Wywiady

Rare Americans

2022-08-31

Kanadyjska grupa Rare Americans powstała w 2018 roku podczas wyjazdu na Karaiby dwóch braci Jareda i Jamesa Priestnerów. Od tego czasu zespół wydał cztery płyty, zagrał trasy po Ameryce Północnej i Europie (w tym koncert w warszawskiej Hydrozagadce 9 czerwca tego roku) i zdobywają status jednego z najbardziej kreatywnych zespołów na współczesnej scenie indie. Mieliśmy przyjemność porozmawiać z Jamesem Priestnerem, który opowiedział nam o wielu aspektach działalności Rare Americans.

Rozmowa z: James Priestner

- Nowy album Rare Americans “You're Not a Bad person, It's Just a Bad World” to wasza czwarta płyta wydana w ciągu 4 lat. Tempo imponujące! Jak udało się wam znaleźć czas na tworzenie muzyki, nagrywanie jej i w dodatku granie koncertów?

- Pisanie piosenek to coś, co kochamy robić. To był i jest filar tego zespołu od pierwszego dnia jego istnienia. Szczerze mówiąc: na początku istnienia Rare Americans nie planowaliśmy grania koncertów, po prostu chcieliśmy tworzyć kompozycje i wypuszczać je w świat. Gdy tylko nabraliśmy pewności siebie zapragnęliśmy spotykać naszych fanów i dzielić się z nimi tym doświadczeniem. Więc postanowiliśmy wystartować z koncertami. Zawsze staramy się być o jedną płytę do przodu niż to, co obecnie wypuszczamy na światło dzienne. To oznacza, że jeśli wydaliśmy “You're Not a Bad person, It's Just a Bad World”, to mamy już nagrany kolejny projekt. I tak rzeczywiście jest. Jest dla nas priorytetem umawianie spotkań kompozytorskich i sesji nagraniowych dzięki czemu nie tracimy z oczu tego, co napędza ten projekt: tworzenia muzyki.

- Jak tworzycie piosenki i co jest pierwsze: teksty czy muzyka?

- Nie mamy jednego sposobu. Bardzo często piosenki powstają na gitarze akustycznej. Zarówno ja, jak i mój brat Jared, jesteśmy raczej zgodnymi kompozytorami, więc gdy się spotykamy przynosimy pomysły, które wykładamy na stół. Następnie łączymy nasze siły, wymyślamy szkice piosenki (słowa, melodię, aranżacje), po czym zabieram piosenki do Vancouver, gdzie już pracujemy nad nimi z całym zespołem.

- Tytuł płyty został zaczerpnięty z tekstu piosenki „Better Man”. Dlaczego wybraliście akurat ten fragment tekstu?

- Dzięki, że uważnie przesłuchałeś tę płytę i wyłapałeś ten fragment tekstu. To dużo dla nas znaczy. Wygląda na to, że świat jest teraz bardziej podzielony niż był kiedykolwiek do tej pory, a przynajmniej za mojego życia. Trudno jest wiedzieć, co jest dobre, a co złe, jaka jest właściwa postawa w tych kontrowersyjnych tematach. W dzisiejszych czasach jest tyle hałasu, tyle różnych opinii i „faktów” na różne tematy. Fake newsy! Wydaje się, że ta pandemia powoduje, że jest to niesamowicie zagmatwany czas. Jeśli nie podzielasz tych samych opinii na jakiś temat jesteś tym złym! Najlepszym przykładem jest sprawa tenisisty Novaka Djokovicia. On nie chce się zaszczepić. Takie jest jego prawo, opinia i jego pogląd. Kim ja jestem, aby twierdzić, że on jest paskudną osobą dlatego, że nie chce się zaszczepić? Świat zaatakował go ze zdwojoną siłą. Ja jestem w pełni zaszczepiony, gdyż uznałem, że była to właściwa decyzja dla mnie i takie było moje prawo. Z pewnością on uznał, że decyzja o niezaszczepieniu się była dla niego najlepsza i dlaczego ja mam twierdzić, że on jest egoistyczny bądź robi źle? Używam tego przypadku jako jednego z wielu przykładów tego, że musisz wybrać opowiedzenie się po jednej ze stron w złożonej sprawie, w której nikt z nas nie jest ekspertem. Wydaje się, że wszyscy jesteśmy nieco zagubieni w tym hałasie i obecnie trudno jest radzić sobie z problemami. To prawie jak „instagram vs. rzeczywistość”. Całkowicie nieosiągalne standardy piękna, z którymi żyjemy. Może to powodować, że trudno nam jest akceptować samych siebie. Przez pryzmat tego, uważaliśmy, że cytat “You're Not a Bad person, It's Just a Bad World” ma dużo sensu. To niemal wezwanie, abyś poklepał się z aprobatą po ramieniu i powiedział sobie: „Jesteś w porządku”.

- Historia o tym, jak pojechałeś z bratem na Karaiby i tam założyliście Rare Americans jest anegdotyczna, ale czy pamiętasz ten moment, kiedy zdaliście sobie sprawę, że chcecie tworzyć muzykę pod tym szyldem?

