Hackett & Rothery – The Roaring Waves

RecenzjaJakub OślakHackett & RotheryInsideOutMusic2026
Hackett & Rothery – The Roaring Waves

Dwóch mistrzów progresywnej gitary łączy siły, nagrywając instrumentalną nieoczywistą płytę.

Mistrz i uczeń, który sam został mistrzem? Tak, to ten typ kolaboracji, której zaistnienie – wcześniej czy później – było dla fanów rocka progresywnego naturalną koleją rzeczy. Dla formalności: to nie pierwszy raz, gdy Steve Hackett i Steve Rothery spotykają się na artystycznej ścieżce. Rothery brał udział – obok szeregu innych progresywnych tuzów – w dowodzonym przez Hacketta projekcie „Genesis Revisited”. Z kolei sam Hackett wsparł w studiu nagrywanie jedynego, jak dotąd, solowego albumu Rothery’ego – „The Ghost of Pripyat”. Zresztą niewidzialna nić porozumienia łączy wczesne Genesis z wczesnym Marillion od momentu, gdy ekipa z Aylesbury w ogóle zaistniała, dając na przekór latom 80. początek nurtowi neo-prog.

Hackett i Rothery grają w sposób tak charakterystyczny, że nie sposób ich pomylić z nikim innym. Hackett uwielbia zarówno patos i techniczną ekwilibrystykę, jak i ciepło oraz wrażliwość, którymi zainspirował wielu gitarzystów – nie tylko progresywnych. Z kolei Rothery to niepodrabialne arpeggio, przeszywające chłodem i niepokojem w klasycznych utworach Marillionu. Służy ono nie popisom technicznym, lecz budowaniu nastroju – melancholii i przygnębienia, ale i nadziei czy pokrzepienia. Właśnie to Rothery zawdzięcza inspiracji grą Hacketta (oraz, rzecz jasna, Davida Gilmoura). I to właśnie gra klimatem oraz sceniczną przestrzenią, a nie stratosferyczne solówki, stała się punktem wyjścia ich wspólnego krążka.

„The Roaring Waves” to album, który można z góry podejrzewać o pokrewieństwo z muzyką ambient i eksperymentami duetu Brian Eno / Robert Fripp. I nie jest to trop zupełnie mylny, aczkolwiek Rothery i Hackett nie odkrywają tu nowej Ameryki. Ich eksperyment polega raczej na splataniu dwóch fal generowanych przez gitary elektryczne, napędzanych artystyczną wyobraźnią. Bardziej niż wirtuozeria czy techniczne fanaberie, fale te komponują malowniczy nastrój, którego „akcję” i „scenografię” możemy dopowiedzieć sobie sami. To muzyka drogi – idealna do filmu, w którym bohaterowie przemieszczają się po amerykańskich bezdrożach lub podróżują pociągiem przez pejzaż własnych myśli. To ta słynna scena z „Rain Mana”, w której bohaterowie grani przez Dustina Hoffmana i Toma Cruise'a jadą autem do Kalifornii.

„The Roaring Waves” to zbieg dwóch ścieżek: hackettowskiego „Spectral Mornings” (uznawanego powszechnie za jego klasyczne dzieło) i solowego „The Ghost of Pripyat” Rothery’ego. Gitarzystom towarzyszy na basie i klawiszach trzeci zawodnik – Riccardo Romano. Dodaje on całości potrzebnego, „mandarynkowego” pierwiastka, szczególnie w utworze „K-129”, który brzmi jak wyjęty z przepastnej szuflady Tangerine Dream z ery EastGate. To niewątpliwie wpływ niedawnej współpracy Rothery’ego z Thorstenem Quaeschningiem i nieco przemilczanej płyty „Gentō”. W „The Roaring Waves” upatruję bliskiego kuzyna tamtego krążka – albumu zrodzonego z dialogu artystycznych dusz, w którym Rothery odnajduje się znakomicie.

Warto też zwrócić uwagę na element rodzinny. W chórkach słychać małżonki obu Steve’ów – które ciekawym zbiegiem okoliczności noszą imię Jo – a także Jennifer Rothery (która nie po raz pierwszy towarzyszy ojcu) oraz jej brata Michaela (który woli nauki ścisłe). Ponad wszystkim słychać jednak mistrzów progresywnej gitary, z których każdy napisał już osobny rozdział w encyklopedii gatunku. Nie trzeba eksperckiego słuchu, aby rozpoznać, która partia należy do którego muzyka i który motyw pasuje bardziej do wczesnego Genesis, a który do klasycznego Marillion. Ważne, że obie fale nie rywalizują ze sobą, lecz idealnie współgrają. Rozlewają się po krajobrazach z pogranicza naszych marzeń i lęków, pozostawiając nadzieję na dalszą podróż.

Powiązane materiały