Wywiady

Low

2021-10-05

Nagrywający dla legendarnej wytwórni Sub Pop amerykański duet Low wydał niedawno trzynastą płytę studyjną "Hey What". Wydarzenie to było doskonałym pretekstem do zrobienia wywiadu z Mimi Parker i Alanem Sparhawkiem - małżeństwem tworzącym Low.

Rozmowa z: Mimi Parker / Alan Sparhawk

Jakub Oślak: Wasz nowy album Hey What to materiał na płytę roku 2021. Jak długo czekaliście, aby go wydać? W którym momencie tego wszystkiego, co dzieje się na świecie, zaczął on powstawać?

Alan Sparhawk: Gdy kończyliśmy koncerty promujące nasz poprzedni krążek Double Negative, a było to wczesną wiosną 2020 r., postanowiliśmy odpocząć od życia w trasie, zaszyć się w domu i być może zacząć nagrywać nowy materiał z początkiem lata. W międzyczasie uderzyła pandemia, co znacząco wpłynęło także i na nasze plany, praca nad albumem w studiu zaczęła się dłużyć, co chwila ktoś znikał na kwarantannie, albo z innych powodów. Na szczęście wiele z tych piosenek mieliśmy już rozpisanych wcześniej, przed pandemią, co pozwoliło na efektywną i sprawną pracę, mimo tych wszystkich problemów, które opóźniały naturalnie proces nagrywania.

Mimi Parker: Koniec końców, nagrywanie albumu potrwało 5-6 miesięcy i zakończyło się zimą 2020 r.

JO: Wiele z tych piosenek można było usłyszeć wcześniej, w trakcie waszych pandemicznych koncertów na Instagramie. Czy to znaczy, że już od tamtej pory czekaliście na dobry moment z wydaniem Hey What?

AS: Tak i nie. To naturalna kolej rzeczy w przemyśle muzycznym, sposobie działania wytwórni. Mając rozpisane piosenki potrzebujemy 4-5 miesięcy, aby je nagrać i złożyć do wydania. Z nowym albumem byliśmy gotowi w kwietniu, ale wtedy pojawiły się głosy, że powinniśmy zaczekać na lepszy moment, na poluźnienie obostrzeń, albo wręcz odłożyć premierę do 2022 r. Ale na to już się nie mogliśmy zgodzić, tym bardziej, że zgodnie z przewidywaniami, dużo tras zostało przełożonych, w tym nasza, więc nie chcieliśmy jeszcze i tego odwlekać. Trochę zatem zwlekaliśmy z tym, ale nie aż tak bardzo.

MP: Z wydaniem Double Negative czekaliśmy znacznie dłużej! Natomiast teraz założyliśmy sobie, że Hey What powinien ukazać się najpóźniej we wrześniu, i musieliśmy trochę naciskać na wytwórnię, aby utrzymać tą datę.

JO: Czy w pracy z tak legendarną, niezależną wytwórnią jak Sub Pop można mówić o jakichkolwiek naciskach?!

AS: Nie, z nimi jest kompletny luz! Zapowiadają album publicznie dopiero wtedy, gdy go do nich wyślemy, żadnych obietnic bez pokrycia mających zwiększyć popyt, albo nacisków na artystów. A my też potrafimy dotrzymać słowa i jesteśmy zwykle gotowi z nowym materiałem w ustalonym czasie. 

JO: Dla wielu słuchaczy, Double Negative i Hey What stanowią punkt zwrotny waszej twórczości, zostawiając poprzednie jedenaście płyt gdzieś w tyle. Przesada, czy może podzielacie tą opinię?

AS: Już w trakcie nagrywania Double Negative mieliśmy poczucie, że mamy do czynienia z czymś nowym, że będzie to spory zakręt od tego, co graliśmy i jak brzmieliśmy do tej pory. Mieliśmy świadomość, że ten kierunek będzie wyzwaniem dla słuchaczy i nie wszystkim będzie się podobać, ale chcieliśmy to zrobić, w czym pomógł nam niezwykle BJ Burton, producent tych płyt. Czuliśmy, że to dobry moment na zmianę i byliśmy do niej przygotowani. Częścią naszego sposobu bycia jest fakt, że chcemy wciąż coś znaczyć dla fanów. Ale niekoniecznie to samo, co do tej pory. Większość słuchaczy kojarzy nas pod hasłem ‘slowcore’, które tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Staramy się uciekać przed definicjami oraz wyobrażeniami i zaskakiwać nie tylko słuchaczy, ale przede wszystkim samych siebie. Jesteśmy szczęśliwi, że wciąż dostrzegamy te granice, które usiłujemy przesuwać.

JO: Z BJ’em Burtonem współpracujecie już od trzech albumów – jak duży wpływ miał on na powstanie ‘nowego’ brzmienia Low? A może to wy odnaleźliście go, gdyż pasował do waszej wizji?

AS: Odpowiedź leży gdzieś po środku. BJ specjalizuje się w nowatorskich, nieszablonowych albumach, ale nie dostarcza gotowych rozwiązań. Praca z nim przypomina negocjacje: chcę to, nie chcę tego, chcę ten rytm, ale nie chcę tamtego dźwięku. To przerzucanie się pomysłami. Na pewno jego pomysłowość była kluczowym czynnikiem na brzmienie, które odnaleźliśmy na ostatnich płytach. Gdyby to był ktoś inny, te albumy brzmiałyby inaczej. Jest doświadczonym fachowcem, zarówno w roli producenta, jak i inżyniera studyjnego, i to, co w jego wykonaniu może wydawać się kompletnym chaosem, ostatecznie okazuje się pełnym profesjonalizmem. Jeśli zatem prosi o dźwięk, którego źródłem jest grzebień albo słoik z kamieniami, to nie jest jakieś dziwactwo, tylko świadomość tego, jakiego dźwięku poszukuje i oczekuje. I dzięki niemu brzmimy jak zawodowcy, którzy wszystko, co nagrywają tworzą z pełną świadomością!


JO: Hey What to wasz pierwszy album, który nagraliście tylko we dwójkę, nie licząc producenta. Czy w jakikolwiek sposób wpłynęło to na waszą pracę w studiu?

AS: Steve Garrington zawsze dużo wnosił do naszej pracy studyjnej, do aranżacji, kompozycji, itd. Potrafił grać na wielu instrumentach. Praca w trójkę jest inna od pracy we dwójkę czy czwórkę. Trójka to optymalny układ, dlatego że trzecia osoba zawsze wnosi przeciwwagę albo kontrapunkt tego, co proponują pozostali. Gdy mamy dwójkę, czasem brakuje tego ‘trzeciego głosu’. We czwórkę z kolei tych głosów jest za dużo!

MP: Praca we dwójkę zawsze jest na swój sposób wyzwaniem, gdyż brakuje tego ‘rozjemcy’ ewentualnych spięć. W naszym przypadku nie jest jeszcze tak źle, gdyż żadne z nas nie ma ego wielkiej gwiazdy, nie pozjadaliśmy wszystkich rozumów i nie staramy się dominować na płycie. Wręcz przeciwnie – często staramy się spychać na siebie nawzajem pewne role, jak np. śpiew solo!

JO: Muzyka zna wiele zespołów, których członkowie stawali się partnerami życiowymi, co zwykle nie prowadziło zbyt daleko. U was wydaje się, że partnerstwo życiowe doskonale wpływa na partnerstwo muzyczne – czy to pomaga, przeszkadza, a może otwiera zupełnie nowe możliwości?

MP: Trudne pytanie. W naszym przypadku byliśmy już małżeństwem zanim założyliśmy zespół. To zasadniczo inny przypadek, niż np. Fleetwood Mac czy The Mamas & The Papas, których członkowie stawali się parami dopiero po założeniu zespołu. W ich przypadku, styl życia gwiazdy muzyki, przygody bycia w trasie razem przez cały czas sprawia, że ludzie przyzwyczajają się do siebie żyjąc w tej bajce. Ale gdy ona się kończy i trzeba wrócić do domu, wynieść śmiecie, zapłacić rachunki, itd., gdy opada ten magiczny pył – wtedy okazuje się, że ta energia z tourbusa nie działa, ona działa tylko w trasie, a nie przekłada się automatycznie na ‘zwyczajne’ życie. My najpierw poznaliśmy się jako ludzie, a dopiero potem wpadliśmy razem na pomysł nagrania czegoś. W naszym przypadku nie ma mowy o żadnych gwałtownych skokach popularności, presji, pieniędzy, chociaż miałem swoje epizody z depresją i na pewno nie byłem wtedy łatwy do współpracy, zarówno w domu jak i w studiu. Generalnie, w naszym przypadku, to pomaga – wiemy czego się po sobie spodziewać, jak się komunikować, i muzyka jest czymś w rodzaju ‘domowego obowiązku’, który wspólnie spełniamy.

JO: Jako jedni z pierwszych artystów w czasie pandemii i lockdownu zaczęliście regularnie grać koncerty on-line, właśnie z domu, dla fanów. Jak ważne było to dla was w tym niełatwym czasie?

AS: To było dla nas coś wspaniałego, wręcz koniecznego, aby utrzymać motywację do działania i pewien reżim pracy. Wcześniej nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy jak zajętymi ludźmi byliśmy! Trasa, albumy, nowe piosenki, formalności – to wszystko było naszą normalnością i nie pozwalało popaść w jakikolwiek marazm. A w lockdownie? Nie bardzo wiedzieliśmy, co mamy robić. Koncerty odwołane, jeździć nie można, studio zamknięte, co robić? Zatem, te nasze piątkowe mini-koncerty były sposobem na podtrzymanie motywacji i dalszego drogowskazu. To była jednocześnie doskonała okazja na przećwiczenie nowych piosenek, co zawsze jest dla nas magiczną chwilą, gdy po raz pierwszy prezentujemy nowy materiał na żywo. W dodatku, przed premierą albumu. Reakcja słuchaczy była natychmiastowa i jednoznaczna – to był świetny pomysł. Sporo tych piątków nagraliśmy, gdyż na początku nikt nie przypuszczał, ile ten lockdown tak naprawdę potrwa.

MP: Gdy uderzyła pandemia, byliśmy już na samej końcówce poprzedniej trasy z Double Negative, więc tak naprawdę odwołaliśmy tylko dwa koncerty. Zatem, nie uderzyło nas to aż w takim stopniu, jak innych kolegów po fachu, którzy musieli odwołać albo przełożyć całe trasy. Te nasze piątkowe koncerty były zatem czymś w rodzaju utrzymania się w ‘gotowości’. Nasze następne koncerty już na normalnych scenach są zaplanowane dopiero na przyszły rok. Czy do tego dojdzie – zobaczymy.

JO: Mam nadzieję, że tak i oby Polska także znalazła się na trasie. Dziękuję wam za rozmowę!

Foto: Nathan Keay

 


Rozmawiał: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load