Echo And The Bunnymen - Apples For Isaac

12 lat od wydania ostatniej płyty studyjnej angielscy gwiazdorzy post-punku przynoszą nowy materiał, który niekoniecznie przypadnie do gustu fanom ich klasycznych albumów.
To nie jest dobra płyta zespołu Echo And The Bunnymen. Ten klasyczny post-punkowy zespół z Liverpoolu już od lat jest tak naprawdę solowym wehikułem twórczym Iana McCullocha. Nie jest to dla mnie przeszkoda nie do przejścia – tak długo, jak ich materiał trzyma się tej nieuchwytnej magii, z jakiej od dekad słyną ich pozycje obowiązkowe, takie jak „Ocean Rain” czy „Heaven Up Here”. Nawet ich poprzednia płyta studyjna, czyli nagrane 12 lat temu „Meteorites”, tryskała ową magią. Post-punkowy chłód, szczypta gotyku, psychodeliczne zakusy oraz ta typowo angielska pogoń za piosenką idealną – oto czym Echo And The Bunnymen od lat trzyma przy sobie wiernych fanów. Dziś zostają oni poddani niemałej próbie, zresztą nie pierwszy już raz.
„Apples For Isaac” brzmi jak dobra solowa płyta Iana McCullocha, ale słaby album Echo And The Bunnymen. Mac w zasadzie napisał ją samodzielnie i nawet obecność Willa Sergeanta jest tu mocno ograniczona, a wręcz gościnna. Mac i Will od lat stanowią trzon The Bunnymen, spajający karuzelę zmieniających się członków w jedną ciągłość. Dobrze wiemy, że nawet Mac w pewnym momencie odszedł z zespołu, zostawiając Willa samemu sobie, by ten nagrał inną kiepską płytę The Bunnymen – „Reverberation”. Tym razem role się odwróciły: w studiu został sam Mac, Will wpadł jedynie z „gościnną” gitarą, na perkusji wsparł go legendarny Clem Burke z Blondie, a produkcję wspomógł sam Alan Moulder, ale także nie w pełnym wymiarze godzin.
I tu dochodzimy do sedna mojego problemu, albowiem „Apples For Isaac” same w sobie nie są złą płytą – choć trywialną i nieskomplikowaną – o ile ktoś lubi klasyczny angielski indie rock z lat 80. w stylu The Psychedelic Furs, Modern English czy nawet The Smiths. To także wspomniana przeze mnie wcześniej obsesyjna pogoń za piosenką doskonałą, której uczestnikami byli właśnie The Smiths, a także The House of Love, The La’s czy The Stone Roses. „Apples For Isaac” brzmią jak typowy produkt kultury, z której pochodzą – na wskroś angielsko, z gorzkim humorem, uszczypliwym tekstem, dynamicznym riffem, wciągającym rytmem i krzepiącą melodią. I nic w tym złego – to po prostu solidne rzemiosło i dobra rockowa robota.
Tylko czy o to chodzi w Echo And The Bunnymen? To zespół, który był wymieniany jednym tchem obok Siouxsie and the Banshees, The Jesus and Mary Chain, a nawet Joy Division, Bauhaus i The Cure. Ich najlepsze albumy nie były tylko „dobrą robotą” – były znakiem czasu, wyznaczały standardy brzmienia oraz wciągały na długie godziny. I to nie tylko dzięki takim hymnom jak „The Killing Moon” czy „Bring on the Dancing Horses”, ale także intrygującemu uciekaniu a to w opary psychodelii à la The Doors, a to w stronę muzyki tanecznej w stylu New Order. „Apples For Isaac” wypadają w porównaniu dosyć blado – jak bardzo odległa gwiazda, która musiała coś nagrać, aby zapłacić rachunki i jeszcze raz wyjść na scenę na festiwalu gdzieś w Yorkshire.
Słuchając „Apples For Isaac”, wiem, że podziwiam solidny kawałek komercyjnego rocka, przy którym sympatycznie spaceruje się po centrum miasta, podziwiając refleksy światła odbite w szklanych ścianach wieżowców. Słychać tu Anglię – tę ich wieczną nostalgię za jakimś mitycznym, lepszym czasem, kiedy wszyscy byli piękni, młodzi i wolni, wokół kwitła zieleń, a pod niebem dryfowały dzbanki z herbatą. Ale to jest za proste jak na Echo & The Bunnymen. To brzmi wręcz prostacko, zgorzkniale, płytko i tępo. Oni potrafią więcej niż te parę chwytliwych numerów. Album „Reverberation” był przynajmniej ciekawym eksperymentem. Z „Apples For Isaac” jest gorzej – to krążek przyjemny, ale na dłuższą metę po prostu o nim zapominamy.



