Wywiady

Madrugada

2022-04-06

Po udanej trasie koncertowej w 2019 roku, która zahaczyła także o nasz kraj, muzycy reaktywowanej norweskiej grupy Madrugada postanowili pójść za ciosem i nagrać pierwszą od 14 lat płytę z premierowym materiałem. Album „Chimes At Midnight” ukazał się pod koniec stycznia, a kilka dni później zespół ruszył w europejską trasę koncertową. Zaś 3 kwietnia ponownie wystąpili na deskach warszawskiego klubu „Niebo”. Kilka godzin przed koncertem miałem przyjemność porozmawiać z wokalistą Sivertem Høyemem, basistą Frode Jacobsenem i perkusistą Jonem Lauvlandem Pettersenem, którzy nie tylko opowiedzieli mi o procesie powstawania nowej płyty, ale przytoczyli również kilka anegdot i ciekawostek z wbrew pozorom całkiem bogatej historii grupy.

Rozmowa z: S.Høyem, F. Jacobsen, JL. Pettersen

MM: Tytułowa fraza „Chimes At Midnight” pojawia się w utworze „Running From The Love Of Your Life”. Jak ją rozumiecie?

SH: To po prostu linijka, która pojawia się w tekście tego utworu. Kiedy już nagrywaliśmy płytę w Los Angeles, zasugerowałem, by tak ją zatytułować. Muzyka Madrugady zawsze była ‘nocna’. Idealnie nadaje się na nocne eskapady samochodem. Ta fraza: „We heard the chimes at midnight/Jesus, the days we've seen” pochodzi z Szekspira. Brzmi to bardzo nostalgicznie. Zresztą cała płyta jest utrzymana w takim duchu… Nie jesteśmy już najmłodsi, ale też nie jesteśmy bardzo starzy (śmiech).

MM: W „Running From The Love Of Your Life” brzmisz momentami jak Michael Stipe z R.E.M.

SH: Naprawdę? Bardzo dziękuję! To jeden z moich muzycznych bohaterów. Zresztą pierwszą piosenkę, jaką kiedykolwiek zaśpiewałem w tym zespole, było „Losing My Religion”.

FJ: Graliśmy z R.E.M. podczas ich ostatniej trasy. Supportowaliśmy ich na koncercie na stadionie w Oslo w 2005 roku (nie była to ostatnia trasa koncertowa R.E.M. – tę zagrali w 2008 roku – przyp. MM) . Pamiętam, że przyszli na naszą próbę dźwięku. Stali za gościem od odsłuchów (śmiech). Po koncercie Michael Stipe przyszedł do naszej garderoby, by nam podziękować. To było dla mnie coś wspaniałego.

MM: Wspomnieliście, że nagrywaliście w Los Angeles, a dokładnie w Sunset Sound Studio, w którym nagrywali wcześniej Led Zeppelin, Frank Zappa, czy Fleetwood Mac. Wiem, że marzyliście od wielu lat, by móc tam nagrywać, a czy rozważaliście także jakieś inne studio?

JLP: Sunset Sound wyniknęło raczej ze zbiegu okoliczności, bowiem producent, którego wybraliśmy do pracy nad naszą płytą, Kevin Ratterman mieszka w Kalifornii i to on zasugerował, byśmy nagrywali właśnie tam. Potrzebowaliśmy dużego studia ze sporym pomieszczeniem, w którym moglibyśmy nagrywać wszyscy razem jednocześnie. Zależało nam na utrwaleniu atmosfery grania na żywo. Kevin zaproponował Sunset Sound, a nam zaświeciły się oczy (śmiech). Od czasu powrotu w 2019 roku, na nowo bardzo się dotarliśmy i gramy na pełnej mocy. W trakcie nagrywania „Chimes At Midnight” chcieliśmy to po prostu uchwycić.

MM: Znaliście się z Kevinem wcześniej?

FJ i JLP: Nie

SH: Kevin został nam zarekomendowany przez pewnego gościa, którego ja spotkałem kilka razy. Nazywa się Timothy Showalter i jest liderem amerykańskiej grupy Strand of Oaks. Akurat skończył nagrywać z Kevinem płytę swojego zespołu (chodzi o „Eraserland” wydane w 2019 roku – przyp. MM) i bardzo polecał pracę z nim. A że nie mieliśmy czasu na dyskusje z innymi potencjalnymi producentami, przystaliśmy na Kevina. Okazało się, że od razu złapaliśmy pełne porozumienie.

