Eivør – Tungl

Zanim pojawiły się syntezatory, zanim muzyka zamknęła się w gatunkach i definicjach, był głos — surowy, nieoswojony, niosący w sobie pamięć o świecie, który dawno przeminął. Właśnie do takiego źródła sięga Eivør na "Tungl". Tytuł albumu oznacza po farersku „księżyc” i trudno o lepszą metaforę dla tej muzyki: chłodnej, hipnotycznej, zanurzonej w mroku, a jednocześnie pełnej osobliwego piękna.
Dziesięć utworów tworzy opowieść o miłości, stracie, tęsknocie i przemianie. Eivør umiejętnie łączy muzyczne dziedzictwo Wysp Owczych z nowoczesną elektroniką, nie pozwalając, by tradycja stała się jedynie ozdobnikiem. Pierwotne rytmy, gardłowy śpiew i wielowarstwowa elektronika splatają się tu w dźwiękową opowieść, w której surowość dawnych tradycji spotyka się z nieoczywistą, współczesną formą. Jest w niej coś surowego i archaicznego, ale też niepokojąco współczesnego — jakby odległa przeszłość przemawiała językiem dzisiejszej muzyki.
To właśnie głos Eivør wyznacza emocjonalny rytm "Tungl". Potrafi być eteryczny i kruchy, by za chwilę zabrzmieć dziko, niemal zwierzęco. W „Og Mánin Græt” wciąga nas w gęstą, hipnotyczną atmosferę, „Verjugarðar” buduje napięcie na miarowym syntezatorowym basie, a „Healer” przywołuje mroczną ekspresję Chelsea Wolfe i dramatyzm Florence + The Machine. „Eon”, oparty na fortepianie i smyczkach, przynosi chwilę wytchnienia, ale nawet tutaj trudno mówić o pełnym ukojeniu.
Ciekawie wypada „Fangað”, w którym Eivør towarzyszy jej siostra Elinborg. Ich głosy splatają się z gardłowym śpiewem i elektroniką, tworząc spotkanie tradycji ze współczesnością. Nie wszystko działa jednak równie przekonująco. Niektóre kompozycje zbyt długo pozostają w tym samym nastroju. Hipnotyczna powtarzalność, będąca jednym z atutów albumu, chwilami ociera się o monotonię — jakby muzyka zatrzymywała się tuż przed momentem, w którym mogłaby naprawdę zaskoczyć.
Mimo tych niedoskonałości "Tungl" ma własny, rozpoznawalny charakter. Siedem z dziesięciu utworów zostało zaśpiewanych po farersku, co dodatkowo podkreśla związek artystki z jej kulturowymi korzeniami. Nie musimy rozumieć każdego słowa, by poczuć emocje. W tej muzyce język staje się nie tylko nośnikiem znaczeń, ale też instrumentem — kolejną warstwą brzmienia.
Eivør konsekwentnie rozwija własny muzyczny język, wymykający się prostym kategoriom. Buduje krajobraz dźwiękowy, w którym pradawność spotyka się z chłodem elektroniki, a delikatność nieustannie sąsiaduje z niepokojem. "Tungl" nie jest albumem bez skazy, ale potrafi wciągnąć w swój świat i sprawić, że na chwilę przestajemy szukać drogi powrotnej.
W świecie "Tungl" księżycowe światło pozostaje chłodne i odległe, a jednak kryje w sobie piękno, którego nie sposób do końca wyjaśnić.
Eivør: Warszawa, Progresja, 21.03.2027