- To był uzależniający proces. Gdy wydaliśmy utwór „Cats, Dogs & Rats” i w ciągu jednej nocy zaczęły się nabijać odsłony na YouTubie, nie mogłem robić niczego innego jak tylko odświeżać statystyki odtworzeń. Zaczęliśmy czytać komentarze i odpowiadać na nie. Niektóre z nich były naprawdę poważne. Ludzie dzielili się swoimi prywatnymi historiami, pisali o tym, jak nasze piosenki pomagają im w tych trudnych czasach. To było najlepsze. Pomyślałem sobie: „Hey, jeśli to co tworzymy może pomagać innym w ich życiach, to co może być lepsze niż to?”. Z każdym kolejnym wydawnictwem zdobywaliśmy nowych słuchaczy i fanów i chciałem dzielić się swoimi doświadczeniami osobiście.


- Jesteście zespołem działającym według zasady DIY („do it yourself”). Jakie są plusy i minusy takiej strategii działania?

- Możemy robić to, na co mamy ochotę, co jest wspaniałe. Możemy pisać o czym tylko chcemy, nagrywać w takich stylach muzycznych jakich chcemy i nikt nam nie mówi, że mamy robić coś w jeden sposób. Cieszy nas to, że mam prawa do naszych nagrań i będziemy je mieli aż do końca naszego życia. Czuję się dziwnie ze świadomością, że pompujemy naszą energię w tworzenie czegoś, a jakaś korporacja zabiera do tego prawa na zawsze. Z kolei minusem bycia zespołem DIY jest to, że jesteśmy małym zespołem ludzi. To oznacza nieustanną pracę aby cały czas iść naprzód i próbowanie, aby równoważyć wszystkie elementy biznesu. Nie siedzimy całe dnie tylko pisząc piosenki i robiąc sesje zdjęciowe. Musimy być w dobrej kondycji finansowej, musimy wymyślać strategie marketingowe, projektować nasz merch, prowadzić nasz sklep internetowy i kierować wszystkim, a na dodatek jeszcze grać koncerty! To jest kierat, ale na koniec dnia jest to satysfakcjonujące!

- Rare Americans tworzycie wy dwaj – bracia Jared i James. Ale w składzie jest także trzech innych muzyków: gitarzyści Lubo Ivan i Jan Cajka oraz perkusista Duran Ritz. Czy Rare Americans możemy nazwać „projektem braci Priestner” czy jest to jednak pełnoprawny zespół ze wszystkimi muzykami w równym stopniu zaangażowanymi w obowiązki?

- Chciałbym myśleć, że jesteśmy jedną drużyną. Oczywiście, ja i Jared stoimy na czele projektu, ale nie sądzę, aby było to niepodobne to funkcji korporacyjnego założyciela i prezesa. Taka jest rola lidera, prawda? Aby dostarczyć wizję, aby być marzycielem, widzieć szerszą panoramę całości. Każdy muzyk Rare Americans ma dwa etaty. Pierwszym z nich jest muzyka, pomaganie, abyśmy tworzyli jak najlepsze kompozycje i granie jak najlepszych koncertów. Drugim etatem jest działalność biznesowa. Duran prowadzi wszystkie nasze social media i jest odpowiedzialny za naszą markę w sieci. Jest także naszym grafikiem komputerowym. Jan zbiera dla nas informacje. Pracował dla IBM i jest wielbicielem danych. Tworzy cotygodniowe raporty ze streamingów, social mediów, finansów i sprzedaży towaru. Szuka również wzorów na bazie których opieramy nasze decyzje. Lubo jest autorem materiałów promocyjnych, nieustannie nagrywa filmy i dostarcza nam materiały. Zajmuje się także „specjalnymi projektami”, które się pojawiają. Sądzę, że moją rolą jest kierować tą drużyną, dostarczać wizję i podejmować decyzje.

- Niezwykle istotną częścią waszej działalności artystycznej są animowane teledyski. Dlaczego postanowiliście tworzyć takie właśnie filmy i kto jest odpowiedzialny za scenariusze oraz reżyserię?

- Kiedy wystartowaliśmy, tworzyliśmy klipy będące połączeniem animacji i elementów nagrywanych z aktorami. Wybraliśmy drogę animacji z kilku powodów. Po pierwsze: to mniej zatłoczona przestrzeń. Więcej artystów tworzy normalne teledyski, więc pomyśleliśmy, że klipy animowane mogą być niszą, która nas wyróżni od innych artystów. Po drugie: filmy animowane umożliwiają nam ożywienie historii z naszych piosenek. Normalne teledyski z aktorami kosztowałyby nas tysiące dolarów i wymagałyby miesięcy pracy. Mając studio do tworzenia animacji możemy wymyślać koncepcje, przekazywać je dalej i mamy to z głowy. Dla nas to o wiele bardziej wykonalny cykl pracy, gdy mamy jeszcze inne obowiązki.

- Wystartowaliście w 2018 roku, macie wydane cztery płyty, graliście trasy po Ameryce Północnej i Europie, macie miliony odtworzeń muzyki na platformach stremingowych. Jakie macie długofalowe plany i jak sobie wyobrażasz Rare Americans w 2030 roku?

- To bardzo dobre pytanie. Mamy wspaniałe plany na przyszłość. Moim głównym celem jest to, aby Rare Americans grali koncerty w miejscach dla ponad 3000 osób. Wciąż jesteśmy od tego dalecy, ale przy dobrych wiatrach nie jest to takie nierealne. A misją naszego zespołu jest pozytywnie oddziaływać na życia milionów dzieciaków na całym świecie. To pierwsze i naczelne założenie naszej grupy. 

- Dziekuję za wywiad. 

Foto: Janisa Dedovic


Rozmawiał: Grzegorz Szklarek


End of content

No more pages to load