Wywiady

Zeal & Ardor

2022-03-07

Zeal & Ardor wypuścili właśnie nowy album zatytułowany po prostu „Zeal & Ardor”. Płyta iskrzy od pomysłów, które i tym razem Manuel Gagneux zrealizował w większości samodzielnie. Sam muzyk zdaje się być wciąż zaskoczony szumem, który dzieje się wokół jego projektu, ale jak sam przyznaje – Zeal & Ardor grają swoje, a o resztę niech martwią się inni. O nowym krążku, jego realizacji, przygodach na festiwalu w Montreux i stosunku do płyt winylowych opowiedział mi w poniższej rozmowie.

Rozmowa z: Manuel Gagneux

MM: Imienny tytuł nosi nie tylko nowy album, ale też nagrania, które wypuściłeś do sieci w 2014 roku. Mam rację?

MG: To prawda, pojawiło się takie wydawnictwo, ale tylko w formie cyfrowej. Wrzuciłem je na Bandcamp, ale jakiś czas później usunąłem stamtąd. Przeszło zupełnie bez echa. Te nagrania pokazują, że wówczas jeszcze nie wiedziałem, czym ten projekt ma być, ani w którą stronę powinien pójść. Obecnie nie ma opcji, żeby gdzieś oficjalnie je zdobyć (śmiech).

MM: 8 lat temu nie wiedziałeś, czym ma być ten projekt, a tymczasem słuchając „Zeal & Ardor” odnoszę wrażenie, że chcesz by był wszystkim.

MG: (śmiech) Można odnieść takie wrażenie. Tak po prostu piszę muzykę. Tym razem miałem też znacznie więcej czasu, by stworzyć tę płytę. W przypadku „Stranger Fruit” (poprzedniej płyty Zeal & Ardor, wydanej w 2018 roku – przyp. MM) działaliśmy w pośpiechu – chodziło o to, by nagrać wystarczającą ilość piosenek, która wejdzie na płytę, wydać ją i pojechać w trasę. Tym razem piosenki są nie tylko dopracowane, ale i ułożone sensowniej. „Zeal & Ardor” może słuchać od początku do końca i nie powinno być żadnych zgrzytów, czy wtop. Poza tym znów chciałem, żeby wszystko brzmiało mocniej i ciężej. Poświęciłem na nagranie tej płyty cały rok w trakcie pandemii.

MM: Pandemia wymusiła takie działanie?

MG: Właśnie nie! Zazwyczaj gdy tworzę, siedzę w domu i nigdzie się nie ruszam, więc te wszystkie utyskiwania z zewnątrz typu: „O, muszę zostać w domu i co ja będę ze sobą robił?” w moim przypadku nie miały sensu. Jedyne, czego oczywiście nie mogłem robić w tym czasie, to granie koncertów.

MM: Na tej płycie idealnie zbalansowałeś ciężkie klimaty z brzmieniami powiedzmy alternatywnymi. Zacząłem się nawet zastanawiać, w którym kierunku idzie to bardziej…

MG: A ja ci powiem, że mam to kompletnie w dupie! Na końcu to nie my decydujemy, tylko ci, którzy nas słuchają oraz ci, którzy zapraszają nas na festiwale. To ich problem, jak nas obsadzić (śmiech). My gramy swoje. Natomiast łatka zespołu ‘alternatywnego’ daje nam znacznie szersze pole do popisu pod tym względem. Możemy grać praktycznie na każdym festiwalu na Ziemi i się na nim odnajdziemy. Zespoły metalowe niekoniecznie mają takie możliwości. No, chyba, że mówimy o Metallice (śmiech).

MM: Skoro mowa o festiwalach – jakim doświadczeniem było dla Ciebie granie na Montreux Jazz Festival?

MG: To był kurweski koszmar! Nie zrozum mnie źle - sam festiwal jest wspaniały i był to dla nas zaszczyt, że mogliśmy na nim wystąpić. Mieliśmy jednak potężne problemy techniczne. Graliśmy między Igorrem, a Gojirą. Natomiast na scenie nie mogliśmy się prawidłowo podłączyć i w pewnym momencie spaliła się któraś z głównych wtyczek, która pozbawiła prądu całą linię. Przez pół godziny głowiliśmy się co z tym zrobić. Mieliśmy sprawne tylko dwa wzmacniacze. Na szczęście chłopaki Gojira byli na tyle mili, że zgodzili się opóźnić swój koncert, byśmy my mogli zagrać swój.

MM: Każdy koncert na tym festiwalu jest rejestrowany. Wasz również był?

MG: Tak, i widać na nim, jaki jestem wkurwiony! (śmiech). Natomiast przede wszystkim słychać, jak agresywnie graliśmy. To nadało całości dużej intensywności, więc uznaliśmy ten koncert mimo wszystko za wartościowy i wydaliśmy go sami w niewielkim nakładzie. Patrzyłem ostatnio na Discogs.com, ile trzeba za nie zapłacić i to są jakieś kosmiczne pieniądze! To dobra płyta, ale nie powinna być tak droga (śmiech).


MM: Mam wrażenie, że „Zeal & Ardor” jest też lepiej wyprodukowane, niż poprzednie płyty. Dźwięk brzmi bardziej klarownie. Coś zmieniło się pod względem produkcyjnym?

MG: Przede wszystkim dostaliśmy więcej pieniędzy z wytwórni na nagranie tej płyty, której zależało na tym, byśmy zrobili to jak najlepiej. Uznaliśmy, że z takim budżetem możemy stworzyć własne studio. I tak zrobiliśmy. Możemy więc z niego korzystać kiedy chcemy, a do tego nagrywać także muzykę naszych przyjaciół. Bardzo komfortowa sytuacja. A płytę wyprodukował i zmiksował Will Putney, który pracował wcześniej z Body Count, czy Asking Alexandria. Poprzednią naszą płytę produkował Kurt Ballou z Converge, stąd pewnie ta różnica w brzmieniu.   

MM: Słuchając na przykład „Death To The Holy”, myślę, że Behemoth spokojnie może pojechać z Wami na trasę jako co-headliner.

MG: Znowu? (śmiech). Ale wiem, co masz na myśli. To bardzo antyreligijny numer, który na pewno przypadnie do gustu Nergalowi (śmiech). Zresztą na albumie jest więcej takich utworów, jak chociażby „Götterdämmerung”, odnoszący się do tytułu opery Wagnera. Oznacza „Zmierzch bogów”. Uważam, że dawni bogowie umarli. Teraz pojawiają się jednak nowi, których też należy się wystrzegać.

MM: Swoją drogą, trochę straciłem rachubę, kto obecnie jest w Zeal & Ardor…

MG: Skład się zmienił minimalnie, bo nie ma już z nami Mii Moustache, która grała na basie. Trasy koncertowe odbiły się na jej zdrowiu. Musi ściśle pilnować diety, bo jej organizm szybko się osłabia. To niestety stała dolegliwość. Obecnie Mia czuje się dobrze, ale musi na siebie uważać, a to wyklucza granie koncertów z nami. Jej zdrowie jest w tym momencie najważniejsze, co dla nas jest całkowicie zrozumiałe. Dlatego mamy nowego basistę.

MM: Styl Zeal & Ardor wydaje się mimo wszystko w jakimś stopniu wykrystalizowany. Czy w ostatnich latach jakiś gatunek, rodzaj muzyki szczególnie Cię zainspirował?

MG: Myślę, że przede wszystkim zagłębiłem się w brzmienia industrialne, co również słychać na nowej płycie. Dla mnie jednak zawsze najważniejsza jest atmosfera. Z jednej strony zależy mi na tym, by ludzie słuchając Zeal & Ardor, nie mieli wątpliwości, co to za zespół, a z drugiej – żeby było to jednoznacznie trudne do sklasyfikowania. Natomiast te inspiracje przełożyły się także na to, że nauczyłem się grać np. na altówce. Ten instrument ma pięknie brzmienie. Do tego doszła obsługa thereminu oraz stałe poszerzanie umiejętności gry na klawiszach. Nie wiem, czy jest możliwe skuteczne poszerzenie instrumentarium w Zeal & Ardor, ale będę próbował. Ciekawość nowych brzmień, które można wykorzystać w tym zespole nie mija.

MM: Czy mógłbyś rozwinąć skróty dwóch ostatnich utworów na płycie?

MG: (śmiech) Z tym wiąże się zabawna historia. Zawsze w przypadku utworów dla Zeal & Ardor szukam określeń zbliżonych. W przypadku „J-M-B” do głowy przyszło mi jedynie Jazz Metal Baby (śmiech). Nie chciałem jednak tego takim zostawiać, więc zrobiłem z tego skróty. Ale już „A-H-I-L” jest poważniejsze i  oznacza „All Hope Is Lost”.

MM: „Zeal & Ardor” wychodzi w trzech różnych kolorach na winylu. Jaki jest Twój stosunek do takich nośników?

MG: Jestem całkowicie cyfrowym słuchaczem. Nigdy nie byłem kolekcjonerem płyt. Mam ich raptem kilka, ale zabawa w winyle jest mi zbyteczna – są za ciężkie i zajmują sporo miejsca. Poza tym – jak mówiliśmy wcześniej - nie jest to najtańsza zabawa (śmiech).

MM: Jedziecie na trasę w maju i czerwcu z Meshuggah?

MG: Tak, maj i czerwiec gramy na Wyspach Brytyjskich, Belgii, Holandii, Szwajcarii i Francji. Potem festiwale i jesienią kolejny objazd.

MM: Dziekuję za rozmowę. 

Foto: Georg Gatsas


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load