FJ: W sytuacji pandemicznej pomógł nam do tego stopnia, że zagrał sporo partii na płycie. Wszystkie dogrywki realizowaliśmy przez Internet, więc nawet jeśli nie było go z nami, cały czas jego głowa wyświetlała się na ekranie (śmiech). I – co więcej – torpedował niektóre z naszych mało wyszukanych pomysłów (wybuch śmiechu). Świetnie się z nim pracowało. Bardzo dobrze się bawiliśmy.

JLP: Poza tym po tak długim okresie przerwy w pracy studyjnej potrzebowaliśmy osoby, której moglibyśmy zaufać. Takiego pozytywnego mentora, który poprowadziłby nas we właściwym kierunku. Kevin wywiązał się z tej roli idealnie. Do tego ma fantastyczne poczucie humoru, które również bardzo nam odpowiada.

SH: Dołożył też sporo partii gitarowych i klawiszowych, o których nie wiedzieliśmy do czasu miksów (śmiech). No i zaaranżował wszystkie partie smyczkowe na płycie.

MM: Zanim jednak pojechaliście do Stanów, poświęciliście sporo czasu na preprodukcję.

SH: To nie była jakaś wielka preprodukcja. Na samym początku prac nad płytą  pojechaliśmy na tydzień do Berlina. Tam graliśmy utwory na rozgrzewkę. Sesje stricte poświęcone na preprodukcję mieliśmy dwie i je zrealizowaliśmy już po powrocie w Oslo. Trasa z 2019 roku dała nam sporo pewności siebie i dzięki temu nowe utwory powstawały dość sprawnie. Nie głowiliśmy się godzinami nad tymi piosenkami, tylko pisaliśmy je niemalże ciągiem.

JLP: Sivert przyniósł kilka utworów, które pierwotnie były przeznaczone dla jego pobocznego projektu Paradise (który tworzy razem Robem Ellisem  z zespołu towarzyszącego PJ Harvey, Simonem Butlerem z Primal Scream oraz Robem McVeyem  z grupy towarzyszącej Marianne Faithfull – przyp. MM).

FJ: Pierwszym utworem, który napisaliśmy, a który znalazł się na demo płyty, był „Imagination”. Następnie powstały wspomniany już „Running From The Love Of Your Life” i “Slowly Turns The Wheel”. Te utwory stanowiły kanwę, zalążek tego, co słychać na „Chimes At Midnight”.

MM: Dużą rolę w obecnym funkcjonowaniu zespołu pełnią również teledyski. Czemu jednak nagraliście nowy klip do utworu „Majesty” sprzed 20 lat?

SH: To nie jedyny utwór z naszego starego repertuaru, do którego nakręciliśmy nowy teledysk. Jest ich kilka, ale nie zostały jeszcze udostępnione. Mamy bowiem wizję, by każdy z nich był częścią większego obrazu. Nie jest też tak, że byliśmy niezadowoleni z pierwszej wersji klipu do „Majesty”. Chodzi o to, że w tej nowej jesteśmy żywym zespołem, który gra na żywo. To także wyraz elementu nostalgii, o którym mówiliśmy wcześniej, a który wiąże się z całością „Chimes At Midnight”.

FJ: Musieliśmy ten album w coś ‘opakować’. Ktoś zasugerował nam właśnie szereg teledysków, które tworzyłyby większą historię. Co więcej – nigdy wcześniej nie pokazywaliśmy w naszych klipach, skąd pochodzimy. To był powrót do naszych korzeni. Dla mnie było to bardzo zdrowe doświadczenie. Wróciliśmy do miejsc, gdzie zaczynaliśmy, gdzie pisaliśmy nasze pierwsze piosenki. Gdzie Madrugada się uformowała jako zespół.

MM: Skoro jesteśmy przy teledyskach, to muszę zapytać o te do utworów “Nobody Loves You Like I Do” i “Dreams At Midnight”, w których pojawia się ten sam dom. W pierwszym klipie gracie w jego wnętrzu, w drugim przed, a dom płonie. Poza tym w pierwszym pojawia się starszy mężczyzna, do którego bardzo sugestywnie śpiewasz. Kogo on symbolizuje?

SH: Tego nie jestem w stanie stwierdzić jednoznacznie, bo jego postać wymyślił reżyser klipu, Eivind Holmboe, który zresztą zrealizował wszystkie nasze ostatnie teledyski. To niesamowity człowiek - bardzo kreatywny i pomysłowy. Postać starszego mężczyzny w domu nie była na początku naszym ulubionym spośród jego pomysłów, ale okazało się, że całość wyszła wspaniale. To nasz najbardziej sugestywny teledysk ze wszystkich, jakie kiedykolwiek mieliśmy. A ten starszy człowiek z klipu w rzeczywistości jest rybakiem. Myślę, że może symbolizować wiele różnych osób…

MM: Przyszła mi do głowy myśl, że pełni rolę Twojego ojca.

SH: To byłoby zbyt oczywiste, ale nie wykluczam takiej opinii. To jednak tylko jedna z interpretacji. Eivind zasugerował, że może on symbolizować także wspomnienie mojego życia i projekcje złych wspomnień, które miały w nim miejsce… Także odniesień jest sporo.


MM: Z kolei w teledysku do „Call My Name” siedzisz w samochodzie za kierownicą z mikrofonem w ręku, po czym wysiadasz i razem z tym okablowanym mikrofonem dołączasz do reszty zespołu, który gra w szczerym polu. Czyj to był pomysł?

SH: (śmiech)

JLP: Jak uważasz – jak zostało to zrealizowane?

MM: Zakładam, że ktoś siedział na tylnym siedzeniu samochodu i poluźniał kabel mikrofonu.

SH: Nie powiemy Ci oczywiście, jak to się odbyło (śmiech). Wszystko działo się za jednym podejściem, w pełni na żywo. Mikrofon na kablu ma podkreślać to, że jesteśmy zespołem właśnie grającym na żywo. Bez udawania i kombinowania.

JLP: To było też związane z warunkami atmosferycznymi. Musieliśmy wszystko realizować za jednym lub dwoma podejściami, żeby klimat, atmosfera pozostały zachowane dla całości.

MM: Gitarzysta Robert Burås zmarł w 2007 roku. Madrugada w tamtym czasie była nieco innym zespołem, niż jest obecnie. Potraficie określić stan, kondycję, w jakiej się wówczas znajdował?

SH: Tuż przed śmiercią Roberta w zespole miał miejsce bardzo radosny i optymistyczny okres od dłuższego czasu. Oczywiście w innym sensie, niż ten, który przeżywamy obecnie. Mieliśmy też wówczas innego bębniarza - Erlanda Dahlena, który grał z nami od czasu „The Deep End” (czwarty album grupy, wydany w 2005 roku – przyp. MM). Biliśmy się wówczas z myślami o tym, jak na nowo zdefiniować nasze brzmienie. Na „Grit” (trzeci album zespołu, wydany w 2002 roku – przyp. MM) staliśmy się innym zespołem, niż na początku i na „The Deep End” również – brzmieliśmy bardziej czysto i niemalże popowo. Zupełnie nie przypominaliśmy tej ciemnej, atmosferycznej Madrugady z wcześniejszych płyt. Zachłysnęliśmy się wówczas brzmieniem amerykańskiego pop rocka, co w naszym przypadku nie okazało się najlepszym rozwiązaniem. Nie chcę przez to powiedzieć, że nam to zaszkodziło. Przeciwnie – „The Deep End” pozwolił nam dotrzeć do nowego grona słuchaczy. Dopiero na płycie „Madrugada”, która wyszła w 2008 roku, udało nam się osiągnąć w pełni to, do czego zmierzaliśmy. Nagrywaliśmy ją w Nowym Jorku i z nadzieją patrzyliśmy w przyszłość. Niestety w trakcie prac nad nią Robert zmarł.

MM: Co zatem było głównym przyczynkiem do tego, że w 2019 roku Madrugada wróciła do czynnej działalności?

JLP: Myślałem o tym od jakiegoś czasu, żeby namówić Siverta i Frode do tego, byśmy dali sobie kolejną szansę. Wszyscy byliśmy już dorosłymi facetami, mającymi dzieci i swoje zobowiązania. Granie w tym zespole nigdy nie było proste. Mieliśmy swoje wzloty i upadki. Ale jednak fakt, że wszyscy dorośliśmy pozwolił mi myśleć, że możemy spróbować jeszcze raz. Zaprosiłem więc chłopaków na obiad, przedstawiłem im ten pomysł. Spodobał im się, a reszta jest historią.

FJ: Wiedziałem, że damy sobie radę z koncertami, gdy tylko weszliśmy ponownie do sali prób. A pamiętaj, że nie graliśmy razem 17, czy nawet 18 lat! Okazało się jednak, że wciąż to mamy i że potrafimy grać tak, jak zawsze potrafiliśmy. Mimo, że nie ma z nami Roberta, a na ostatnich płytach zaznaczył swoją obecność bardzo znacząco, wiedziałem, że znajdziemy sposób, by i te elementy włączyć do tej ‘drugiej’ odsłony Madrugady. Na pewno ciężko byłoby zagrać numery z „The Deep End”, dlatego właściwie omijamy repertuar z tej płyty. Mamy jednak świetnych muzyków w osobach gitarzysty Cato Thomassena, który grał z nami jeszcze w 2008 roku i Christera Knutsena, który oprócz gitary, gra także okazyjnie na klawiszach. Z Cato rozmawialiśmy na dwa dni przed śmiercią Roberta, bo już wtedy chcieliśmy go włączyć do zespołu.

MM: Lacey Guthrie śpiewa chórki na „Chimes At Midnight”. Razem z Kevinem Rattermanem tworzy projekt Twin Limb. Rozumiem, że to był jego pomysł, by zaśpiewała na płycie chórki?

SH: Tak, to był pomysł Kevina. Na koncertach jej partie śpiewa Christer, który również jest bardzo dobrym wokalistą.

MM: Na płycie znajduje się także utwór “Empire Blues” utrzymany w stylu country. To nie pierwszy raz, kiedy sięgnęliście po ten gatunek, bo ponad 20 lat temu nagraliście utwór “This Old House”. Jak się w czujecie w tej stylistyce?

SH: Jestem wielkim fanem tej muzyki. W ogóle country i blues stanowiły ogromną część naszej edukacji i podejścia do tworzenia piosenek.

JLP: Poza tym nasz pierwszy menedżer był Panem Country (śmiech). Nosił kowbojski kapelusz i kowbojki. On również zapoznał nas z mnóstwem muzyki w obrębie tego gatunku. Dzięki niemu zaczęliśmy korzystać gitar typu pedal steel itd.

MM: Kilka dni przed naszym spotkaniem przesłuchałem ponownie waszą debiutancką płytę „Industrial Silence”. Odnoszę wrażenie, że ona się w ogóle nie zestarzała. Jest jak ”Spirit Of Eden” Talk Talk albo „Cure For Pain” Morphine – czas jej się po prostu nie ima i zdaje się, że zawsze będzie brzmiała świetnie.

FJ: To niesamowite, co mówisz, zwłaszcza w kontekście Morphine. Mamy związaną z nimi, a właściwie z Markiem Sandmanem zabawną historię. Kiedy po raz pierwszy przyjechaliśmy do Nowego Jorku – a było to wtedy, gdy zamierzaliśmy zmiksować „Industrial Silence” – udaliśmy się we trójkę z Sivertem i Robertem do miejsca o nazwie „Magic Shop”. Dzień wcześniej Robert poznał tam Marka. Wróciliśmy tam więc, bo wcześniej Robert zapomniał zabrać ze sobą naszą pierwszą ep-kę. Podeszliśmy do Marka, wręczamy mu płytę, a on patrzy na nazwę zespołu i mówi: „Zajebista nazwa! Zawiera w sobie narkotyk!”(wybuch śmiechu). Z drugiej strony – nie wiem, czemu, ale Włochy nie były dla nas nigdy zbyt szczęśliwym krajem. W 1999 tuż po wydaniu „Industrial Silcence” zostaliśmy zaproszeni do Palestriny na południe od Rzymu na festiwal. To właśnie na tym festiwalu Mark zmarł na atak serca… Także jeżeli wspominasz o naszej płycie i Morphine, to dla nas bardzo szczególne.

JLP: A ja uwielbiam Talk Talk. Słucham ich właściwie codziennie (śmiech).

MM: Dziękuję za rozmowę. 

Foto: Rafał Siekierzyński / Strefa Music Art


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load