Wywiady

Alice Cooper

2022-06-13

Jest obecny na światowej scenie od ponad 50 lat. Pionier horror rocka i niekwestionowana ikona całego rockandrollowego nurtu. Człowiek, z którym w tej branży liczą się zdaje się wszyscy. Już za kilka dni po prawie 10 latach ponownie wystąpi w Dolinie Charlotty. W poniższej długiej rozmowie przytoczył mnóstwo anegdot ze świata rocka, opowiedział o swojej pasji malarskiej i golfowej oraz kilku muzycznych ciekawostkach. Oto on we własnej osobie – Alice Cooper!

Rozmowa z: Alice Cooper

MM: Widziałem film "Super Duper Alice Cooper" i kilka kwestii zwróciło moją uwagę. Po pierwsze: nie wydaje mi się, by The Spiders (zespół, który przepoczwarzył się grupę Alice Cooper - przyp.MM) brzmieli tak samo jak The Yardbirds.

AC: (śmiech) Masz rację, zupełnie tak nie brzmieliśmy. The Yardbirds byli fantastycznym zespołem, ale gdy braliśmy na warsztat ich utwory, wypadaliśmy całkiem dobrze, jak na zespół licealistów. Ale The Yardbirds z Jeffem Beckiem i z Jimmym Pagem byli prawdopodobnie jednym z najlepszych zespołów, jaki kiedykolwiek słyszałem na żywo - miałem to szczęście, że byłem na ich koncertach.

MM: Wydaje mi się także, że to Alice Cooper zapoczątkowali zwyczaj rzucania bielizny przez publiczność na scenę.

AC: To było bardzo zabawne, bo zawsze byliśmy dość teatralnym zespołem - nawet w szkole średniej. Ludzie nie wiedzieli jak nas odbierać i postrzegać. Wiedzieli, że jesteśmy dobrym zespołem, ale gdy zobaczyli te wszystkie elementy teatralne, okazało się to dla nich zbyt trudne do strawienia. To nie był jeszcze odpowiedni moment na tego typu performance. Dopiero później nadeszły lepsze czasy i wtedy staliśmy się naprawdę wielcy. Natomiast pomysł z dodawaniem majtek do płyty „School’s Out” wziął się stąd, że gdy jesteś małolatem - powiedzmy  czternastolatkiem -  i siedzisz w szkole, a hormony buzują, przychodzą ci do głowy różne myśli, które oczywiście rodzą wielorakie potrzeby. Wymieniasz się z kumplami ze szkolnej ławy doświadczeniami w kontaktach z dziewczynami i kolejnymi poziomami wtajemniczenia w tej materii, które czynią z ciebie prawdziwego mężczyznę (śmiech). Teraz oczywiście się zgrywam, bo przecież nie to świadczy o tym, czy jesteś prawdziwym facetem. Te majtki, które dodawaliśmy do płyt, stanowiły niejako symbol tych ‘podbojów’. Żart polegał także na tym, że gdy przynosiło się „School’s Out” do domu, to najgorzej reagowali na nie rodzicie. Wielokrotnie słyszeliśmy od dzieciaków, jakie wzburzenie one wywoływały w ich domach. Paranoja, ile może wywołać zwykła bielizna (śmiech).

MM: Rozumiem, że sam również miałeś podobne doświadczenia, będąc nastolatkiem?

AC: Ze mną było jeszcze inaczej, bo zawsze byłem dość ekscentryczną osobą. Chodziłem do szkoły plastycznej. Wiedziałem, że raczej na pewno skończę w show biznesie, a nie na przykład jako nauczyciel matematyki, czy chemik (śmiech). Kiedy pojawili się The Beatles, znalazłem swoje miejsce, do którego zacząłem dążyć. Kiedy potem założyłem zespół z moimi kolegami Dennisem Dunawayem, Glenem Buxtonem i Johnem Speerem, każdy z nich był albo w szkole plastycznej, albo studiował dziennikarstwo. Stało się więc dla nas czymś naturalnym przeniesienie fascynacji plastycznych i teatralnych na scenę.

MM: To był etap The Earwigs?

AC: Tak. Nazwę wzięliśmy od peruk, które nosiliśmy na scenie, a które sięgały za uszy, czyli oczywiście w stylu The Beatles. I z czasem zrobiliśmy się naprawdę dużym zespołem. Im bardziej byliśmy odrażający, bezwstydni i im bardziej nienawidzili nas rodzice, tym bardziej kochały nas dzieciaki.

MM: Wspomniałeś naukę w szkole plastycznej. Wiem, że nadal malujesz. Czy twórczość Salvadora Dalego i dadaistów wciąż Cię inspiruje?

