Jack White - Frozen Charlotte

Siódmy album studyjny w dorobku Jacka White'a rozwija kierunek obrany na znakomicie przyjętym „No Name”, które dla wielu słuchaczy było przypomnieniem, dlaczego White od lat pozostaje jedną z najważniejszych postaci współczesnego rocka.
Przez ponad dekadę Jack White tworzył własne uniwersum, w którym dźwięk zawsze był tylko jednym z elementów większej całości. Równie ważne stały się charakterystyczna estetyka, przywiązanie do analogowych metod pracy, działalność w Third Man Records i konsekwentne budowanie wizerunku artysty, który traktuje rock nie tylko jako gatunek, ale jako fach. Z czasem jednak cała ta otoczka zaczęła przyciągać uwagę równie mocno, co sama muzyka. „Frozen Charlotte” jest odpowiedzią na ten moment. White ogranicza dodatkowe narracje i skupia się na podstawowych składnikach swojego stylu: mocnych gitarowych motywach, bluesowej tradycji, surowej sekcji rytmicznej i energii nie zabiegającej o zbiorowy aplauz.
Siódmy album studyjny w dorobku Jacka White'a rozwija kierunek obrany na znakomicie przyjętym „No Name”, które dla wielu słuchaczy było przypomnieniem, dlaczego White od lat pozostaje jedną z najważniejszych postaci współczesnego rocka. Nie próbuje udowadniać, jak wiele potrafi. Koncentruje się na jednej estetyce i dopracowuje ją z dużą konsekwencją. W tej formule słychać artystę będącego w wyjątkowo dobrej dyspozycji. Nie bez znaczenia pozostaje również zespół, z którym nagrał materiał. Patrick Keeler na perkusji, Dominic Davis na basie i Bobby Emmett przy organach Hammonda tworzą skład doskonale zgrany po intensywnej trasie koncertowej. To właśnie ich wspólna chemia sprawia, że „Frozen Charlotte” brzmi jak album zespołu, który najpierw sprawdził materiał na scenie, a dopiero później zamknął go w studiu.
Intryguje nazwa albumu nawiązująca do interesującego zjawiska kulturowego. Frozen Charlotte to porcelanowa lalka związana z dziewiętnastowieczną kulturą popularną oraz balladą o młodej kobiecie, która zamarza podczas podróży na bal. Historia oparta na wierszu "A Corpse Going to a Ball" autorstwa Elizabeth Oakes Smith to mocny kontrast między pozorem a rzeczywistością, który doskonale współgra z tematami obecnymi w twórczości White’a. Muzyk wykorzystuje ten motyw, aby przyjrzeć się światu, w którym forma często zaczyna dominować nad treścią.
Pierwsze sekundy „G.O.D. and the Broken Ribs” jasno pokazują, że White nie zamierza prowadzić słuchacza łagodnie przez kolejne etapy albumu. Kompozycja opiera się na ciężkim riffie, wyrazistej rytmice i charakterystycznym dla niego teatralnym sposobie interpretacji wokalu. „Derecho Demonico” rozwija ten pomysł, dodając więcej bluesowego charakteru i rytmicznej swobody.
„There’s Nobody There” pokazuje drugą stronę albumu. Tempo zostaje spowolnione,a gitara nie służy już wyłącznie do budowania siły, ale także atmosfery. Wokal White’a porusza temat komunikacji pozbawionej prawdziwego kontaktu, co dobrze współgra z szerszym przesłaniem płyty. „Raising the Grain” wykorzystuje riff do budowania napięcia, a „You’ll Never Fix Me” wraca do energii znanej z najlepszych momentów jego kariery.
„Nobody Knows” wprowadza bardziej refleksyjny ton. White porusza kwestie ludzkiej pewności siebie, wiedzy i przekonania o własnej racji, ale robi to bez zbędnego moralizowania. W jego interpretacji jest więcej ironii niż wykładu. „Dollar Bill” działa z kolei dzięki prostocie. Powtarzalny motyw staje się punktem wyjścia do komentarza na temat znaczenia pieniędzy i konsumpcji.
Nie wszystkie rozwiązania sprawdzają się jednak równie dobrze. Po pewnym czasie ograniczenie stylistyczne zaczyna być odczuwalne. White konsekwentnie porusza się po podobnym terytorium, przez co część utworów może sprawiać wrażenie wariacji na jeden temat. „She’s in a Frenzy” ma odpowiednią energię, ale nie wnosi do albumu tak wiele jak najlepsze fragmenty materiału.
Największym zaskoczeniem okazuje się finałowe „Neighbors Blues”. To właśnie tutaj White pokazuje największą kontrolę nad napięciem. Zamiast natychmiast wykładać wszystkie muzyczne argumenty, pozwala utworowi rozwijać się stopniowo. Dzięki temu finał albumu pozostaje jednym z jego najbardziej zapadających w pamięć momentów.
"Frozen Charlotte" to nie najlepszy album Jacka White'a i trudno postawić go ponad świeżością „No Name”. Brakuje tu większego kontrastu między utworami oraz kilku momentów, które wykraczałyby poza przyjętą formułę. Jednocześnie trudno odmówić tej płycie charakteru. „Frozen Charlotte” brzmi jak dzieło artysty, który zna swoje mocne strony i nie próbuje na siłę szukać nowych.








