziewczyny, która cały czas czuje się obserwowana, a jednocześnie oceniana.

MS: Tak, ale takie myśli czasem miewam w mojej głowie, co wydaje mi się turbo ciekawe. Jak to jest, że nasza natura jest tak stworzona, że jednego dnia możemy być władcami świata, ekstrawertyczni i pełni życia, by następnego bać się własnego cienia… Skąd w nas takie skrajności? Fascynuje mnie to i zadziwia jednocześnie.

MM: Zdarzają Ci się nadal takie myśli?

MS: Oczywiście i mam wrażenie, że będą się zdarzały do końca życia i jest zupełnie niezależne od tego, co się w nim dzieje. Mogę osiągnąć w moim mniemaniu jakiś sukces życiowy, a i tak następnego dnia czuć się beznadziejna. Nie chcę przez to powiedzieć, że tak wygląda moje codzienne życie, ale raczej jak bardzo zaskakujący i temperamenty jest ten stan w mojej głowie. Myślę, że wiele osób tak może mieć, zwłaszcza kobiet.

MM: Czy rozdział zatytułowany "Metro" to odpowiedź na "Następną Stację" Taco Hemingwaya?

MS: (śmiech) Trochę tak. Bardzo lubię ten utwór i ten patent z wyciętym samplem z metra, ale też odpowiedź na to, że lubię obserwować. Komunikacja miejska, czy siedzenie i obcowanie z ludźmi, którzy są w swojej codzienności i w swoich obowiązkach, jest bardzo intrygujące, bo czuję, że wchodzę im trochę do głowy i patrzę, co się w nich dzieje. Ludzie nie lubią sobie za bardzo patrzeć w oczy w takich sytuacjach. I o tym też jest ten rozdział. Zapominamy o tym, by docenić tego człowieka, który jest obok nas, uśmiechnąć się do niego. Ludzie się tego trochę boją. Wolą być w swoim świecie.

MM: Ale kilkanaście stron dalej przyznajesz, że poruszasz się wszędzie głównie samochodem, więc jak to się ma do siebie?

MS: Poruszam się samochodem i komunikacją miejską, bo mieszkam w takim miejscu, że jest to nieuniknione, by podjechać sobie metrem w różne miejsca. Natomiast samochód to moja zmora, więc chciałam też o nim trochę popisać.


MM: "Dead To Me" to Twój ulubiony serial ever?

MS: Nie, właśnie w rozdziale “Moi Przyjaciele z Netflixa” opisuję to, że bywają takie seriale, które cię wciągną i wręcz czujesz się przyjacielem bohatera lub bohaterów. Ale są też takie, które cię po prostu tak omamią, że potem jesteś tylko zdenerwowany, że dałeś swój czas, żeby się zaangażować. „Death To Me” właśnie miało dla mnie taki wydźwięk. Był przyjemny, rozrywkowy, a pod koniec poczułam się tak zrobiona w balona, że pożegnałam się z Jen i Judy.

MM: A czy masz zatem swój ulubiony serial?

MS: Tak, „The End of the F***ing World”. Lubię go pod kątem fabularnym i pod względem postaci. Do tego kwestie wizualne, które bardzo mi odpowiadają.

MM: Natomiast rozdział "Syreni Śpiew" wygląda trochę jak opis ataku paniki.

MS: „Syreni Śpiew” to domena ludzi, którzy są troszkę introwertykami, więc w miejscu, w którym jest dużo bodźców, oczu, które patrzą i muzyki, czują się właśnie, jakby mieli zawyć niczym syrena i przedrzeć się wszystkim ludziom do trzewi. Myślę, że w takich miejscach ciężko o spokój ducha.

MM: Wspomniałaś wcześniej o rozdziale „Neonowe Marzenia”. Wydaje mi się, że odpowiedzią na niego są „Testy”, czyli utwór Sariusa, w którym gościnnie zaśpiewałaś, a zwłaszcza teledysk, który do niego powstał.

MS: Dla mnie to jest niezwykle zaskakujące, że Sarius wszedł w taki abstrakcyjny świat. Zawsze kojarzył mi z wizerunkiem groźnym, wręcz wikingowym. A tutaj w kolorowych strojach wykonujemy ćwiczenia, które nadają się na kasety z treningami (śmiech). Dużo kalorii spaliliśmy na planie. Utwór jest też także o tym, że wszyscy mamy różne niepowodzenia i trzeba się z nimi jakoś pogodzić.

MM: To jest wszystko, co napisałaś z myślą o tej książce, czy coś nie poszło do druku?

MS: Nie poszło do druku chyba z 15 rozdziałów, ale zostały one wykluczone moją drogą eliminacji. Miałam też chęć podpytać znajomych, które teksty im się najbardziej podobają i które rozdziały powinny się w niej znaleźć. Myślę, że taka sonda, to fajny pomysł. Zresztą moi znajomi również wzbogacili tę książkę, bo w rozdziale „W Walentynki Wali Mi Serce” każdy z nich napisał ręcznie fragment. Mam nadzieję, że ludzie to rozczytają (śmiech).

MM: Przez całą książkę przedziera się boleśnie tęsknota za Twoją Mamą…

MS: Czułam potrzebę, by zawrzeć w tej książce, że często pod wesołą energią, uśmiechem, otwarciem do ludzi, kryje się ta jedna myśl – wspomnienie z przeszłości, które jest w stanie tę życiową radość zrujnować. W moim przypadku jest to gigantyczna tęsknota za Mamą, ale jest to jednocześnie coś, co wywołuje we mnie chęć tworzenia. Kiedy czuję, że bardzo mi jej brakuje, zamiast dawać się ponieść negatywnym emocjom i wyłączać się z funkcjonowania, wolę pisać. Wtedy od razu czuję się ustawiona do pionu. Z Mamą miałam szczególną więź i była moim autorytetem. Znała na pamięć wszystkie moje teksty, chodziła na każdy koncert, projektowała mi stroje na scenę. Zawsze mi mówiła, że będę kimś. Bywała krytyczna, ale sprawiedliwa.

MM: Tytułem puenty – szykujesz już coś nowego muzycznego?

MS: Tak, z No Echoesem pracujemy nad nowym materiałem. Na razie liczę, że „Testy” staną się letnim hitem (śmiech). Chcę też odrobić trasę „Dekalogu Spolsky”, która z wiadomych przyczyn nie mogła odbyć w pełni. 

MM: Dziękuję za rozmowę. 


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load