AC: Można tak powiedzieć, bo to były moje wczesne inspiracje. Przez jakiś czas nie malowałem, ale w trakcie pandemii wróciłem do tej aktywności. Ostatnio skończyłem serię 7 obrazów, które być może już niebawem zostaną pokazane światu. Powrót do malarstwa sprawił mi sporo frajdy, więc na pewno na tym nie poprzestanę. 

MM: Myślę, że prawdziwą atrakcją byłaby wspólna wystawa Twoich obrazów i Ronniego Wooda z The Rolling Stones.

AC: O tak! Ronnie jest wspaniałym malarzem. Uwielbiam jego prace! Zresztą w świecie rocka mnóstwo jest i było świetnych malarzy, że wspomnę Davida Bowiego, Berniego Taupina, czy Boba Dylana.

MM: Nie mogę nie zapytać o The Beatles. Wiem, że imprezowałeś z Johnem Lennonem. Rozumiem, że pozostałych trzech członków Wielkiej Czwórki również poznałeś?

AC: Tak, i od razu rozwieję wątpliwości, bo usłyszałem ostatnio od kogoś, że byłem członkiem Ringo Starr All-Star Band. To bzdura – nigdy nie byłem w tym zespole, choć znam Ringo bardzo dobrze i wielokrotnie bywałem w jego domu. Podobnie jest z Paulem, który zresztą udzielił się na pierwszej płycie naszej grupy Hollywood Vampires (stworzonej z Joe Perrym z Aerosmith i Johnnym Deppem – przyp. MM). Natomiast rzeczywiście z Johnem dość ostro imprezowaliśmy, kiedy przebywał w Los Angeles (słynny „Stracony Weekend” – przyp. MM). Nigdy nie pogodziłem się z jego odejściem. Z kolei z Georgem Harrisonem spotkałem się kilkukrotnie w Nowym Jorku. Jak więc widzisz, poznałem całą Czwórkę nie tylko od strony zawodowej, ale i prywatnej. Każdy z nich jest lub był bardzo miłym człowiekiem.

MM: Chciałbym wrócić jeszcze na moment do filmu „Super Dooper Alice Cooper”, który kończy się w bardzo ciekawym momencie, kiedy wracasz do czynnej działalności po zarzuceniu używek i jesteś promowany w MTV. Potem nagrywałeś kolejne udane płyty i stałeś się właściwie celebrytą. Dlaczego to nie zostało już ujęte w tym filmie?

AC: Myślę, że wynikałoto z wizji reżysera, który chciał pokazać całą drogę jaką przeszedłem, aż do momentu osiągnięcia pełnej trzeźwości. Natomiast zgadzam się z Tobą, że dalej również działy i nadal dzieją się interesujące rzeczy, które nadają się na drugą część tego filmu.

MM: Nie będę Cię pytał o lata 80., ale jestem ciekaw jak postrzegasz kolejną dekadę.

AC: Wtedy rozwinęła się formuła koncertów Alice Cooper. Tworzyliśmy bardzo wysoce energetyczny, rockandrollowy show. Nie było jednak wówczas zbyt wiele rock and rolla, bo na dobre wkroczyła muzyka dance i hiphop.

MM: A grunge?

AC: Grunge był kolejnym etapem. Wszystkie zespoły z tego nurtu zawsze odnosiły się do mojej twórczości. Chris Cornell, czy Eddie Vedder zawsze mówili o inspiracjach muzyką Alice Cooper, Aerosmith i Kiss. Podobnie zresztą było wcześniej z Guns N’ Roses. Byliśmy dla nich jak starsi bracia. Dla nas tymi starszymi braćmi byli Jim Morrison, czy Jimi Hendrix. I te wszystkie zespoły są przedłużeniem hard rocka. Foo Fighters, Guns N’ Roses, Scorpions, Aerosmith, czy my – zawsze będziemy zespołami hardrockowymi. Poza tym byliśmy inspiracją też dla tych poczochrańców z Sunset Strip w latach 80…

MM: Hairmetalowców?

AC: Tak! Ci wszyscy popaprańcy z Mötley Crüe, czy Ratt. Wielu członków tych wszystkich zespołów dzwoniło do mnie, żaląc się głównie na problemy z narkotykami. Widzieli, że mnie się udało, więc zwracali się o pomoc do mnie. Nie bawiłem się jednak w ich ojca, mówiąc: nie bierz tego, nie zażywaj tamtego. Mówiłem im, że są w połowie drogi do wyjścia z tego stanu i kontaktowałem ich z ludźmi, którzy pomagali im wyjść z takich, czy innych problemów - niekoniecznie z uzależnień. Nigdy jednak w latach 80. nie chciałem być jednym z nich. Nie chodzi o to, że nie podobała mi się ich muzyka, tylko o to, że w większości nagrywali ją pogubione dzieciaki, które chciały się szybko zabawić i oczywiście jednocześnie wzbogacić. 

