The Durutti Column - Renascent

Pionierzy muzyki niezależnej z Manchesteru wracają z pierwszą od 16 lat premierową płytą. Jak wypada nowy krążek Viniego Reilly biorąc pod uwagę jego problemy ze zdrowiem?
Nowa płyta The Durutti Column to radosna nowina. To znak, że kondycja Viniego Reilly wciąż pozwala mu tworzyć. Lider tego projektu boryka się od wielu lat z poważnymi problemami natury zdrowotnej – trzy udary mózgu, postępujący artretyzm i depresja zakończyły jego działalność sceniczną, oraz wymusiły naukę gry na gitarze zupełnie od nowa. A przecież to jego formalne wykształcenie muzyczne, w tym klasyczno-jazzowe umiejętności operowania gitarą, stanowią esencję i cały sens tego, dlaczego w tym momencie w ogóle mówimy o The Durutti Column.
Ten założony w Manchesterze pod koniec lat 70 zespół to jeden z pierwszych projektów, jakie legendarny Tony Wilson wydał w swoim Factory. A gdy za produkcję ich debiutu odpowiadał Martin Hannett, wtedy mamy te same okoliczności, jakie zrodziły Joy Division. A przecież muzyka The Durutti Column to zupełnie przeciwieństwo brzmienia flagowych przedstawiciele post-punka. Oni też chcieli tak grać, ale w duszy Viniego siedziały dźwięki, które nijak nie pasowały do tego nurtu. W zasadzie, nie pasowały one do niczego, co było wówczas popularne.
Sam Vini wspominał, że to właśnie Hannett wyłowił muzykę Durutti z jego głowy, otoczył właściwymi muzykami i sprzętem studyjnym. Jego styl to czyste improwizacje, grane na gitarze elektrycznej tak, jak na gitarze akustycznej grał Ralph Towner. W jego brzmieniu można doszukać się korzeni shoegaze i dream popu, co tłumaczy dlaczego widownia przypomniała sobie ostatnio o Durutti. Swoje dołożyli Blood Orange, którzy użyli sampli gry Viniego, oraz sam Harry Styles, który zaaranżował koncert będący hołdem dla The Durutti Column i ich dorobku.
Być może i to było czynnikiem, który pchnął Viniego i jego otoczenie do sprokurowania nowego albumu, pierwszego premierowego materiału od 16 lat. Dołączyli do niego jego najwierniejsi współpracownicy – Bruce Mitchell na perkusji oraz Keir Stewart, który ogarnął produkcję, aranżacje, bas, klawisze, a nawet wsparcie na gitarze. Vini zdaje sobie sprawę, że jest schorowany, ale jego umysł jest wciąż jasny. I to on dostał dostatecznie dużo impulsów i wsparcia, aby znów usłyszeć nowe dźwięki i przekuć je na muzykę, tak jak czynił to od 45 lat.
Pomylą się ci, którzy liczą na to, że „Renascent” jest powrotem do korzeni. Dorobek Durutti jest przepastny i znajdziemy w nim wiele skrętów z prądem i pod prąd; nie inaczej jest i teraz. Gra Viniego nie jest tu jednoznaczną osią całej akcji; złośliwi sceptycy mogą zauważyć, że produkcja przykrywa jego kruche dźwięki, aby nie raziły swoją wątłością. To kontrastuje z grą Durutti sprzed lat – z ‘samotnej’, czystej gitary w otoczeniu efektów snującej opowieści, nastroje i krajobrazy. Teraz zza kulis wychodzą na pierwszy plan jego towarzysze; bez nich Vini nie dałby rady.
Niezmienny pozostaje melancholijny, liryczny, ambientowy nastrój tych kompozycji. Gdy słucham „Renascent” nie widzę samotnego starszego mężczyzny (który nigdy nie był okazem krzepy), lecz jego łzy szczęścia gdy w studiu słucha taśm z zapisanymi czarami. W jakiś sposób jest mu przykro, że tak wyszło – wystarczy wsłuchać się w jego głos na niektórych numerach. Najważniejsze jest to, że jego ostatnie słowo nie padło 16 lat temu i nikt go nie pamięta. Teraz czas na nową muzykę, która tak jak jego debiut w jakiś sposób sama się zmaterializowała.
„Renascent” jest pięknym, ulotnym, kruchym, ale krzepiącym krążkiem, być może ostatnim w dorobku Viniego i Durutti. Jeśli tak, jest to piękne pożegnanie; jeśli nie, tym lepiej dla słuchaczy. Przypominają mi się ostatni krążki Cohena i Bowiego, który momentalnie weszły do ich klasyki. Czy „Renascent” ma podobne szanse? Na pewno zachęci do eksploracji katalogu Durutti który jest poważny. To także kolejna sytuacja, gdy gitarowa angielska alternatywa z przełomu lat 80/90 przypomina o sobie i swoim wciąż nie do końca docenionym wkładzie w historię muzyki.
