Fisz Emade - Człowiek Nie Do Końca

Po kompleksowej “25” bracia Waglewscy płytą “Człowiek nie do końca” fundują podróż stricte w rejony hip hopu.
Początkowy materiał przygotowywany przez Bartka i Piotrka powstawał z myślą o ep-ce. Okazało się jednak, że panowie stworzyli go znacznie więcej, zamykając się ostatecznie w 14 utworach, liczących łącznie 74 minuty. Nawiązanie do czasów debiutanckich “Polepionych Dźwięków” jest czytelne, aczkolwiek ukazane z perspektywy dojrzałych ludzi. “Człowiek nie do końca” to bowiem płyta o przemijaniu, żałobie, samotności, presji doskonałości oraz świecie, w którym technologia coraz skuteczniej radzi sobie z ludzką wrażliwością.
Początek albumu ma wymiar szczególnie osobisty, bowiem “Duchy” poświęcono pamięci Grażyny Waglewskiej - zmarłej mamie braci. To utwór hiphopowo intymny tak za sprawą rapu Fisza, jak i szybko taktowanego bitu Emade. Zaś za delikatne partie wokalne w tle odpowiada tu Mateusz Krautwurst. Tytułowa kompozycja z udziałem Jana Jakuba Bryndala to w istocie clue płyty - Fisz traktuje tu podmiot liryczny jako istotę wymagającą nieustannych zmian i… poprawek. Taka koncepcja jest aż nader ludzka i nietrudno się z nią zidentyfikować. A dialog z freestyle'ujacym Bryndalem na tle jazzowo zabarwionego podkładu, robi kapitalne wrażenie. Wątek ludzkiej niedoskonałości przenosi się na znane z singla “Sześć Minut Mądrości”, gdzie Fisz ironicznie szydzi z głównie internetowych ekspertów od wszystkiego (polecam szczególnie wers 3 traktujący m.in. o ‘podobno'). Gościnnie udziela się tu DJ Eprom, który dołożył swoje skrecze. Nieco więcej oddechu i przestrzeni przynosi natomiast “Bezkres” i przyznaję, że muzycznie to tutaj chyba najbardziej słychać odniesienie do debiutu Fisza. Zasamplowany fortepian w tym rewelacyjnie płynącym bicie ma tu posmak oldschoolu, który dopełnia refleksyjny rap Bartka. Z kolei również znane z singla “Piruety”, w których pojawia się gościnnie Szczyl, to zestawienie dwóch pokoleń hiphopowych, gdzie perspektywa jest znacznie szersza, bo obaj MC’s prezentują spostrzeżenia proporcjonalne do swoich metryk. Spinający całość, lekko śpiewny refren Fisza, robi tutaj jednak dość przerażające wrażenie. Kolejny oddech przynosi utwór “Po wsze czasy”, gdzie do przestrzennego rapu i nieco abstrakcyjnego podkładu dochodzą świetne, znamienne partie saksofonu, na którym gościnnie zagrał tu Marek Pospieszalski. Sam tekst przepełniony jest tęsknotą, ale i wdzięcznością. Rewelacyjnym przykładem storytellingu jest natomiast “14 piętro”, gdzie na dość minimalistycznym podkładzie Fisz prowadzi z pewną obawą narrację właściwie krok po kroku, docierając do tytułowej lokalizacji i kreśląc tym samym opowieść o ‘podróży’ windą w typowym polskim bloku sprzed dekad.
O ile zestawienie ze Szczylem to kolaboracja międzypokoleniowa, to spotkanie z Taco Hemingwayem w “Impulsach” to konfrontacja dwóch odmiennych, ale znakomitych pomysłów na opisywanie współczesnego świata. Swoją drogą ‘Fifi’ zapodał jedną z lepszych zwrotek w swoim dorobku - gęstą, inteligentną, a jednocześnie bardzo rytmiczną. “Karykaturalność” przywodzi z kolei wątek deformacji i ich wyolbrzymiania. Przesycony samotnością, mocno wpisuje się w całokształt płyty. Z kolei “Rozum chłopski” mógłby mieć podtytuł wymieniony zresztą w tekście - hejt polski. Fisz rozprawia się tu z dosłownością, jednoznacznym postrzeganiem świata, pozbawionym niuansów i wrażliwości. Spotkanie weteranów serwuje natomiast “Tyle Śladów”, gdzie gościnnie pojawia się Sokół. Bardzo ciekawie wypada tu narracja obu MC's, których droga artystyczna biegła osobno, acz równolegle, a która dość niespodziewanie przecina się w tym kawałku w… klubie. Nostalgicznie robi się tu nie tylko za sprawą zamglonego fragmentu… “Forever Young” Alphaville, ale także, gdy Sokół przywołuje swój słynny wers z “Pamiętacie?” WWO. Zaś rytmicznie pulsujący dubem “Londyn” z ponownym udziałem DJ Eproma, przenosi do smaków i zapachów stolicy Anglii - od ponad dwóch dekad z liczną reprezentacją polskich emigrantów. Natomiast “127 BPM” to wbrew tytułowi nie numer taneczny, a po prostu nieco szybszy podkład, na którym Fisz nie traci flow i refleksyjnego tonu. Na koniec dostajemy zaś “Damian Beton” - wspomnieniowy numer bez jednoznacznego podsumowania, pozostawiający przestrzeń do własnej refleksji.
Przyznam, że początkowo płyta “Człowiek nie do końca” mnie przytłoczyła - ogromem myśli, ale i smakowitych, wysublimowanych dźwięków. To album mocno osadzony w teraźniejszości, ale z niemałym sentymentem spoglądający w przeszłość. Refleksję można z jednej strony odczytać między wersami Fisza i gości, a z drugiej - lepiej pokusić się o własną. Bo o to zdaje się braciom Waglewskim przede wszystkim tutaj chodzi.