MM: Wymieniłeś Foo Fighters. Nie jestem pewien, czy po śmierci Taylora Hawkinsa ten zespół powróci… (dzień po naszej rozmowie Foo Fighters ogłosili dwa koncerty ku czci Hawkinsa w Los Angeles i w Londynie – przyp. MM)

AC: Taylor był fantastycznym gościem. Był jak chodzący ładunek energii, a do tego był bardzo sympatyczny. Pamiętaj jednak, że to Dave Grohl jest silnikiem Foo Fighters. Poza tym – on też jest perkusistą! Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Nirvanę, gapiłem się tylko na Dave’a. Pomyślałem: kim jest ten gość?! Napieprza w bębny jak opętany! Postanowiłem, że jeśli Nirvana się rozpadnie – od razu przechwycę Dave’a (śmiech). Historia pokazała, że dobrze, że tego nie zrobiłem.


MM: Przechodząc do czasów współczesnych – na swoją ostatnią płytę „Detroit Stories” zaprosiłeś wielu znakomitych muzyków rockowych z Detroit. Zabrakło mi jednak na niej postaci właściwie najważniejszej z tego kręgu – Iggy’ego Popa.

AC: Iggy i ja nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. On jednak mieszka na Florydzie i jest równie zapracowany jak ja. Jest jednocześnie w niemalże każdym punkcie planety (śmiech). A płytę nagrywaliśmy w Detroit i naprawdę ciężko go było ściągnąć z Miami. Całkowicie się z Tobą zgadzam – jeśli opowiadam komuś o scenie Detroit, pierwszą osobą, którą wymieniam, jest Iggy. On jest symbolem rocka w tym mieście. Bardzo chciałbym go mieć na tej płycie, natomiast nie było to możliwe czasowo. Wierzę jednak, że płyta mu się podoba, bo opowiada o naszym mieście, które obaj staramy się jak najlepiej promować.

MM: A dlaczego ten album zaczyna się od utworu „Rock & Roll” z repertuaru The Velvet Underground? To był przecież zespół z Nowego Jorku.

AC: Owszem, ale fakt, że znałem bardzo dobrze Lou Reeda i to, że Bob (Ezrin, producent – wielokrotnie pracujący z Alicem Cooperem, a także z m.in. Pink Floyd, Kiss, czy Peterem Gabrielem – przyp. MM) wyprodukował jego album „Berlin”, sprawiła, że wątek Lou pojawił się w naszych rozmowach. Ta piosenka wydała nam się idealnym utworem otwierającym płytę. Zmieniliśmy też minimalnie tekst z Then one fine morning, she puts on a New York station na Then one mornin', on a Detroit station. Lou Reed w ogóle nie miałby nic przeciwko temu, ale żeby wszystko odbyło się poprawnie, zagraliśmy naszą wersję jego żonie – Laurie Anderson. Stwierdziła, że Lou pokochałby to, co nagraliśmy i dała nam swoje błogosławieństwo.

MM: Czy Lou Reed rzeczywiście był tak nieprzyjemnym człowiekiem w obyciu, jak się o nim mówi i pisze?

AC: Ja nie miałem z nim takich doświadczeń.Nie miałem z nim żadnych problemów personalnych, ani żadnych innych. Podobnie mam zresztą z Axlem Rosem. Ludzie mówią, że zachowuje się jak primadonna i jest wrzodem na dupie. Nigdy czegoś takiego z jego strony nie uświadczyłem. Albo z Genem Simmonsem z Kiss… Wydaje mi się, że jak w kręgu rockowym kogoś szanujesz, a ja zawsze podchodzę do muzyków z szacunkiem, to inaczej cię traktują.

MM: Swoją drogą - nie konkurowaliście nigdy z Kiss w kwestii wizerunków scenicznych, czy też produkcji koncertowej?

