Gong - Bright Spirit

RecenzjaGongK-Scope2026
Gong - Bright Spirit

„Bright Spirit” to najnowszy album legendarnej grupy Gong, będący ukoronowaniem trylogii zapoczątkowanej przez „The Universe Also Collapses” i „Unending Ascending”.

Bardzo podoba mi się idea takiego zespołu jak Gong, który korzeniami sięga lata miłości roku 1967 i szczytowego punktu kontrkultury hippisowskiej. Gong powstał jako kolektyw dusz i był czymś w rodzaju komuny muzyków pod kierunkiem pary założycielskiej – Daevida Allena i Gilli Smyth. Daevid i Gilli już od 10 lat nie mieszkają między nami, ale dzieło ich życia nadal brzmi – Gong funkcjonuje, ma się bardzo dobrze, nagrywa i koncertuje (także w Polsce). Ich współczesne wcielenie opiera się na muzykach, którzy funkcjonują w rodzinie Gong już od kilkunastu lat, a zgodnie z ostatnim życzeniem Daevida ich liderem jest obecnie Kavus Torabi.

Można długo dyskutować czy takie istnienie danego zespołu ma sens; przykładów i dowodów rzeczowych jak dobrze wiemy jest całe mnóstwo. W przypadku Gong, jednakże, ta dyskusja nie ma znaczenia, gdyż takie było marzenie i życzenie Daevida, aby Gong był rodziną muzyków, używających nazwy Gong w różnych konfiguracjach, geografiach i stylach. I tak też w ich bogatej historii było: Gong funkcjonował w wielu permutacjach, często jednocześnie, bez zażartej walki o prawa autorskie, sądowych wyroków, tantiem, itd. Ba, sam Allen nie był obecny we wszystkich składach; Gong jest zatem ucieleśnieniem pięknej idei, która wciąż trwa i ma się świetnie.

Doskonałym dowodem na siłę tej idei jest ich najnowsza płyta „Bright Spirit”, wydana w najlepszym możliwym dla nich miejscu, czyli wytwórni Kscope. Od kiedy ster Gongu przejął Torabi, ich skład jest stabilny, a styl działania bardziej przewidywalny i regularny. Być może to drugi argument przeciw temu, że to już nie ‘ten Gong co kiedyś’, równie niestabilny w działaniu co bratnie mu Caravan, Soft Machine, Hawkwind, Magma, etc. Mnie osobiście podoba się i imponuje to, że zespół jest silniejszy, niż suma jego członków (podobnie jak w sporcie), a „Bright Spirit” to nie tylko kolejny akapit historii Gong – to dalszy krok w ich rozwoju artystycznym.

Poprzednie albumy Gongu pod wodzą Torabiego były bardziej zachowawcze, usiłując być godnym hołdem dla tego zespołu; tylko tyle i aż tyle. Tymczasem „Bright Spirit” brzmi nie tylko jak najlepsze, co ekipa Torabiego nagrała w studio – to także dowód na to, że potrafią oni dołożyć do tej muzyki coś od siebie, co sprawi, że Gong wjedzie na całkiem świeże tory z nowym wiatrem w żaglach. I to jest największą siłą „Bright Spirit”, które brzmi jak powiew świeżości, piękna i odrobiny porządku w szeregach Gong. Sam muszę przyznać, że części z ich klasycznych płyt z lat 70 ciężko się dziś słucha właśnie przez nadmiar wolności i chaosu nań zawartych.

„Bright Spirit” jest uporządkowane, efektowne i przekonywujące. To bardziej nowy początek, niż kontynuacja. Nadal dryfujemy w odmętach space-rocka, ale o większych wpływach duchowych i medytacyjnych. Precz poszły igraszki z dźwiękiem i słowem, jakże charakterystyczne dla ‘sceny kanterberyjskiej’, której Gong był przecież kluczowym elementem. Torabi odrzuca angielski humor z jakiego Gong słynął dawno temu, stawiając na hipnotyczny miks motoryki i mantry w krautrockowym stylu, ale i na odrobinę francuskiego szaleństwa i artyzmu. „Bright Spirit” to pełna równowagi brama do oświecenia, zza której dobiega brzmienie świętej sylaby Om.

Premierze „Bright Spirit” towarzyszy pewna symbolika. To 11 rocznica śmierci Daevida Allena co do dnia, lub jak kto woli momentu przejścia do innego miejsca. Co ciekawe, tego samego dnia wydała swój najnowszy krążek ich siostrzana grupa Soft Machine, na której również znalazł się hołd pamięci Allena. To co najważniejsze – „Bright Spirit” to piękny dowód w sprawie ponadczasowości i duchowej wartości muzyki, która przewyższa jednostki ją tworzące. To wspaniały prezent dla wielbicieli muzyki psychodelicznej i jej wciąż brzmiącego dziedzictwa.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały