Wywiady

ATLVNTA

2021-11-01

Poznaliśmy ich blisko dekadę temu jako indie-folkowy duet Lilly Hates Roses. Formuła muzyczna tamtej formacji jednak się wyczerpała. Dziś Kasia Golomska i Kamil Durski działają pod szyldem ATLVNTA, który jest dla nim nowym otwarciem, nie tylko muzycznym. Właśnie ukazał się ich pełnowymiarowy imienny debiut, o którym szczegółowo opowiedzieli mi w poniższej rozmowie.

Rozmowa z: Kasia Golomska / Kamil Durski

MM: Wydaje mi się, że ATLVNTA, że nie tylko wyszła z Lilly Hates Roses, ale jest też wynikiem twórczej niemocy, która dopadła Was w tamtym projekcie?

KD: Tak, trochę to z tego wynikało, ponieważ nie mogliśmy się już dłużej określać jako zespół folkowy, a takim było właśnie Lilly Hates Roses. Każde z nas nie słucha już tego typu muzyki od jakiegoś czasu. To zaczęło się zmieniać po „Mokotowie”, bo już wtedy zaczęliśmy pierwsze eksperymenty z gitarami.

KG: Po „Mokotowie” otrzymywaliśmy już głosy od słuchaczy, że to już nie jest takie Lilly Hates Roses jak kiedyś. Zrobiło nam się trochę  głupio, bo na ostatnich koncertach nie mieliśmy już takiej zajawki, jak na początku. To wszystko sprawiło, że postanowiliśmy zacząć niejako od początku.

KD: Dla mnie bardzo ważne stało się granie muzyki aktualnej, a tego w LHR już nie byliśmy w stanie osiągnąć.

MM: Skoro to nowy początek, to czemu płyta zaczyna się takim utworem, jak „Umrzesz tak jak ja”?

KG: Wbrew tytułowi, jest to bardzo pozytywna piosenka. Opowiada o oswajaniu śmiertelności, która jest czymś naturalnym, motywującym nas do działania w życiu. Dobrze jest mieć gdzieś z tyłu głowy świadomość, że nikt z nas nie będzie żył wiecznie.

MM: Odnosząc się do tekstu – serwis MySpace nie zniknął tak do końca.

KD: Wiem, ale chodziło o pewną symbolikę. Serwis został sprzedany za jakieś śmieszne pieniądze. Ale było to miejsce, które skupiało twórców muzyki, jak żadne inne, jeszcze zanim pojawiły się inne serwisy streamingowe. Właściciela MySpace chyba wszyscy mieli w znajomych (śmiech).

MM: A skąd taki dysonans w klipie „Od jutra” wobec tekstu do tej piosenki?

KG: Wydaje mi się, że to nie jest aż taki duży dysonans i ten tekst połączył się z teledyskiem. To wyszło jakoś naturalnie. Tu jest dużo różnych płaszczyzn, bo sam utwór opowiada o narkotykach. Chcieliśmy to przenieść na teledysk w takim sensie, że rośnie temperatura i robi się coraz cieplej.

KD: Jest jakiś hedonizm w tym wszystkim.

KG: Tak, jesteśmy z Anią Kaiser w tym teledysku pozbawione wszelkich kompleksów. Żyjemy chwilą. Mieliśmy jednak przemyślany pomysł na ten klip, miał pewne założenia, które realizowaliśmy krok po kroku.

MM: „Powieki” mają krajobraz z horroru albo thrillera.

KD: To jest piosenka o depresji. Tak wygląda świat z perspektywy osoby cierpiącej na depresję. Znajome miejsce robią się przerażające. Niepokoją cię małe rzeczy…

KD: …na przykład pies sąsiadów, którego znasz, nagle wyskakuje i zaczynasz się go bać.

MM: „Only” traktuje o samotności?

KD: Hm, być może. Zamiarem było uchwycenie niezależności. Oswajanie tej anarchii w tekście jest tu kluczowe. Za każdym razem, gdy nachodzi, trzeba ją jakoś uspokoić.

MM: A czy za któreś z Was mama się wstydziła?

KD: Za mnie na pewno (śmiech). Pisząc ten tekst, myślałem raczej o Kasi.

KG: Tak, zawsze byłam przykładną uczennicą, miałam świadectwa z paskiem, jeździłam na konkursy itd. Myślę, że teraz mama mogłaby się za mnie bardziej wstydzić (śmiech). Zresztą nie powiedziała mi na przykład, że obserwuje mnie na Instagramie. To wyszło przypadkiem parę miesięcy temu, że obserwuje mnie już prawie rok! Wiedziałem, że ten moment, kiedy będziemy musiały o tym porozmawiać nadejdzie prędzej, czy później. W końcu usiadłyśmy, wysłuchała mnie i podeszła do tego w sposób bardzo otwarty. To było super.


MM: A skąd pomysł na patent, którego już się praktycznie nie stosuje – wyciszenie utworu pod koniec?

KD: O, wyłapałeś to! Taki był cel. Chodziło o przypomnienie takiego zabiegu, który stosowało się jeszcze w latach 90. Obecnie wydaje się on strasznie niedoceniany i przez to nie stosuje się go. Chcieliśmy odróżnić ten kawałek od pozostałych utworów.

MM: Skoro podjęliśmy temat niedzisiejszych brzmień – skąd wzięliście te syntezatorowe brzmienia w „Mantrze”?

KD: To brzmienia z instrumentów z lat 60.i 70. Fox, nasz producent mam mnóstwo tego typu sprzętu. Zresztą zagrał w każdym z utworów na płycie. Pomagał nam też w aranżacjach, dlatego wymieniony jest jako współautor. Połowę tej płyty zrobiliśmy w domu. Przynieśliśmy nasze produkcje, które robiliśmy w lockdownie do niego i drugą połowę robiliśmy już z nim. Tam gdzie my skończyliśmy, tam on zaczynał swoje działania.

MM: W tym utworze jest jeszcze taki efekt lekko ‘fałszujący’, który kojarzy się z Radiohead.

KG: Ta piosenka jest bardzo słodka, więc chcieliśmy ją nieco zaburzyć.

KD: Namten efekt kojarzy się trochę z Beckiem. On przecież takich ‘fałszów’ stosuje mnóstwo.

MM: W „Powiekach” i w „Mantrze” pojawia się wątek snu. To te same odmiany?

KD: To te same rodzaje snów, tylko opisane w inny sposób. To jest fascynujące, że możemy uciec w taki chwilowy niebyt, czy okiełznaną chwilową śmierć. Widziałem kiedyś wywiad z Terrencem McKeenem, który powiedział że wyobraźnia i sny to tak samo realne doświadczenia, tylko inaczej są postrzegane wobec rzeczywistości.  Oba jednak przeżywasz w tak samo rzeczywisty i silny sposób. Zawsze wydawało mi się to bardzo ciekawe.

MM: W „Anthraxie” rapujesz trochę jak Taco Hemingway.

KD: O, czyli jednak jakoś na mnie wpłynął. Myślę, że wprowadził taki pomost do polskiego hip hopu, dzięki czemu jego twórczość podoba się także np. moim rodzicom. Podobnie jest z Dawidem Podsiadło, który do popu też wprowadził taką nową jakość.

MM: Kasiu, znasz twórczość wszystkich tych zespołów, które wymieniasz w refrenie tego utworu?

KG: Właśnie nie i bardzo mi się podoba. Znam je tylko z nazwy, może poza Rammsteinem. W tym utworze występuję w roli dziewczyny, która totalnie nie ma pojęcia o czym śpiewa (śmiech). Wymądrza się na temat, na który coś tam usłyszała, ale w zasadzie nie ma o tym pojęcia. Jestem w tym chyba dość autentyczna, bo faktycznie nie znam tych zespołów (śmiech).

KD: Tak, to było śmieszne. Celowo nie wprowadzałem Kasi w twórczość tych zespołów. Zresztą Black Flag, to nawet nie jest metal (śmiech).

MM: Z kolei obraz zawarty w tekście „Nurtu”, kojarzy się z filmem „Cube”

KD: O to już musiałbyś zapytać Karolinę Kozak, bo to ona napisała ten tekst. Chciałem żeby to była piosenka o robieniu sobie krzywdy. Dotyczy to koncepcji „Zew otchłani”, która mówi o tym, że chcemy robić sobie krzywdę, próbować na przykład się ciąć lub sparzyć itd.

MM: „Ariadna” też jest utworem o narkotykach?

KG: Tak. To jest utwór o tak zwanym ‘złotym strzale”. O takim momencie, że już jest za późno i po wszystkim.

KD: W podkładzie natomiast inspirowaliśmy się muzyką rave z lat 90. Coś w stylu Moby’ego albo Underworld.

MM: A skąd te uderzenia pod koniec „Srebra”?

KD: To jest nieco zabawna historia, bo te walenie pojawia się w już „Ariadnie”, natomiast w gąszczu tego bitu gdzieś znika w tamtym utworze. Dlatego użyliśmy go ponownie w „Srebrze” i na końcu miał się wyłączyć, a się nie wyłączył. I został (śmiech).

KG: Kończymy grać i słyszymy w słuchawkach te uderzenia, nie wiedząc co się dzieje. Okazało się, że Fox nie wyłączył tego efektu. Potem tego posłuchaliśmy i uznaliśmy, że to fajnie brzmi i dlatego postanowiliśmy to zostawić.

MM: Na płycie są też trzy skity, które rozdzielają część piosenek. Czemu jest ich tylko tyle i dlaczego jeden z nich jest zatytułowany „Rammstein”?

MM: Ten fragment, który jest „Rammstein”, pierwotnie znajdował się w „Anthrax”.To ta sama melodia, która została tam użyta. Tytuł podsunął nasz menedżer. Zależało nam, by były jak najbardziej naturalne. Był o jeden więcej, ale nie dostaliśmy praw autorskich na jego wykorzystanie. Chodzi o melodię z „Thank You” Dido – tę samą, którą Eminem wykorzystał w „Stan”.

MM: Czy „Garść” stanowi jakieś pogodzenie z tym wszystkim, co słychać w tekstach na płycie?

KD: Dla mnie ta piosenka była jakaś taka finalna. Powstała też jako jedna ostatnich. Jest taką trochę pościelówą.

MM: Co z koncertami?

KD: To jest dość złożona kwestia, bo niestety brzmienie ATLVNTY wymaga sporej produkcji. Jeździmy z naszym dźwiękowcem, który wie, jak nas nagłośnić. Póki co, najbardziej miarodajnym koncertem był ten, który zagraliśmy na Opener Park. Tam wszystko poszło super. Na razie sprawdzamy odbiór płyty i czekamy na jakieś konkretniejsze ustalenia, zwłaszcza, że pandemia wciąż szaleje.

MM: Dziękuję za rozmowę. 

Foto: Zija / Pióro


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load