AC: Nie. Co więcej – powiedziałem im, gdzie najlepiej kupować farby do makijażu. Poza tym dałem im kilka wskazówek, jak go stosować oraz by nie robili takiego jak mój, bo inaczej prasa nie da im żyć. Oni wybrnęli z tego bardzo sprytnie – stwierdzili, że jeśli jeden Alice Cooper jest tak popularny, to co dopiero czterech takich jak on (śmiech). Stworzyli na tej postawie zupełnie odrębną jakość, zmieniając się w postacie niemalże komiksowe. Tymczasem Alice Cooper to raczej „Upiór w operze”, a Bowie był przybyszem z kosmosu. W związku z tym każdy z nas miał swoją ‘teatralność’. Nigdy jednak nie patrzyłem na Kiss jak na konkurentów. Zawsze podobały nam się wzajemnie nasze produkcje.

MM: Słyszałem kiedyś taką opinię, że jeżeli ktoś opowiada o muzycznym biznesie i w ogóle o branży muzycznej w latach 70, to prawdopodobnie go tam nie było.

AC: (śmiech) Dobre!Dużo w tym prawdy! Mogę z całą pewnością przyznać, że lata 70. były nieustanną imprezą. Nie wiem, jakim cudem większość muzyków zdołała przetrwać ten okres. Sam musiałem skończyć wszelkie przygody z używkami w 1983 roku, bo inaczej bym umarł. Od tego czasu jestem całkowicie czysty. Miałem jednak sporo szczęścia, bo powinienem już nie żyć znacznie wcześniej. Praktycznie nie przestawałem imprezować. Doszedłem jednak do momentu, w którym uznałem, że muszę z tym skończyć, jeśli chcę dalej funkcjonować. Niebagatelną rolę odegrała też w tym moja rodzina. Podobną drogę obrali zresztą także Aerosmith i Iggy Pop. Wielu z nas musiało podjąć taką decyzję dla własnego dobra. Jeśliby się tak nie stało – wszyscy byśmy zmarli.

MM: Steven Tyler z Aerosmith niedawno znów wrócił na odwyk.

AC: Niestety, przez wiele lat udawało mu się prowadzić życie w trzeźwości i z dala od narkotyków.  Steven przeszedł operacje swoich stóp – miał z nimi sporo problemów. Lekarze przepisali mu środki przeciwbólowe, które miały uśmierzyć ból. Steven jednak uzależnił się od tych medykamentów… Na szczęście zorientował się w miarę szybko i od razu zgłosił się do szpitala i na odwyk. Zdawał sobie po prostu sprawę z problemu. Myślę, że nic mu nie będzie i niebawem Aerosmith wrócą do czynnego grania. Musimy jednak na siebie wszyscy uważać, bo nie jesteśmy już najmłodsi. Mam 74 lata i mogę dawać 5-6 koncertów tygodniowo, bo jestem w świetnej formie. Wynika to z tego, że nigdy nie paliłem, od prawie 40 lat nie piję alkoholu i nie zażywam narkotyków. Do tego dodałbym bardzo szczęśliwe małżeństwo (Alice Cooper jest mężem Sheryl Goddard od 46 lat – przyp.MM) i bardzo sprawny managment. Stworzyłem dla siebie strefę pozbawioną stresu. Uwielbiam koncerty! Nie muszę jeździć w trasy koncertowe, ale chcę. Był takie momenty, że musiałem jeździć w trasy, a teraz po prostu to uwielbiam.

MM: Dbasz o siebie jakoś szczególnie na trasie: osobisty trener, joga itp.?

AC: Przede wszystkim mam dietę niskosodową. Nie jadam zbyt wielu solonych i słodzonych potraw. Nie jestem jednak wegetarianinem, więc poza tym mogę jeść, co chcę. Są dni, kiedy jem tylko warzywa, a są też takie, gdy pozwalam sobie na stek, czy cheesburgera. Nie mogę jednak jeść takich rzeczy codziennie. Zresztą nie możesz stołować się codziennie np. w McDonaldzie, bo umrzesz. Dziś ważę około 145 funtów (około 65 kg) i jestem w życiowej formie.

MM: Do tego pewnie dochodzi gra w golfa, której jesteś czynnym pasjonatem. Może to głupie pytanie, ale mimo wszystko je zadam: grałeś z Tigerem Woodsem?

AC: Tak, znam Tigera od 1995 roku. To niesamowity gość – kiedy uderza piłkę golfową, to ona inaczej brzmi, ma inną trajektorię lotu, czy siłę, niż te po naszych amatorskich uderzeniach. On jest jak The Beatles - jest on, a potem jest cała reszta (śmiech). Gram w golfa nawet 6 razy w tygodniu. Grałem także z Philem Mickelsonem i całą resztą czołówki na dużych turniejach. Regularnie gram w Phoenix Open.

MM: A kto z muzyków jest najlepszym golfistą?

AC: Będziesz zaskoczony - Adrian Young, perkusista No Doubt. Jest tak zwanym scratch golferem (minimalna ilość uderzeń na jedną rundę, zerowy handicap – przyp. MM) i jest w tym bardzo dobry. Ja jestem dwuhandicapowym golfistą. Dweezil Zappa również jest bardzo dobrym graczem. Brandon Flowers, wokalista The Killers też świetnie sobie radzi na polu golfowym. Tak naprawdę w muzyce rockowej jest może 10 dobrych golfistów oraz mnóstwo takich, którzy po prostu lubią grać w golfa.

MM: Wspomniałeś wcześniej o Hollywood Vampires. Wasz koncert w Polsce w 2020 roku został odwołany z powodu pandemii. Zagracie jeszcze w naszym kraju?

AC: Tak, myślę, że będzie to możliwe. Ostatnio nie mieliśmy za bardzo czasu, by pograć, bo jak pewnie wiesz – Johnny był nieco zajęty (śmiech).

MM: Ubiegłeś moje kolejne pytanie: co czułeś, gdy ogłoszono wyrok w sprawie Heard-Depp?

AC: Wiedziałem jedno – Johnny nigdy w życiu by jej nie uderzył. Bywałem w ich domu wielokrotnie i znam go bardzo dobrze. To jedna z najbardziej empatycznych i życzliwych osób, jaką kiedykolwiek poznałem. Jest też bardzo dobrym i moim zdaniem – bardzo niedocenianym gitarzystą. Razem z Joe stanowią siłę tego zespołu. Zresztą zobacz sam – Johnny gra teraz z Jeffem Beckiem, a to mówi samo za siebie. Wracając do tematu - wiedzieliśmy jednak, że Johnny’emu nic mu nie grozi. Ale powiem Ci, że byłem nieco zdziwiony, że nie zostałem wezwany na świadka w tej sprawie, bo jak mówię – bywałem w ich domu wielokrotnie i widziałem, jak wyglądały ich relacje.

MM: Zawsze zastanawiało mnie, czemu Hollywood Vampires firmujesz głównie Ty i dwóch gitarzystów.

AC: To się może zmienić, bo od paru lat gra z nami Glen Sobel, natomiast dwa lata temu został wybrany najlepszym perkusistą rockandrollowym na świecie (tu Alice się pomylił – Glen został nagrodzony takim tytułem 6 lat temu –przyp. MM). A od 11 lat gra w moim zespole, więc wybór był niejako naturalny. Kiedy ściągnąłem go do Vampires, wszyscy stwierdzili, że jest zajebisty. Wcześniej podobna sytuacja miała miejsce z Tommym Henriksenem, który również gra w moim zespole. Mówiłem Ci, że Joe i Johnny stanowią o sile Hollywood Vampires. Tommy jest w zespole głównym aranżerem. Do tego dochodzi Chris Wyse na basie, którego pewnie znasz z The Cult. Jesteśmy jednak otwarci, ten zespół ma formułę grupy jammującej, dlatego różni muzycy dołączają do nas przy różnych okazjach. Na płytach grali z nami Jimmy Page, Paul McCartney, Jeff Beck, Dave Grohl, czy Perry Farrell. A że na plakatach, czy zdjęciach pojawiamy się tylko we trzech, to wyłącznie zabieg marketingowy. Wszyscy jednak wiemy, że Hollywood Vampires to pełnoprawny zespół.

MM: Szykujecie też ponoć nową płytę. W pełni autorską, jak rozumiem?

AC: Na to wygląda. Pierwsza płyta (wydana w 2015 r. – przyp. MM) zawierała wyłącznie covery. Na wydanej w później „Rise” już było więcej wspólnych nagrań. Myślę, że ta nowa będzie zawierała jeszcze mniej coverów. To jest po prostu coś, co nadal robimy – piszemy piosenki.

MM: Twoje koncerty mają mnóstwo cech teatralnych, ale też dużo elementów rodem z horrorów. Czy w związku z tym przez tyle lat występów zdarzyła CI się jakakolwiek niebezpieczna sytuacja?

AC: (śmiech) Tak - pamiętaj, że to ja daję głowę pod gilotynę i spada na mnie osiemnastokilowe ostrze, które omija mnie raptem o kilka cali! Muszę mieć pewność, że wszystko działa jak należy. Powtarzam jednak całej produkcji, żeby budowali wszystko tak, by nikt nie został ranny, by nikomu nic się nie stało. Na szczęście przez tyle lat występów nic złego nie stało się ani mnie, ani żadnemu z członków mojego zespołu.

MM: Dziekuję za rozmowę. 


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load