Recenzje

2018-03-18
Jack White - "Boarding House Reach"
Muzyczna metamorfoza Jacka White'a na jego nowym albumie została opisana dla nas przez Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Jack White
Wytwórnia: Third Man Records / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Jack White się nie myli. Jeśli kiedykolwiek określenie innowator rock’n’rolla (które pewnie nosi już na wizytówce) pasowało do jego muzyki, to właśnie na nowej płycie. Zanim jednak dobierzemy się do jej zawartości, musimy zmierzyć się z tą okładką. Podoba mi się fakt, iż Jack trzyma się błękitów w grafice swoich solowych płyt (w przeciwieństwie do czerwieni na frontach płyt The White Stripes). Jednak tym razem ten błękit razi prądem na odległość. Chciałbym zobaczyć miny tych, którzy wielbią go za to ciepłe, rustykalne brzmienie, gdy usłyszą elektroniczną perkusję wyciętą cesarskim cięciem z czasu rave’ów lat 90-tych. Te przestrzenne klawisze, te głosy disco-robotów; a zaraz obok nich szafa grająca, chóry gospel, organy w przytulnym kościółku, duchy country, minimalizm, radykalnie przetworzona gitara. No i słowa, pełne zagadek i dziwacznych historii, układające się wraz z muzyką w awangardowy kolaż. Ta muzyka to prowokacja, podobnie jak ta okładka, stylowo nie odbiegająca od ulotek czeskiej sekty Anioły Nieba, dzielnie walczącej z czipującymi ludzkość jaszczurami z piekła.

Nowa płyta Jacka White’a pokazuje dobitnie, że czas pokoleniowych riffów minął. Zamiast nich nastał dzień innowacji, sztuki, szaleństwa, awangardy, art-rocka, syntezatorów i wokoderów a’la Daft Punk (bo takie też tu są). Nie wiem, czy Jack świadomie zmierzał do czegoś takiego, gdy zmienił czerwień na błękit. Z całą pewnością jego poprzednie solówki – „Blunderbuss” oraz „Lazaretto” – nie przygotowują słuchacza na to, co znajduje się na „Boarding House Reach”. Jest to skok o kilka posunięć naprzód, jednocześnie zachowując swoją doskonale kreowaną świadomość i tożsamość. Żegnajcie rock’n’rolle – witaj Franku Zappa, Kapitanie Beefheart, oraz wszystkie inne świry awant/art-rocka: David Byrne, Brian Eno, Jason Pierce, Anton Newcombe, Panda Bear/Animal Collective. Na nowej płycie Jack White nie tyle udoskanala swoją muzykę, co kreuje ją od nowa. Wydaje się ona być dziełem, do którego zmierzał całe swoje życie, jak Brian Wilson ze „SMiLE”. Ocena będzie oczywiście spoczywać w duszach słuchaczy, ale jedno jest pewne – mamy do czynienia z wielką płytą.

Co ciekawe, na singla pilotującego ten krążek została wybrana piosenka względnie normalna i niedaleka od dotychczasowych dokonań Jacka, czyli „Connected By Love”. Jest to sympatyczny utwór, z charakterystycznymi chórami gospel, ale który spokojnie znalazłby swoje miejsce na „Lazaretto”. To jednak tylko kolejna prowokacja; „Connected...” w żaden sposób nie oddaje tego, co dzieje się dalej. To doskonałe posunięcie marketingowe ze strony Jacka: na początek zaserwujemy przystawkę, dosyć przewidywalną, żeby nie powiedzieć oklepaną (na płycie zajmuje ona słusznie pierwszą pozycję).  To, co jednak stanie się dalej będzie miało efekt gromu z jasnego nieba. Jack uruchamia syntezatory, organy, bit-maszyny, sekwencery, sample, wokodery, przetwarzając swoją gitarę do granic wytrzymałości, oraz wyśpiewując (często wykrzykując) słowa tyle natchnione, co pomylone. Przestrzeń w której się znajdujemy to transmisja ponadprzeciętnie kreatywnego umysłu, który przeprowadza nas przez kolejne fazy swojego świadomego snu, aż do spokojnego happy-endu.

Wszystko to piszę z punktu widzenia kogoś, kto nigdy tak naprawdę nie darzył Jacka tym szacunkiem, jaki zaskarbił sobie u swoich fanów. Nigdy nie widziałem w nim tego osławionego innowatora, chociaż przyczynił się on popularności stylu vintage, osadzonego w bluesie, garażu i szarpiącym rocku a’la „Rumble” Linka Wraya. Tymczasem „Boarding House Reach” to zupełnie nowe rozdanie. To gość, który oddycha muzyką (podobnie jak Steven Wilson) i potrafi przekładać to na kreatywność i poszukiwania. Kroczy swoją ścieżką, ma swój rozpoznawalny styl, własną wytwórnię – ba, nawet własną tłocznię winyli. Ale ta nowa płyta, jak pisałem wcześniej, to przeskok o kilka pól na planszy. To zupełnie nowe terytorium, do którego w magiczny sposób znalazł się klucz. Zamiast „Connected...” radzę posłuchać takich numerów jak „Hypermisophoniac”, „Ice Station Zebra”, „Respect Commander” czy „Get In The Mind Shaft”. To Jack jakiego możecie nie znać, ani nawet podejrzewać o takie cuda. O ile tylko nie wyrzucicie tej płyty przez okno wraz z tą okładką.

Autor: Jakub Oślak